Noc Pana Boga

Noc Pana Boga

W Auschwitz nawet ortodoksyjni rabini tracili wiarę

Elie Wiesel, laureat pokojowej Nagrody Nobla

– George W. Bush, Jacques Chirac, Ariel Szaron, Vaclav Havel, Kofi Annan – co łączy tych ludzi poza tym, iż są powszechnie znanymi mężami stanu? Przyjęli współprzewodnictwo gali uświetniającej pańskie 75. urodziny w nowojorskim hotelu Waldorf-Astoria. Bo są pańskimi przyjaciółmi, bo pana podziwiają, bo uznali, że przekazują w ten sposób ważny komunikat społeczności międzynarodowej. Jak brzmi w tej sytuacji pański komentarz?
– Jestem wzruszony i zaszczycony uczynionym mi honorem. Przez pewien czas cieszyłem się, że o tej rocznicy zapomniano, a potem łudziłem się, że mój sprzeciw wobec niej okaże się skuteczny. Ostatecznie przeciągnąłem urządzenie tego jubileuszu o osiem miesięcy. Tak naprawdę skończyłem trzy ćwierci wieku 30 września ub.r. Żona Marion i syn Elisha podarowali mi przy kolacji wieczne pióro. Wydawało mi się wówczas, że to causa finita, że taką parabolą powinno się to zamknąć.
– Elie, któremu rodzinę spalono w KL Auschwitz, z rodziną, którą odzyskał w Nowym Jorku, przy stole w swoim mieszkaniu na wysokim piętrze. Za oknem noc nie przeszkadza Manhattanowi. Wyostrza sens, zacierając detale. Noc, jak tamta pierwsza w obozie. Jak w książce „La Nuit” („The Night”) napisanej o tamtej nocy. Pomiędzy nimi – pióro do uwieczniania słowa. Narzędzie zmagań i wyznanie wiary Wiesela. Prezent i przeznaczenie…
Tak byłoby lepiej niż pełna sala balowa? Może nawet tak powinna się zaczynać pana najnowsza książka.
– Niepotrzebnie wspomniałem znajomemu, ile mam już lat. On później uruchomił dalszy ciąg…
– Uchodzi pan za jednego z ludzi najtrafniej posługujących się słowem. Ono nie daje panu spokoju od dziecka.
– Od pierwszego człowieka po kres czasów słowo jest i pozostanie jedynym narzędziem, które pozwala ludziom wymieniać marzenia i tajemnice. Jest tylko kwestią, jak szybko się to zrozumie i co dalej zrobi z tą prawdą. Dla mnie możliwość przygody ze słowem miała absolutnie zasadnicze znaczenie. Dzięki niemu mogłem poznawać Boga i świat. Przy czym nie tylko od wczesnego dzieciństwa zachłannie czytałem, ale także starałem się formułować swoje myśli na piśmie. W wieku 13 lat pisałem swoje pierwsze komentarze biblijne. Może nie były one dobre, grzeszyły naiwnością, ale były… napisane. Ogromnie zależało mi, aby Bóg dostrzegł mnie poprzez to, co mam mu do powiedzenia. Byłem strasznie religijny i starałem się spędzać jak najwięcej czasu na mówieniu do Niego.
– W jakim języku?
– Językiem modlitwy był oczywiście hebrajski. Uczyłem się go w szkole. W domu mówiliśmy po żydowsku i w tym języku kształtowała się moja świadomość. Tak też zwracałem się do Wszechmogącego. Ojciec uczył mnie także współczesnego hebrajskiego. Oczywiście, miałem do czynienia z innymi językami. Urodziłem się w mieście Sigeth w Siedmiogrodzie. Miasto przechodziło z rąk węgierskich w rumuńskie i z powrotem. Języki te słyszało się wszędzie. Nie były rzadkością ukraiński i rosyjski. Słychać było także niemiecki, bo był utrwalony jako język monarchii austro-węgierskiej. „W języku niemieckim” ojciec prowadził swój sklep spożywczy. Miałem ambicję, aby porozumiewać się w każdym z nich. Ta lingwistyka porównawcza pociągała mnie intelektualnie i socjalnie. Chciałem znać język otaczającego świata, by go rozumieć oraz okazywać mu szacunek, komunikując się w jego języku. Marzyłem też, aby zostać nauczycielem. To było drugie marzenie obok pisania, wyrażania myśli. I jedno, i drugie się spełniło. Piszę i uczę. Uczę także pisania. Można powiedzieć, że dzieciństwo pozostało ze mną.
– Wyrastał pan w tradycji chasydyzmu?
– Chasydyzmu wisznickiego (Vishnitz), którego dumnym i wiernym przedstawicielem był mój dziadek ze strony matki. On formował moją chasydzką religijność z fundamentalnym przekonaniem, że osobista modlitwa służąca połączeniu z Bogiem jest najważniejszym zadaniem człowieka, a manifestowana z tego powodu radość aktem wiary. Chasydką była moja matka. Uczyli mnie miłości do chasydyzmu i tego, co w nim najlepsze. Ojciec był religijnym Żydem, ale już nie chasydem. Przykładał ogromną wagę do mojej edukacji intelektualnej. Rzec by można, moja dusza należała do dziadka i matki, umysł – do ojca. To było najważniejsze doświadczenie dzieciństwa i bagaż, jaki zabrałam na dalszą drogę życia i do dziś niosę…
– Znów nawiązuje pan do dzieciństwa.
– Nie można inaczej. Past is the present, przeszłość jest teraźniejszością. To, co było wczoraj, powtarza się w dniu dzisiejszym. Wszystko już było.
– Chce pan powiedzieć, że dzieciństwo zdeterminowało pańskie życie?
– To właśnie mówię. François Mauriac – wielki człowiek, wielki pisarz i mój wielki nauczyciel – powiedział, że literatura to most między dzieciństwem i śmiercią. Tak z kolei brzmi moja odpowiedź na pytanie, w jaki sposób zdeterminowało. Dzieciństwo posłało mnie na ten most. Ku memu zdziwieniu przemierzyłem go więcej niż raz. W Auschwitz umierałem więcej niż raz. Tak jak wszyscy, którzy tam byli. Ale już nigdy to się nie powtórzy. To było możliwe TAM i WTEDY.
– Tam i wtedy zaczęła się pana literatura?
– W Auschwitz definitywnie skończyło się moje dzieciństwo. Ono było także kluczem i bramą do tego mostu. Jest mi niezbędne do dziś. Bez ciągłego przeżywania go na nowo nigdy nie zaakceptowałbym tego, co robię. Dzieciństwo jest niezbędne dla mojej egzystencji. Bez niego nie ma Wiesela.
– Żeby lepiej zrozumieć pańskie przeżycie obozowe, trzeba wiedzieć, że Żydzi węgierscy dotarli do KL Auschwitz dopiero w połowie 1944 r. Wojenny horror zbrodni omijał waszą społeczność, była jakby ukryta gdzieś na europejskich obrzeżach. Nie miał pan ani wiedzy, ani doświadczeń, jakie mieli choćby pańscy żydowscy rówieśnicy z okupowanej Polski.
– To prawda. Sytuacja Węgier była zupełnie inna niż Polski. Kolaboracyjny reżim faszysty Horthyego w jakimś stopniu chronił przed masową eksterminacją, stwarzał pozory bezpieczeństwa. W 1942 r., w święta Szawuot upamiętniające przekazanie przez Boga Mojżeszowi tablic z Prawem dla swego narodu, radośnie celebrowałem swoją bar micwę, żydowską konsekrację. Byłem zanurzony w chasydyzmie, mistycyzmie, kabalistyce. Poznawałem astrologię, parapsychologię, magię. Funkcjonowałem w innej rzeczywistości duchowej. Świat wojny był poza mną, daleko. Więcej, nie wierzyłem, że jest inny. Także w 1942 r. Horthy rozpoczął deportacje Żydów, którzy nie potrafili udowodnić swego węgierskiego obywatelstwa. Jedyną osobą z Sigeth, która wróciła z wywózki, był Mosze. Uciekł z transportu, opowiadał straszne rzeczy o zabijaniu Żydów. Nikt mu nie uwierzył, uznaliśmy go za wariata.
– W marcu 1944 r. mieliście już mniej iluzji?
– Wtedy hitlerowskie wojsko zajęło Sigeth. Niemcy szykowali się do odparcia Armii Czerwonej nadciągającej ze wschodu. Nakazano nam noszenie gwiazdy Dawida na ubraniu, pozamykano żydowskie sklepy, polecono opuścić domostwa i zamknięto w dwóch gettach. W maju, gdy już rozpoczęto deportacje, nasza katolicka gosposia Maria zaczęła nas namawiać, aby uciekać czym prędzej. Chciała nas ukryć u swojej rodziny w górach. Odmówiliśmy, dalej nie wierząc, że istnieje śmiertelne zagrożenie. Poza tym byliśmy przekonani, że siła Żydów zawsze tkwiła w ich zbiorowej solidarności i tylko wspólnie przezwyciężymy przeciwności.
– Z taką wiarą wsiadaliście do bydlęcych wagonów na początku czerwca 1944 r.?
– To było niemal dokładnie 40 lat temu! Oczywiście, że wierzyliśmy. Jak mogliśmy nie wierzyć? W drogę wyruszał mój ojciec Szlomo, mama Sara, moja młodsza siostra Cipora i ja. Starsze siostry Hilda i Bea już z nami wtedy nie mieszkały. To je miało ocalić…
– W czasie czterodniowej podróży do Auschwitz w tym wagonie, jak pan napisze, umierała pańska młodość…
– Wtedy wydawało mi się, że uczestniczę w strasznym wydarzeniu. Byłem świadkiem stłoczenia ludzi, cierpienia niewygód, poniżenia koniecznością załatwiania potrzeb fizjologicznych przy innych. To mnie szokowało, budziło sprzeciw. Było jednak niczym w porównaniu z nadchodzącym.
– Można powiedzieć, że uśmiercenie tej młodości uratowało pana? – W dosłownym sensie. Podczas pierwszej selekcji oddzieli mnie od mamy i siostry. Już ich więcej nie zobaczyłem, zamordowano je wkrótce w komorze gazowej. Gdy zostałem z ojcem, esesman zapytał mnie, ile mam lat. Stałem jak wryty, nie wiedząc, co odpowiedzieć, bo czułem, że od tego może zależeć wszystko. Milczał także ojciec. „Mów, że masz 18”, usłyszałem podpowiedź innego więźnia. Tak zrobiłem. Nie rozdzieli nas. Zostałem z dorosłymi jako przydatny do pracy. Wkrótce dostałem swój numer obozowy. – Jaki?
– A-70713. To był mój certyfikat dorosłości.
– Czuł się pan tak dorosły jak ojciec?
– Bardzo, bardzo chciałem, aby był ze mnie dumny. Pracowałem jak on, starałem się – jak on – zachowywać godność, na ile możliwe pomagać innym, wspierać, wnosić jakiś cień optymizmu i nadziei. Trzymaliśmy się cały czas, spaliśmy na jednej pryczy, modliliśmy się, spierali z Bogiem, a z innymi zastanawiali… czy Bóg w ogóle jest. Przeżyliśmy razem Auschwitz i trafiliśmy do obozu pracy Buna. Tu przetrwaliśmy do 19 stycznia 1945 r. i zostaliśmy pognani w marsz śmierci. Po dziesięciu dniach z 20 tys. tych, którzy wyruszyli, do Buchenwaldu dotarło 6 tys. Tu po paru dniach mój ojciec zmarł z wyniszczenia głodem i chorobami. Walczył do końca. 11 kwietnia 1945 r. do obozu dotarły pierwsze jednostki amerykańskie.
– Nie oczekuję od pana opisu zbrodni. To realia dobrze znane Żydom i Polakom. W tej wszechogarniającej n o c y od prądu w drutach ogrodzenia, od cyklonu-B w komorach gazowych ważniejsze były inne pytania. Czy tu jest Bóg? Czy to jest Jego noc?
– I o wiele ważniejsze: czy Bóg w ogóle istnieje? Zadawane nawet przez ortodoksyjnych rabinów, bo i tacy w KL Auschwitz tracili wiarę. Pytanie o teologiczny sens tego, co się dokonywało, i rolę w tym doświadczeniu Boga wstrząsnęło judaizmem. Być może, gdyby w 1944 r. przyszedł Mesjasz, realizując plan zbawienia swego ludu, byłaby to jakaś interpretacja dokonującego się horrendum. Ale Mesjasz nie przybył do Auschwitz! Lud Izraela nigdy nie ustał w wierze, a oddania Wszechmogącemu dowodził poprzez tysiąclecia, trwając w diasporze. Dlaczegóż miałby być tak okrutnie i niezrozumiale karany? Proszę mi wierzyć, Żydom waliła się wiara w Boga, który przez nich objawił się światu i ich obrał dla niesienia imienia Jego. Czuli się przeraźliwie opuszczeni przez Tego, z którym rozmawiali codziennie. Najbardziej religijny naród od stworzenia świata poddawany był eksterminacji jego religii. To było wielokroć gorsze niż eksterminacja biologiczna narodu. Bo jak umierać w bluźnierczym podejrzeniu, że Bóg lud swój porzucił?!
Co może być po takiej śmierci? Piekło? Piekło po piekle?
– „Noc”. Egzekucja przez powieszenie. Dwóch dorosłych umiera pod własnym ciężarem od razu. Wychudzony nastoletni chłopiec jest zbyt lekki. Męczy się długo, nim skona. Więźniowie muszą się temu przyglądać. Do końca.
Wiesel słyszy pytanie współwięźnia: „Gdzie jest Bóg?”. I wewnętrzną odpowiedź, która jest iluminacją: „Jest tu, na szubienicy?”. To najczęściej cytowany fragment pana książki. To pańska teologia?
– Gdyby to była moja teologia, Bóg już by nie żył, nie byłoby Go. To była kwintesencja rozdzierającego dramatu doświadczanego przez głęboko wierzący naród, tak jak ją umiałem opisać. Po egzekucji mogłem tylko modlić się do Boga, wierząc, że zabrał z niej tego chłopca do siebie. – Wybitny gnostyk Hans Jonas w „Idei Boga po Auschwitz”, próbując wytłumaczyć bierność Boga wobec zagłady narodu wybranego, twierdzi, że wobec tego faktu nie mogą być równocześnie prawdziwe trzy atrybuty boskie: wszechmoc, dobroć i zrozumiałość. Są bowiem w takiej do siebie relacji, że każde współistnienie dwóch z nich wyklucza trzeci. Filozof uważa, że tylko zgoda na brak wszechmocności pozwala pogodzić istnienia zła z dobrocią Boga. Gdyby był rzeczywiście wszechmocny, jak w obliczu przyzwolenia na zagładę można by dowodzić Jego dobroci i zrozumiałości? Boska wszechmoc jest ograniczona, za jego wiedzą, przez istnienie świata i człowieka.
– To wielki głos w dialogu, który trwa i będzie trwać. Nie uda się przejść obojętnie wobec Auschwitz bez bólu pytań i wątpliwości. Jednak zawsze na końcu zostaje to samo pytanie: co jest alternatywą? Rozwód z Bogiem? W moim przypadku poszerzone o następne: skoro modliłem się do Niego w Auschwitz, jak mógłbym nie modlić się dziś?
– Jest – pana zdaniem – jakieś wyjaśnienie dla Auschwitz?
– Nie ma wyjaśnienia dla Auschwitz. Nie akceptuję żadnego wyjaśnienia dla Auschwitz. Nie powinno być żadnego wyjaśnienia dla Auschwitz. Stajemy w takich próbach bezradni i jest to jedyna uczciwa postawa godna naszych czasów.
– W tym miejscu musi paść słowo, z którym jest pan w oczywisty sposób łączony w świecie, bowiem wprowadził je pan do powszechnego użytku dla opisu zjawiska, o którym mówimy. Holocaust. Dlaczego trzeba było nazwy szczególnej?
– Chodziło o nazwanie zbrodni wyjątkowej. Sama nazwa Holocaust pochodzi od greckiego holokauston i oznacza ofiarę całopalną. Hebrajskim odpowiednikiem jest słowo shoah. W tej właśnie wersji językowej pojawia się w tytule broszury „Shoah Yehudei Polin” (The Holocaust of the Jews of Poland) opublikowanej w 1940 r. w Jerozolimie przez United Aid Committee for the Jews of Poland (Zjednoczony Komitet Pomocy Żydom Polskim). Wydawnictwo zawiera doniesienia polskich przywódców żydowskich o eksterminacji. Dwa lata później z perspektywy historycznej używa tego terminu prof. Ben Zion Dinur z Jerozolimy. Już po wojnie, w latach 50., termin pojawia się częściej. Także używany przeze mnie. W latach 60. będzie następować dalsze upowszechnienie pojęcia. W 1978 r. Jimmy Carter powoła Prezydencką Komisję ds. Holocaustu (Presidential Commission on the Holocaust), która dwa lata potem przekształci się w państwową Radę ds. Holocaustu (US Holocaust Memorial Council). Holocaust i jego znaczenie znajdzie swoje odzwierciedlenie w strukturze państwa amerykańskiego, najpotężniejszej demokracji na świecie. To będzie niezwykle ważny sygnał. Dzień Holocaustu stanie się oficjalnie obchodzonym świętem amerykańskim. Wreszcie powstanie w Waszyngtonie wyjątkowy żywy monument: Muzeum Holocaustu, w którego otwarciu w 1993 r. weźmie udział Bill Clinton oraz 12 prezydentów i premierów z państw Europy Środkowej i Wschodniej, z terenów, gdzie zbrodnia hitlerowska była realizowana.
Podkreślenie wyjątkowości zbrodni było obowiązkiem historycznym i moralnym. Po raz pierwszy oficjalnym celem polityki państwa (III Rzeszy) stało się biologiczne zgładzenie innego narodu, ze stworzeniem dla tego zadania całej struktury administracyjnej i przemysłowej (w postaci obozów zagłady), z wykorzystaniem najnowszej technologii. Podjęto w XX w. eksperyment wyeliminowania ze światowej rzeczywistości narodu, który przez tysiąclecia swojej obecności w cywilizacji ludzkiej dokumentował swój wkład w nią na wszelkich możliwych polach oraz przetrwał mimo historycznych zagrożeń i przeciwności. Podczas II wojny, która była wielką tragedią ludzkości, ludzie ginęli, bo była wojna. Żydzi ginęli, bo byli Żydami. W taki sam sposób zostali „wyróżnieni” tylko Cyganie. Ich też miało nie być. Nie było innych narodów, których, zgodnie z planem, miało „nie być”. Dlatego zbrodnia Hitlera i jego państwa była czymś wyjątkowym i wymagała odrębnego zdefiniowania. Nie wszystkie ofiary II wojny były Żydami, ale wszyscy Żydzi byli ofiarami.
Świadectwo Holocaustu jest dziś nakazem przeciwstawiania się wszelkim zagrożeniom płynącym z nienawiści do człowieka lub dowolnej grupy etnicznej, narodowej, religijnej czy społecznej. W tym tkwi jego uniwersalizm. Na ile potrafię, staram się być sługą tej idei.
– Świat te wysiłki dostrzega i docenia. W 1986 r. został pan uhonorowany pokojową Nagrodą Nobla. Powiedział pan wówczas, że wszelkie zło przychodzi z obojętności i dzięki niej możliwy był Holocaust oraz że nie spocznie pan, dopóki będą na świecie ludzie potrzebujący pomocy, wobec których nie wolno zgrzeszyć obojętnością. W 1981 r. wydobył pan z zapomnienia innego posłańca tej myśli, Jana Karskiego. Zwrócił pan go światu.
– Dramat Holocaustu był dramatem obojętności. Wojnę tej obojętności wypowiedział 27-letni dyplomata, emisariusz polskiego Państwa Podziemnego, Jan Karski. Był naocznym świadkiem tragedii Żydów. W przebraniu trafił do getta i obozu, wysłuchał relacji i próśb żydowskich o ratunek, zabrał ze sobą ten przerażający bagaż prawdy do najwybitniejszych osobistości świata Zachodu, położył przed nimi raport. Nic się nie stało. Misja tego bohaterskiego Polaka poniosła klęskę. Okazał się posłańcem z kart Franza Kafki. Przyniósł prawdę, której nikt nie potrzebował. Okazała się jednak bezcenna – pokazała, do czego prowadzi obojętność.
Po wojnie Karski chciał zapomnieć. Wybrał karierę naukową na Uniwersytecie Georgetown. Nikt z jego studentów ani kolegów profesorów nie wiedział, kim był podczas wojny, co zrobił nie tylko dla Żydów, ale i całego świata. W 1980 r., kiedy przygotowywałem Międzynarodową Konferencję Wyzwolicieli Obozów Koncentracyjnych, czytałem m.in. wojenną książkę Karskiego „Story of a Secret State”, studiowałem dostępne w archiwach dokumenty na temat jego misji. Byłem przekonany, że ten człowiek już nie żyje. W telefonicznej rozmowie ze znajomym wyraziłem żal, że Karski nie może osobiście jeszcze raz zdać swojego wojennego raportu. „Człowieku! Przecież masz Karskiego w Waszyngtonie! On tam uczy”, usłyszałem zdumiony. Postanowiłem zrobić wszystko, aby znów przemówił.
Długo musiałem go przekonywać, nim się zgodził. Jego porywające wystąpienie podczas konferencji w październiku 1981 r. stało się przełomem w upowszechnianiu wiedzy o Holocauście. Mam świadomość, że zburzyło to także spokój Karskiego. Bóg jednak świadkiem, on – po tym, co zrobił dla ludzkości – na taki „spokój” nie zasługiwał. Stał się znany, otaczany czcią, uważnie słuchany. Świat odzyskał Karskiego! Jednego ze swoich najwybitniejszych synów XX w. Swego księcia ludzkości, Prince of Humanity. Lekcja Karskiego dana światu mówi, że wszystko zależy od nas, wszystko jest w naszych rękach i do końca musimy walczyć z obojętnością. Niezależnie od tego, jak wielką pokusę wygody ona nam oferuje.
Połączyła nas serdeczna przyjaźń, z której nigdy nie przestanę być dumny. Pamięć Jana Karskiego będę niósł do końca moich dni.*)
– Czy nie rozczarowuje pana, że 60 lat po pana „wycieczce” z Sigeth do Auschwitz są ludzie, którzy odmawiają panu prawa do Holocaustu?
– Świat jest, jaki jest, a jest nieprzewidywalny. Oczywiście, gdyby po wojnie – którą siły sprawiedliwości i dobra wygrały – ktoś mnie zapytał, czy wyobrażam sobie, że pół wieku później ktoś będzie zaprzeczał moim osobistym doświadczeniom z KL Auschwitz i analizował, czy numer A-70713 nie jest jedynie perwersyjną ozdobą, nie uwierzyłbym. Gdyby zapytać jakiegokolwiek Żyda, który przeżył Holocaust, czy uwierzyłby, że będą mu mówić, że NIC nie przeżył, nie uwierzyłby. Czy gdyby powiedzieć wyzwolicielowi obozu, że ktoś na tych murach będzie kiedyś pisał, kto ma znowu iść do gazu, uwierzyłby? Nie! I co? Żyję z tym wszystkim. Jasne, że nie jestem bierny. Reaguję, kiedy ktoś chce „zawłaszczać” czy zdeprecjonować Holocaust i mówi na przykład, że w Nowej Funlandii kanadyjscy rybacy przygotowują „Holocaust” fok. Reaguję, kiedy kardynał Józef Glemp mówi o „Holocauście” nienarodzonych albo o tym, że historia zna wiele „Holocaustów”. Mam świadomość, że wraz z nazwaniem przez Żydów swojej hekatomby wojennej Holocaustem rozpoczęła się w odpowiedzi dejudaizacja Holocaustu. Odmawianie go Żydom czy wręcz zaprzeczanie mu. Żydzi są, być może, niewygodni ze swoim Holocaustem, ale nie oni go sobie zaplanowali i urządzili. Więc ani się go nie wyrzekną, ani też nie zgodzą na odbieranie go im i kuglowanie nim.
– Ostatnio można się również dowiedzieć o „Holocauście” zgotowanym… Chrystusowi.
– Wydawało mi się naiwnie, że można zajmować się sprawami żydowskimi i uniknąć wypowiadania się o „Pasji” Mela Gibsona. Postanowiłem nawet nie oglądać tego filmu i nie zabierać głosu na jego temat. Odmawiałem komentarzy dla mediów. Jednak postawa taka zaczęła być kontrowersyjna, dwuznaczna. Obejrzałem „Pasję” na DVD. Stwierdzam jasno: jest to film antysemicki, nakręcony w złej wierze. Poprzez taką interpretację jest to film wręcz antychrześcijański. To jest drugie ukrzyżowanie Chrystusa dokonane przez Gibsona, z odium rzuconym na Żydów. Szczytem manipulacji jest końcowa scena, kiedy zwieńczeniem śmierci na krzyżu jest kataklizm świątyni jerozolimskiej. Oba wydarzenia są odległe czasowo o niemal 40 lat! Dla kogo jest to przesłanie? Co ma nieść? Uważam za tragicznie bolesny paradoks, że taki film pojawił się podczas pontyfikatu Jana Pawła II, papieża obok Jana XXIII najbardziej zasłużonego w historii Kościoła dla Żydów i ich wielkiego przyjaciela.
– Zapytam wprost. Czy uwierzyłby pan, gdyby ktoś panu powiedział, że 60 lat po wojnie wciąż żywy będzie także antysemityzm?
– Nie, nie uwierzyłbym. Jednak proszę nie oczekiwać reakcji w postaci słów świętego oburzenia. Tej konstatacji towarzyszy refleksja, jak wiele pozostaje do zrobienia, gdzie jesteśmy i ile jeszcze przed nami. Myślę, że jest to czas przede wszystkim edukacji. Edukacji, której powinna służyć także lekcja Holocaustu. Zwłaszcza gdy świat zmierza w tak złym kierunku – nienawiści, terroru, chęci zdominowania i pokonania innych. W kierunku wojny, nie pokoju. W kierunku – znów – nocy…
– Dla Żydów na całym świecie i dla nie tylko dla nich pozostaje pan żywą ikoną.
– Nie jestem ikoną! Starałem się być tylko dobrym uczniem, dobrym nauczycielem i dobrym pisarzem. To wszystko.
– Pozostaje jeszcze te 75 lat. Bilans?
– Od czasu kiedy François Mauriac w 1954 r. pchnął mnie na drogę literatury, nakazując pisanie o tym, czego doświadczyłem, powstało już chyba 40 książek. One mnie nie zmieniły. Tak samo jak na początku wierzę w kulturę. Wierzę w ludzkość. Nie umiem nienawidzić. Nie umiem być obojętny. Nigdy też nie zaznam spokoju. Nie uwierzę, że po ukończeniu 75. roku życia moim przeznaczeniem mogłoby być podróżowanie po świecie, zwiedzanie pięknych miejsce, picie dobrego wina i cieszenie się życiem. Ja potrafię je tylko dźwigać…
– Przez noc?
– Przede wszystkim.

*) Elie Wiesel jest prezydentem Towarzystwa Jana Karskiego (Jan Karski Society).

 

Wydanie: 28/2004

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy