Niewygodna konserwator – rozmowa z Barbarą Jezierską

Niewygodna konserwator – rozmowa z Barbarą Jezierską

Po odwołaniu mazowieckiej konserwator zabytków społecznicy protestują, a deweloperzy zacierają ręce

Kilkakrotne wnioski wojewody warszawskiego Jacka Kozłowskiego zostały wreszcie wysłuchane i minister kultury odwołał panią ze stanowiska. Czy wcześniej udało się pani porozmawiać z ministrem?
– Tak, udało mi się nawet dwa razy porozmawiać z wiceministrem Piotrem Żuchowskim, który jest generalnym konserwatorem zabytków, i raz z ministrem Bogdanem Zdrojewskim. Zrozumiałam, że panowie, niezależnie od tego, jakie mają na ten temat zdanie, nie mają wyjścia. Zaważyły względy polityczne, bo uzasadnienia merytoryczne, jakie mi wręczono, są pełne ogólników. Kwestie merytoryczne są najwyraźniej zupełnie drugorzędne. Panowie ministrowie wyrazili nawet pewien podziw, że mimo wszystko udało mi się pełnić funkcję wojewódzkiego konserwatora zabytków cztery lata.
Prasa pisała, że powodem odwołania jest dopuszczenie do zburzenia zabytkowej parowozowni.
– Ale okazało się, że to nie moja wina. Ja parowozownię do ostatniej chwili ratowałam, jednak wojewoda zupełnie się na tym nie znał i ten pretekst uznał za decydujący. Urzędnikowi, który wydał zgodę na zburzenie obiektu, udzielono jakiejś nagany i to wszystko. Teraz o parowozowni ani słowa. Są natomiast zarzuty braku nadzoru, m.in. nad stołecznym konserwatorem zabytków, braku udziału w szkoleniach, braku kontroli nad podwładnymi jednostkami oraz inne mało konkretnie sformułowane sprawy. To dziwne, bo właśnie za mojej kadencji zaczęliśmy porządkować sytuację w terenie. Wreszcie powstało w urzędzie konserwatora prawdziwe archiwum. Wcześniej niemal każdy mógł wynosić dowolne dokumenty. Powstała profesjonalna strona internetowa Mazowieckiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków (www.mwkz.pl), na której są podstawowe informacje, np. dotyczące wywozu zabytków z kraju, są formularze, np. z wnioskami o dotacje na zabiegi konserwatorskie, są zawiadomienia o przetargach, nawet konkursy dla miłośników historii, fotografii, starych dworków i pałaców, zabytków techniki i przyrody. Są tam również informacje o wszelkich działaniach urzędu. Zajęłam przecież zdecydowane stanowisko m.in. w tak aferalnej sprawie, z jaką mieliśmy do czynienia w Płocku, gdzie pracownik ds. ochrony zabytkowej zieleni miejskiej założył firmę, która wycinała zabytkowy drzewostan w parku i sprzedawała to drewno. Sam sobie wypisywał zlecenia, sam je wykonywał, sam pobierał pieniądze za te prace i sam sprzedawał drewno. Typowy konflikt interesów, czego ani wojewoda, ani nikt w Płocku jakoś nie dostrzegał. Teraz zajmuje się tym prokuratura. Takie przykłady pokazują, że w ochronie zabytków jest niekiedy drugie dno, zastarzałe układy, wszyscy się znają, mówią sobie po imieniu. A tutaj konserwator z województwa chce robić porządek. Zleciłam więc dwie kontrole w Warszawie, dwie w Płocku, a przecież kierowany przez mnie urząd nie ma specjalnej komórki ds. kontroli. Musiałam do tego wyznaczać ludzi, którzy mieli do wykonania inne zadania.
W jednej z wypowiedzi dla prasy stwierdziła pani, że wojewoda odwołał panią m.in. z powodu płci. Czyżby wojewoda był antyfeministą?
– Tak z tego wynika. Od pierwszego kontaktu byłam mu nie w smak, choć konserwatorem wojewódzkim zostałam w wyniku wygranego konkursu w 2007 r. Systematycznie mnie niszczył, liczył być może na to, że się załamię, bo jestem kobietą. Nie udało się. Teraz więc to on powinien się podać do dymisji.
Została pani odwołana za niewinność?
– Wojewoda Jacek Kozłowski już od samego początku był do mnie źle nastawiony. Podobno przychodzili różni ludzie i pytali: co ta Jezierska, mianowana przez poprzednią ekipę (mianował mnie wojewoda Jacek Sasin), tutaj jeszcze robi? Były w sumie trzy próby usunięcia mnie. Z pierwszej wybronił mnie wiceminister Tomasz Merta, który zginął w katastrofie w Smoleńsku, zresztą jedyny urzędnik resortu, który zachował się z czasów rządów PiS. Z pewnością broniłby mnie i dzisiaj, choć jego pozycja w resorcie była coraz słabsza. Druga próba odwołania nie powiodła się, bo było to przed wyborami samorządowymi i nikt nie chciał powodować protestów działaczy lokalnych organizacji i stowarzyszeń miłośników zabytków. Teraz wybrano termin idealny – większość ludzi na urlopach, wyjazdach – między Wielkanocą a beatyfikacją Jana Pawła II.
Prowadzono ze mną rozmowy, m.in. takie, że jeśli sama złożę wymówienie, to coś dla mnie znajdą, nawet pytano, co bym chciała w zamian za stanowisko wojewódzkiego konserwatora. A ja mówiłam, że chcę usłyszeć konkretne zarzuty. Potem zobaczyłam, że wszystko już było przygotowane. Pisma wypisane, tylko w miejscu daty wstawiono kropeczki. Tym razem okazało się, że już nikt za mną nie stoi.
Nawet prezes NIK?
– To zwykła zbieżność nazwisk, na którą nawet początkowo się nabrał wojewoda Kozłowski, bo kiedyś przez pomyłkę zadzwonił do mnie – a żona prezesa NIK też ma na imię Barbara.
Co jest podstawowym zadaniem wojewódzkiego konserwatora zabytków?
– Zadań jest wiele. Skupiają się one na ochronie substancji zabytkowej, a jednym z głównych narzędzi tej ochrony jest wpisywanie obiektów lub całych obszarów na listę zabytków. W czasie czteroletniej kadencji wykonałam olbrzymią pracę. Można powiedzieć, że uporządkowałam cały urząd. Wpisałam na listę ponad 400 rozmaitych obiektów i obszarów. Były takie lata, że konserwator wpisywał po trzy, cztery obiekty rocznie. Wtedy bardziej się czekało na wniosek właściciela. Ja zaczęłam wpisywać z urzędu nawet całe obszary. Wpisałam Mariensztat, Nowe Miasto, ulicę Targową, Brzeską, osiedle Praga II, któremu groziło obłożenie styropianem kamiennych elewacji, międzywojenną Kolonię Profesorską na Ochocie, ulicę Chmielną jako układ przestrzenny od Nowego Światu do pasażu Wiecha. Wpisałam Dom Partii, a także całe osiedle w centrum wokół ulicy Kubusia Puchatka i Ministerstwa Finansów.
To wszystko w stolicy, a co na terenie Mazowsza?
– Też działo się sporo, choć spotkałam się również z zarzutem, że za dużo zabytków widziałam w Warszawie, a za mało w województwie mazowieckim. Ale to nieprawda. W pięciu największych miastach regionu wojewódzki konserwator ma swoje delegatury – w Płocku, Radomiu, Siedlcach, Ostrołęce i Ciechanowie. O tym, co robił inspektor ds. zieleni podlegający kierowniczce delegatury w Płocku, już mówiłam, a właśnie Płock, na terenie którego mieszczą się zabytkowe obiekty związane z kultem Fryderyka Chopina, takie jak Żelazowa Wola i Brochów, był od lat oczkiem w głowie województwa. Wojewoda mazowiecki Jacek Kozłowski zdawał się nie dostrzegać, że dzieje się tam źle.
W środowisku społeczników, którzy zajmowali się ratowaniem zabytków i strzeżeniem pomników przyrody, panuje przekonanie, że inwestorzy już zacierają ręce. Mogą bezkarnie burzyć, rozbierać, dobudowywać, przestawiać. Co konkretnie może paść ofiarą takich zapędów?
– Zwróciłabym uwagę na to, co się dzieje w zabytkowym szpitalu przeciwgruźliczym w Otwocku. Dzięki mojej pracy szpital po czterech latach niemocy urzędniczej został objęty nadzorem. Dopiero za mojej kadencji wykonano remont cennego obiektu. Mam też obawy, co się stanie w podwarszawskich miastach ogrodach, które jako całe obszary urbanistyczne zostały wpisane na listę. Chodzi tutaj o Komorów, Zalesie, Otwock, Konstancin. W Konstancinie powtarza się proceder, który nazwaliśmy nawet „systemem konstancińskim”. Po prostu co jakiś czas cenną zabytkową willę niszczy pożar i inwestor nie musi już się starać o pozwolenie na rozbiórkę. Presja deweloperów jest ogromna. W Otwocku, który w założeniu miał być zielonymi płucami stolicy, systematycznie niszczy się wydmy, wycina drzewa, aby budować osiedla mieszkaniowe. To są ostatnie chwile, by zatrzymać ten proces, wprowadzić jakiś ład. Przykładem jest „świdermajer” – rejon 470 drewnianych budynków z elementami architektury polskiej, rosyjskiej, alpejskiej. Wiadomo, że wszystkich nie uda się zachować, część się spaliła, została rozebrana, część stoi opuszczona i niszczeje. Wpisanie na listę obiektów zabytkowych nie chroni przed taką degradacją, można jednak właścicielowi nakazać przynajmniej prowizoryczne zabezpieczenie nieruchomości, zamknięcie i uchronienie przed dewastacją. Nie można jednak nikomu nakazać przeprowadzenia remontu generalnego.
Z przeglądu zadań wykonanych przez Urząd Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków wynika, że od 2007 r. nastąpił tutaj zdecydowany postęp, że prace nabrały tempa. Czy w rozmowie pożegnalnej z ministrem usłyszała pani słowa wdzięczności za pracę dla Warszawy i Mazowsza?
– Raczej nie. To były rozmowy w zupełnie innym duchu.
Czy na pożegnanie nie zapowiedziano, że otrzyma pani choćby medal Gloria Artis, który należy się osobom zasłużonym dla kultury?
– W sprawie medalu Gloria Artis występowały wcześniej niektóre organizacje społeczne, będące moimi sprzymierzeńcami w walce o ochronę zabytków, ale dziś chyba te wnioski nie byłyby na rękę. Miłośnicy zabytków zorganizowali też 12 maja pikietę przed Ministerstwem Kultury w mojej sprawie.
Na razie pełniącym obowiązki mazowieckim wojewódzkim konserwatorem zabytków jest pani dotychczasowy zastępca Rafał Nadolny. W najbliższym czasie zostanie ogłoszony konkurs na stanowisko mazowieckiego wojewódzkiego konserwatora zabytków. Czy Rafał Nadolny mógłby panią godnie zastąpić?
– Myślę, że takie stanowisko powinien zajmować zawodowy architekt ze studiami podyplomowymi w dziedzinie konserwacji. Materia zabytkowa to w dużej mierze obiekty w rozmaitym stanie technicznym i prawnym. Tego się nie ogarnie bez solidnego przygotowania architektonicznego. Ja miałam za sobą długą drogę zawodową. Mam wszelkie potrzebne uprawnienia architektoniczne, przez wiele lat byłam urzędnikiem samorządowym, pracowałam też w biurach projektowych. Taki również powinien być mój następca.


Barbara Jezierska, b. mazowiecka wojewódzka konserwator zabytków


Z jednej strony konserwator zabytków może wykazać, że np. stawianie nowego pomnika przed zabytkowym Pałacem Prezydenckim jest sprzeczne z prawem, z drugiej, kiedy opinie konserwatora stoją w sprzeczności z interesami wielkich inwestorów, próbuje się nie słuchać jego głosu. Tak było z Barbarą Jezierską, odwołaną przez wojewodę Kozłowskiego wojewódzką konserwator zabytków na Mazowszu. Jej poprzednicy na tym stanowisku – Ryszard Głowacz, Andrzej Wojciechowski, Maria Brukalska – razem wzięci w ciągu długich lat urzędowania nie zrobili w sprawie obrony i zachowania substancji zabytkowej tyle, ile Jezierska przez cztery lata.
Wcześniej konserwator wpisywał po trzy, cztery obiekty rocznie na listę zabytków – i tylko wtedy, gdy właściciel złożył taki wniosek. Ona zaczęła wpisywać na listę z urzędu, i to nie tylko zabytkowe kamienice, dworki czy pałace, ale całe obszary z rozmaitych kategorii: powojskowe, pofabryczne, kamienice XIX-wieczne, modernizm międzywojenny i tzw. soc. Z tych ostatnich tylko Pałac Kultury i Nauki został wpisany na listę zabytków przez poprzednika Jezierskiej.
Nie byłoby takiego problemu z konserwatorami, gdyby miasta i gminy miały zatwierdzone perspektywiczne plany zagospodarowania przestrzennego. Ponieważ jednak Warszawa ma uchwalone miejscowe plany zagospodarowania zaledwie w 30%, to na pozostałych 70% prawie wszystko wolno. Dlatego Jezierska reagowała na różne pomysły deweloperów i inwestorów doraźnie, niemal w ostatniej chwili, gdy okazywało się, że zabytkowa substancja, która dotąd nikomu nie przeszkadzała, jest zagrożona.

Wydanie: 20/2011

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy