Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

MSZ ma nowego wiceministra. To Paweł Kowal, poseł PiS. 21 lipca otrzymał nominację, a 22 lipca skończył 31 lat. Znaczy się, dostał fajny prezent na urodziny. MSZ-etowska brać rzuciła się więc do internetu, by przeczytać choćby życiorys tego nowego nabytku. I wszystko jasne – Kowal zaczynał karierę u Jerzego Buzka, gdy ten był premierem. Należał do grupy chłopców z komórkami, którzy otaczali szefa rządu i udawali ważnych. Potem trafił za Lechem Kaczyńskim do Urzędu Miasta Stołecznego i tam dochrapał się funkcji szefa działu prasowego. No, wielka to okazała się trampolina, która rzuciła go najpierw do Sejmu, a teraz na stanowisko wiceministra spraw zagranicznych.
Więc starzy MSZ-etowcy (jest ich jeszcze garstka) usiłują sobie przypomnieć, do jakich lat wracamy. Że trzydziestolatek bez wiedzy i doświadczenia zostaje wiceministrem? I oni takich czasów nie pamiętają. Za to pamiętają chociażby czasy Tadeusza Olechowskiego, czyli rok 1988, kiedy opracowano rozporządzenie dotyczące zasad obejmowania stanowisk kierowniczych w MSZ. Wtedy to określono, że dyrektorem departamentu może zostać osoba mająca przynajmniej ośmioletni staż pracy w MSZ i znająca, co potwierdzać musiały egzaminy, przynajmniej dwa języki obce. Wicedyrektorem zostać było łatwiej – wystarczał staż pięcioletni. Te wszystkie zasady miały jeden cel, chodziło o to, żeby zagrodzić drogę do MSZ rozmaitym niekompetentnym aparatczykom z partyjnego nadania. Takim Kowalom (ŕ propos: panie wiceministrze, co z pańską znajomością języków obcych? Czy ma pan na to stosowny papier, czy też pan mówi, że pan mówi?). Potem, już w III RP, dla tego typu ludzi utworzono w ministerstwach gabinety polityczne. Teraz okazuje się, że wszystko to były puste starania.
A ponieważ starania były puste, to mamy kwiatki. Ze śmiechem opowiada się w MSZ historię niedawnej narady dotyczącej polityki wschodniej, którą zarządziła pani Fotyga. I wymyślono na niej, że Henryk Litwin pojedzie na Białoruś jako charge d’affaires (więc nie będzie musiał składać listów uwierzytelniających prezydentowi Łukaszence, którego przecież nie uznajemy), ale ambasadorom USA i państw Unii powie się, że tak naprawdę to jest on ambasadorem. Takim in pectore. I żeby go tak traktowali.
W MSZ zastanawiają się też, cóż takiego się stało, że do Nowego Jorku w sprawie Libanu poleciał wiceminister Stanisław Komorowski, a nie wiceminister Witold Waszczykowski? To przecież Waszczykowski jest od konfliktów zbrojnych, od NATO, od USA. Komorowski ma o tym pojęcie podstawowe, nigdy się tymi sprawami nie zajmował. Może minister Fotyga uznała, że jak kiedyś był dyrektorem Departamentu Azji, to się zna? Ale ten departament nie obejmował Libanu, Liban obejmuje bowiem Departament Afryki i Bliskiego Wschodu…
Cóż więc takiego się stało? Czy w MSZ jest już taki bałagan? A może wtrącili się Amerykanie, którzy dwukrotnie prosili nasze MSZ, by coś z Waszykowskim zrobić – raz, gdy był zastępcą ambasadora przy NATO, po raz drugi, gdy był ambasadorem w Iranie. Dwukrotnie go wtedy odwoływaliśmy…
Panowie wiceministrowie – jak to z tym wyjazdem było?

Wydanie: 32-33/2006

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy