Niedotykalna milionerka

Niedotykalna milionerka

Stare prawo, nowe prawo

Sędzia uruchamia komputer. Kolekcja składa się z policyjnych zdjęć bezgłowych ciał. Jedne leżą na ziemi, drugie na niskim wyplatanym łóżku, które wystawia się przed domy. Głowa osobno, ręce obcięte powyżej łokci, nogi poniżej kolan, wszystkie członki ułożone obok korpusu jak elementy zepsutej lalki.

– Co zrobili ci ludzie? – pytam zakłopotana.

Jaszwant Ćaware, sędzia sądu okręgowego w Alibag, napisał kilka książek na temat okrucieństw wobec dalitów. Sam do nich należy, więc wie, co dzieje się na sali i poza salą sądową. W swoim komputerze przechowuje wiele podobnych zdjęć.
– Dziewczyna z wyższej kasty miała romans z jednym z nich, pariasów – wyjaśnia. – To surowo zabronione. Wzięli go więc na pole i pocięli na kawałki.
Alibag jest całkiem przyjemną miejscowością wypoczynkową, dwie godziny promem od Mumbaju. Szczerze mówiąc, wolałabym dołączyć do wylegujących się na plaży mumbajczyków, niż oglądać miejsca kaźni. Kiedy z korytarza dobiega tubalny głos woźnego wzywającego na salę, mam nadzieję, że to już koniec tematu na dzisiaj. Sędzia wychodzi, ale zostawia mnie z jabłkiem na talerzu i kilkusetstronicową książką o walce Bhimrao Ambedkara o prawa człowieka dla dalitów. (…)

540 zabójstw, 940 gwałtów, 280 porwań dziewcząt, 230 przypadków rozboju, 19 przypadków bandytyzmu, 464 napaści, 4585 przypadków ciężkiego uszkodzenia ciała i kilka innych kategorii bestialstw – w sumie 31 440 przestępstw w kilkunastu tabelkach. Nie są to zbrodnie w amoku. Wszystkie podpadają pod paragraf „okrucieństwa wobec niższych kast”. Dane z lat 90. dla Maharasztry (jednego z najbardziej rozwiniętych stanów) wykazują trend rosnący.
Według sędziego, winny jest kilkutysiącletni kodeks postępowania Dharmaśastra, czyli „Nauka o prawym postępowaniu”. Dharmaśastra mówi o dalitach wprost: będą chodzić w łachmanach, jeść odpadki, mieszkać w chatach bez umeblowania. Nie wolno im chodzić do szkoły, wchodzić do świątyni, czerpać wody z tej samej studni co inne kasty, jeść, mieszkać i zawierać związków z kastami wyższymi. Mimo że konstytucja niepodległych Indii zniosła kastowość już ponad 60 lat temu, a nowe ustawy dały dyskryminowanym kastom różne przywileje, ten starożytny kodeks obowiązuje do dzisiaj i jest, jak widać, pieczołowicie wdrażany. (…)
– Większość ludzi to konstytucyjni analfabeci – twierdzi sędzia. – W ich głowach nadal rządzi stare prawo.
– Dziwne rzeczy mają miejsce w indyjskim społeczeństwie – sądzi Asim Sarode, prawnik, który tropi stosowanie starego kodeksu w Maharasztrze.

Gwałt to wcale nie zbrodnia na tle seksualnym, lecz kara wymierzana za sprzeniewierzanie się kastowym obyczajom. Starodawna instytucja wiana także przeszła dziwną metamorfozę: czemukolwiek wiano służyło kiedyś, temu na pewno nie służy teraz. Dzisiaj to świetny sposób na wymuszanie pieniędzy za sprawą nowoczesnej ustawy, która miała temu zapobiegać. (…)
– Doprawdy dziwne rzeczy dzieją się w Indiach – powtarza Sarode.

Strony zawierają układy poza salą sądową, świadkowie zmieniają zeznania za opłatą lub pod groźbą, a prawdziwe ofiary w ogóle z prawa nie korzystają. Niższe kasty wprawdzie deklarują, że chcą wolności od dręczycieli, ale same ciemiężą tych pod sobą. Kasty rzekomo dyskryminowane, na usługach kast dominujących, wnoszą fałszywe oskarżenia wobec niewygodnych ludzi. Większość kobiet w Indiach, niezależnie od statusu, jest molestowana – ale wszyscy nabierają wody w usta, kiedy dzieje się to na ich własnym podwórku. (…)
– Dziwne rzeczy mają miejsce w Indiach – powtarza Asim Sarode, tropiciel Dharmaśastry. – Tu każda owca jest też wilkiem. (…)

Szaleństwa ojca Manu

Otwierasz oczy z nadzieją, że już po wszystkim. Nie ma męża, teściów, sąsiadów i okrutnych dzieci. Ale oto lekarz w białym kitlu pochyla się nad tobą i pyta z troską: „Chciałaś się zabić, co? Widocznie masz coś na sumieniu?”.
Wyobrażam sobie, że tak czuła się 14-letnia Kalpana Sarodź po nieudanej próbie samobójstwa za pomocą szczurzej trutki. Do tego momentu jej biografia jest raczej typowa. Wydana za mąż w wieku 12 lat, wywieziona ze wsi w stanie Maharasztra do mumbajskich slamsów, miała odtąd posłusznie obsługiwać rodzinę męża. Jeśli się sprzeciwiała, krewni bili ją i grozili jej śmiercią. Kiedy po pół roku odwiedził ją tata, poprosiła, żeby zabrał ją do domu. Ojciec, dalit w randze policjanta (więc nie całkiem byle kto), zjawił się ponownie w mundurze, by zabrać ją ze sobą. Kalpana wróciła do szkoły, ale ludzie nie dawali jej żyć. Wypiła trutkę. Kiedy otworzyła oczy, żeby stwierdzić, że wciąż jest tam, gdzie była, podjęła życiową decyzję: zamiast się usuwać, nie dać się.

Chciałam ją złapać w fabryce rur, blach i części metalowych na północy Mumbaju, żeby dowiedzieć się z pierwszej ręki, jak w praktyce z kobiety pariasa zostaje się przemysłowym magnatem. Mijamy się. Czeka na mnie w starej europejskiej dzielnicy w południowej części miasta, gdzie siedzibę mają bogate rody przemysłowe i mumbajska giełda papierów wartościowych. W gabinecie witają mnie członkowie zarządu firmy Kamani Tubes: mąż, córka i zięć. Właśnie skończyli naradę. Prezes w eleganckim sari siedzi za masywnym biurkiem, a za jej plecami wisi zdjęcie z uroczystego otwarcia fabryki w towarzystwie ministra.

– W Indiach system działa tak, że nie wini się rodziny męża – w imieniu mamy tłumaczy córka, dwudziestoparolatka w białej koszuli i dżinsach. Mówi zdystansowanym tonem długoletniego przewodnika turystycznego. Dla niej biografia matki musi być jak film o zombie w starym kinie. – Kobieta jest zawsze winna.

Winy kobiet zostały dokładnie skodyfikowane już tysiące lat temu: spożywanie alkoholu, związki z nieodpowiednimi osobami, porzucanie męża, włóczenie się po niewłaściwych miejscach i spanie do nieuzasadnionych godzin. Żeby ukrócić tego typu zachowania, każdy mąż, nawet fizycznie słaby, ma obowiązek kontrolować żonę, zalecił Manu, praojciec ludzkości, któremu przypisuje się autorstwo dzieła zwanego księgą Manu. Pisma ojca Manu nie należą do wedyjskiego kanonu – kodyfikują jedynie sposób postępowania Hindusów na przestrzeni wieków. Zawierają też szczegółowy instruktaż łamania kobiet. Szukam i szukam, ale faktycznie nigdzie nie ma tu mowy o robieniu interesów przez kobiety.
Tradycyjnie interesami w Indiach zajmowały się tylko niektóre społeczności i tylko, rzecz jasna, mężczyźni. Na przykład okazało się, że mężczyźni z rodu Marwarich, dzisiaj prezesi wielkich koncernów, mają szczególną smykałkę do interesów. Ich najbardziej niesławnym w Europie potomkiem jest potentat stalowy Lakshmi Mittal (wsławił się przejęciem francuskiej firmy stalowej Arcelor w 2007 r.). Główny sekret ich sukcesu to wierność tradycji. Ojciec jest głową rodu, starszym należy się bezwzględny szacunek (…).

Sytuacja dalitów jest odwrotnie proporcjonalna do Marwarich. Prawie dwie trzecie z nich nie ma ziemi, co oznacza brak zabezpieczenia pod kredyt. Bezrolni dalici migrują więc do miejskich slamsów w poszukiwaniu zarobku. Ale i tutaj nie znajdują pracy, która pozwala na gromadzenie kapitału, bo czyszczenie toalet nie należy do zawodów dochodowych.
Chyba jednak coś się zmienia, bo na przekór tradycji niektórzy śmieciarze zostali przedsiębiorcami.

Kiedy młoda Kalpana przejęła produkcję metalowych szaf po drugim mężu, na boku zajęła się zdobywaniem rządowych funduszy dla ludzi takich jak ona. Ktoś chciał otworzyć salon urody, ale bank żądał wkładu własnego? Ktoś inny chciał skończyć szkołę, żeby dostać pracę, ale nie miał za co? Kalpana wiedziała, co robić i do kogo iść. Kiedy jej podopieczni podostawali pracę, pokupowali riksze, pootwierali salony kosmetyczne i sklepy, w okolicy zaczęła być znana jako kobieta, która potrafi wszystko. Po pomoc przychodzili teraz i ci z niższych, i ci z wyższych kast. Tak zbudowała ważny kapitał, tyle że społeczny.

O jej pochodzeniu sąsiedzi przypomnieli sobie dopiero wtedy, kiedy kupiła działkę i zajęła się biznesem budowlanym. Dostała pierwsze ostrzeżenie od konkurencji: hola, za wysokie progi na twoje nogi. Kiedy to nie poskutkowało, postanowili ją sprzątnąć.

– Naprawdę?! I co, spudłowali?

Była sprytniejsza. Zanim płatny morderca zapukał do jej drzwi, ona zapukała do drzwi szefa komisariatu. „Panie oficerze, wszyscy mają usta pełne frazesów o tym, jak to kobiety powinny społecznie awansować. Czy to są tylko opowieści z książek i gazet? – apelowała do oficerskiego sumienia. – Kiedy ja próbuję coś w życiu zrobić, spotykają mnie takie rzeczy… Jest pan świetnym, dynamicznym policjantem, proszę nie pozwolić, żeby kobiety tak traktowano!”. Wkrótce po tej rozmowie zleceniodawców aresztowano, a szef policji zaoferował jej dwóch ochroniarzy. Odmówiła: „Rewolwer wystarczy”.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 1-2/2015

Kategorie: Reportaż

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy