Przed nim jeszcze wiele dróg

Przed nim jeszcze wiele dróg

Nigdy dotychczas Nobla nie dostał artysta tak powszechnie znany

I pomyśleć, że dziesięć dni temu zastanawiałem się głośno, czy w tym roku Dylan wreszcie dostanie literackiego Nobla (mam świadków!). Od lat mówiono, że powinien, ale może właśnie dlatego było to tym większą niespodzianką. Nagrodę dostał za słowa, nie za swoją muzykę – ale przecież, mówiąc szczerze, gdyby nie ona, to pewnie mało kto zwróciłby uwagę na jego poezję.
Z racji jego wielu artystycznych pasji zapytano go kiedyś, za kogo przede wszystkim się uważa. We właściwy sobie sposób odrzekł: „Przede wszystkim jestem tancerzem”.

Wbrew pozorom była to głęboko przemyślana odpowiedź, ponieważ Dylana oglądano już w najrozmaitszych sytuacjach, ale chyba jeszcze nikt nigdy nie widział go tańczącego. W rzeczywistości uważał się i uważa przede wszystkim za poetę. Dlatego wziął nazwisko od wielkiego Dylana Thomasa.

Poza tym, choć tego głośno nie mówi, zawsze chciał być bardem, który swoją grą i tekstami elektryzuje tłumy. Po to właśnie, szukając natchnienia, odwiedzał bardzo już chorego Woody’ego Guthriego.

Odpowiedź wiatru

Nikt chyba na świecie nie doczekał się tylu egzegetów swojej twórczości, co właśnie Dylan. Specjaliści doszukują się w jego wierszach (może z wyjątkiem tych najwcześniejszych ballad z początków lat 60.) już nie drugiego, ale trzeciego czy czwartego dna, poczynając od odniesień biblijnych, przez Felliniego i Yeatsa, a kończąc na Zaratustrze (żeby było alfabetycznie).

Napisano o tym tomy wielekroć obszerniejsze niż cała twórczość Dylana, toczą się nieustanne dyskusje, jaka interpretacja tekstu jest najbliższa temu, co miał on w głowie. Na przykład jeśli chodzi o „All Along the Watchtower”, większość znawców skłaniała się do tego, że inspiracją twórcy była Księga Izajasza. Te opinie stały się nieco rzadsze, gdy usłyszano „All Along the Watchtower” w wersji Hendrixa.

Sam Dylan śmieje się z tych wszystkich analiz i nigdy nie silił się na tłumaczenia typu „co poeta ma na myśli”. Bodaj jeden raz, gdy „Mr. Tambourine Man” próbowano czytać przez pryzmat psychodeliczny, poczuł się w obowiązku niechętnie wyjaśnić, że „narkotyki nigdy nie grały roli w tej piosence”. Gdy jednak dopytywano się, kim jest ta tytułowa postać, Dylan rzucił tylko, że nikim, to po prostu źródło rytmu, jakie słyszy piosenkarz.

I jeden raz zdarzyło się, że stwierdzono, co powinien on mieć na myśli – po historycznym koncercie dla Jana Pawła II w 1997 r., papież powiedział Dylanowi: „Pytasz, ile jest dróg? Jest jedna – Jezus. A odpowiedź wiatru to tchnienie Ducha Świętego”. Sam Dylan skwitował zaś swój występ przed Janem Pawłem II krótko, mówiąc jakiś czas potem, że jest po prostu artystą do wynajęcia, który zagra dla każdego, kogo stać na jego honorarium.

Bard z Minnesoty

Interpretacje wierszy Dylana to zabawa sama w sobie, która trwa i nigdy się nie skończy. To trochę tak jak w Polsce w przypadku „czterdzieści i cztery” Mickiewicza – choć przecież dobrze wiadomo, że naszemu wieszczowi chodziło o datę śmierci Cezara, który dla ówczesnych spiskowców był takim samym tyranem, jakim dla Polaków później car.

Tak więc każdy może odbierać teksty barda z Minnesoty po swojemu, na zasadzie Pirandella: tak jest, jak się państwu zdaje. A to, że ludzie ciągle chcą je sobie wyjaśniać na różne sposoby, świadczy tylko o doskonałości poezji Dylana. Dlatego śpiewali ją wszyscy najważniejsi wykonawcy świata – od The Byrds po Neila Younga (też alfabetycznie).

Wielu ludziom wystarczy zaś po prostu słuchanie jego charakterystycznego głosu, gitary, i harmonijki ustnej, z którą genialnie wkracza w najodpowiedniejszym momencie. Do historii przeszło wykonanie paru fragmentów jego piosenek „dylanowskim” głosem przez Joan Baez (z którą tworzył kiedyś parę). Dylan zresztą sporo pracował, żeby zmienić swój głos. Jego „normalną” wersję można usłyszeć np. w „Lay lady lay”.

Koncerty Dylana, które od ponad 30 lat noszą nazwę „Nigdy niekończącego się tournée”, wciąż przyciągają tłumy. Widzowie często są głęboko zdziwieni, ponieważ Dylan już od lat nie śpiewa swoich największych przebojów w sposób znany z ich kanonicznych wersji (tak też było na jego polskich koncertach). Nigdy jednak nie są rozczarowani.

Dla większości z nas wielopoziomowe analizowanie jego twórczości jest po prostu niedostępne. Trzeba do tego znać doskonale angielski, ze wszystkimi niuansami i kulturowymi skojarzeniami tego języka. Tłumaczeń Dylana na polski jest wiele – i niestety wszystkie są marne, co bynajmniej nie jest winą tłumaczy, lecz tego, że jego wiersze, w głębszej warstwie znaczeniowej, są już nieprzetłumaczalne.

Jak toczący się kamień

Siłą twórczości Dylana jest zmienność. Gdy wydawało się, że zostanie twarzą pokolenia czy choćby jakiegoś nurtu muzycznego, był już o krok dalej, budząc niekiedy oburzenie tych, którzy wierzyli, że go poznali. Legenda głosi, że w 1965 r. Pete Seeger wtargnął na scenę z siekierą, próbując poprzecinać kable, którymi Dylan zelektryfikował swoje instrumenty (dla jego ówczesnych fanów przejście na gitary elektryczne było profanacją). W rzeczywistości Seeger powiedział tylko, że powinien je poprzecinać.

Innym zaskoczeniem było to, że napisał muzykę do filmu „Pat Garrett i Bill Kid”. Podobno Sam Peckinpah wcześniej w ogóle nie słyszał o Dylanie. Uczestnicy ich pierwszego spotkania opowiadali, że reżyser powiedział: „No, chłopcze, pokaż, co masz do zaproponowania”. Gdy zaś Peckinpah po wysłuchaniu muzyki wyszedł ze studia, ocierał łzy wzruszenia. I nic dziwnego, bo bez wspaniałej muzyki Dylana ten film nie byłby arcydziełem.

Natomiast w 2009 r. Dylan zaskoczył świat, wydając płytę, na której w najbardziej tradycyjny sposób śpiewa najpopularniejsze kolędy. I rozeszła się w milionowym nakładzie. Pewnie więc jeszcze nieraz nas zaskoczy.

Gdy mówimy: Dylan, dwa pierwsze skojarzenia brzmią zwykle: Cohen i Kaczmarski. Wydaje się, że Nobel dla Amerykanina może świadczyć o tym, że już nie doczeka się go starszy o siedem lat Kanadyjczyk.

Grymasem historii jest zaś to, że Kaczmarski, pod wrażeniem stanu, w jakim był Dylan na jednym ze swoich koncertów, napisał „Epitafium dla Boba Dylana” z bardzo mądrym zresztą tekstem. Miał okazję potem wręczyć mu ten utwór osobiście. Cóż, Dylan ma się świetnie, natomiast to nasz Kaczmarski, używając słów z „Epitafium”, już niestety stał się falą…

Dla mnie osobiście, jako człowieka starej daty, wciąż bardzo ważny jest pierwszy wielki utwór Dylana, króciutki „Blowin’ in the Wind”, zaśpiewany spokojnym, trochę smutnym głosem. W amerykańskiej rzeczywistości początków lat 60. ta piosenka była jak grom. Jednak prawdziwe dreszcze czuję, słuchając „Like a Rolling Stone”.

I chyba nie bez powodu, skoro rękopis tego utworu został sprzedany na aukcji Sotheby’s za 2 mln dol., co stanowiło rekord wszech czasów za odręczny tekst.


Odpowiedź gwiżdże wiatr
przeł. Stanisław Barańczak

Ile oddziela nas granic i rzek
Od sensu, który jest w nas?
Ile mórz ujrzy ptak, nim ocali go brzeg
I długi sen w ciszy gwiazd?
Ile jeszcze eksplozji ogłuszy ten wiek,
Tę ziemię zasieków i krat?
Odpowiedź zna wiatr, odpowiedź gwiżdże wiatr,
Odpowiedź, odpowiedź gwiżdże wiatr.

Ile ostrości powinien mieć wzrok,
By dojrzeć niebo zza chmur?
Ile razy słuch złowi czyjś jęk albo szloch,
Nim wreszcie dosłyszy w nim ból?
Ilu jeszcze na zawsze zagłębi się w mrok,
W ten mrok, co w nich samych się wkradł?
Odpowiedź zna wiatr, odpowiedź gwiżdże wiatr,
Odpowiedź, odpowiedź gwiżdże wiatr.

Ile przeminie imperiów i lat,
Nim góry skruszą się w pył?
Ile człowiek znieść może poniżeń i zdrad,
Nim z łaski pozwolą, by żył?
Ile jeszcze zostało mu woli i sił,
By godzić się wciąż na ten świat?
Odpowiedź zna wiatr, odpowiedź gwiżdże wiatr,
Odpowiedź, odpowiedź gwiżdże wiatr.

Wydanie: 42/2016

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy