Niedosyt

Media i okolice Gdy przed wyborami pisałem felieton zatytułowany „Dosyć”, sądziłem, że polscy wyborcy zdecydowanie potwierdzą to odczucie. I rzeczywiście. Demokracja jest nierychliwa, ale sprawiedliwa. Raz na cztery lata naród odzyskuje suwerenność, wyrokuje tak prosto jak rzymscy cesarze w amfiteatrze: kciuk w górę albo kciuk w dół. Poprzednio rządzące partie uzyskały kompromitujące procenty poparcia, a liczni ministrowie rządu Jerzego Buzka, w tym i sam premier oraz jego kierowca z tylnego siedzenia, Marian K., polegli na polu wyborczym. Jednak, jak wielu czytelników, odczuwam niedosyt. To nie dość, że nieudacznicy odeszli; problem w tym, że nie udało się wybrać jednorodnej większości. Zamiast klarownego podziału na większą lewą i mniejszą prawą stronę sali sejmowej mamy silną stronę lewą, ale nieco mniejszą niż podzielona, wewnętrznie skłócona strona prawa. Cóż, można narodowi powiedzieć jak w sztuce Moliera: „Sam tego chciałeś, Grzegorzu”. Ale apatia i dziwne głosowania nie są polską specyfiką. Anthony Giddens, doradca socjologiczny premiera Wielkiej Brytanii, Tony’ego Blaira, pisze o „paradoksie demokracji”: „Nawet w dojrzałych demokracjach, które inne kraje miałyby naśladować, rozpowszechnione jest rozczarowanie demokratycznymi procedurami. W większości krajów Zachodu zaufanie do polityków mocno spadło ostatnimi laty. Mniej ludzi idzie głosować, więcej ludzi, szczególnie młodych, powiada, że nie są zainteresowani parlamentarnymi układami”. Co tu można dodać do tej smutnej diagnozy? Chyba to, że partie umiaru, jak SLD-UP oraz PSL, kiepsko sobie radziły z politycznymi watażkami, którzy obiecywali złote góry, a odwoływali się do emocji. To inne partie, jak PiS, LPR, a nade wszystko Samoobrona mocniej wołały „Dosyć”, przyciągając niezdecydowany elektorat. Dla tych wyborców decydujące są ostatnie dni kampanii – bardziej ulegają impulsom, hasłom i pogłoskom. A końcówka ma szczególne znaczenie – przegrywa ten, kto popełni nawet niewielki błąd. Dlatego w profesjonalnych kampaniach kandydaci, jak aktorzy, grają dokładnie tak, jak im każe szef sztabu, kampanii, reżyser spektaklu wyborczego. Jest on ważniejszy niż autor programu, bowiem on dyktuje obsadę, kolejność wejść, interpretację ról, akceptuje scenografię. Jego pozycja jest dyktatorska, choć tylko na czas wyborów. Niestety, w Polsce nie mamy tradycji planowania kampanii. Można odnieść wrażenie, że telewizyjny „Big Brother” okazał się lepszym znawcą mentalności Polaków i manipulatorem niż szefowie sztabów wyborczych. Kampania na poziomie okręgów przypominała pospolite ruszenie – walkę wewnątrzpartyjną o znalezienie się na wysokim miejscu na liście, a w samej kampanii granie na własną nutę. O zwycięstwie partii miało przesądzać zaufanie do partyjnego logo, telewizyjność liderów jako lokomotyw list okręgowych oraz haseł programowych jako koncert pobożnych życzeń. Zabrakło socjologicznej analizy struktury interesów społecznych, znajomości psychologii różnorodnych grup i stosownego różnicowania przekazów do różnych środowisk społecznych. Wygrywa ten, kto wybiera pole bitwy – powiada amerykańsko-polski ekspert od kampanii wyborczych, Gerald Abramczyk. I dodaje – brakuje profesjonalizmu w prowadzeniu i odpieraniu ataków negatywnych. Prorocze słowa. Nieprofesjonalizm w wykazywaniu błędów czy słabości konkurentów były w kampanii oczywiste. Jednak jeszcze większy nieprofesjonalizm ujawniał się przy odpieraniu ataków negatywnych. Najczęściej próbowano się bronić… w sądzie, tak jakby walka wyborcza przynależała do sfery prywatnej, honorowej. W kampaniach wyborczych to nie salon, ani nawet scena, lecz arena jest terenem potyczek. Wystąpienie profesora Belki na przedwyborczej konferencji prasowej było niefortunne nie dlatego, że powiedział o kilka słów za dużo, ale dlatego, że jego wypowiedź była adresowana do całego społeczeństwa, a nie tylko do znawców tajników układania budżetu. Kto mówi do narodu, musi pamiętać, że to nie on określa, czy zostanie dobrze zrozumiany – o sensie decyduje dziennikarz, a następnie wyborca. Należy zatem mówić nie tylko do rzeczy, ale i do ludzi, a ci – jak wskazują badania nad zrozumieniem tekstów przez Polaków – są inteligentni inaczej. Dowiodło tego niemal pół miliona tych, którzy pofatygowali się do urn i wrzucili do nich głosy nieważne. Trudno się im dziwić, skoro sam prymas Glemp w porannej wypowiedzi uskarżał się na trudności w stawianiu krzyżyków we właściwych miejscach. Do Polaków trzeba mówić wprost – dowodem Andrzej Lepper. Najbardziej barwną kampanię – w sensie dosłownym i przenośnym – przygotowała Samoobrona.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2001, 42/2001

Kategorie: Felietony