Notes dyplomatyczny

Prezydent Lech Kaczyński i premier Donald Tusk po zakończeniu szczytu w Brukseli ogłosili, że zakończył się on wielkim sukcesem Polski. Znowu sukces! Tak oto jesteśmy świadkami narodzin nowej świeckiej tradycji – co pół roku mamy szczyt Unii i co pół roku zataczamy się z radości, jaki to niewyobrażalny triumf odnieśliśmy.
Dobrze byłoby więc, gdyby Polska na sprawy europejskie zaczęła patrzeć w sposób mniej emocjonalny, a bardziej wyrozumiany. Że to jest jak fabryka – proces podejmowania decyzji w Unii ma swoją technologię, swoje etapy, na każdym z nich warto zaznaczać swą obecność, negocjować, ustalać. Jak to się dobrze zrobi, to potem jest już łatwiej. I nie trzeba szarżować czy wyrażać się w egzaltowany sposób.
Te uwagi odnoszą się także do MSZ-owskiej centrali, która coraz bardziej zaczyna przypominać armię bez sztabu i dowódców. O tym, że rażąco spada poziom korpusu dyrektorów, że trafiają doń ludzie, którzy niewiele w dyplomacji osiągnęli i którzy nie cieszą się w MSZ odpowiednim mirem, pisaliśmy parę tygodni temu. Sęk w tym, że to była ilustracja szerszego zjawiska.
Oto bowiem, jak śmieją się gazety, trwa w MSZ łapanka na wiceministrów. Faktycznie – mamy tu spore dziury. Wiceminister Jan Borkowski to człowiek PSL. A pozostała trójka? Grażyna Bernatowicz, która wniosła wiele spokoju i porządku, szykuje się do odejścia z MSZ na emeryturę. Sporo rozsądku wniósł Przemysław Grudziński – ale on z kolei niedługo pewnie wyjedzie na placówkę. Z kolei Andrzej Kremer sam lokuje się w dalszym szeregu. Poniekąd słusznie, bo wcześniej kierował Departamentem Prawno-Traktatowym, no i ma pewną wadę, znaczącą w dyplomacji – nie zna angielskiego.
Tak więc z czwórki wiceministrów co najmniej dwoje niedługo odejdzie. Poza tym, dodajmy, brakuje w tej grupie pewnego esprit, człowieka o szerokim spojrzeniu, który by mógł debatować o światowych tendencjach. Co więcej, pustka jest głębsza – bo spójrzmy, kto kieruje Departamentem Strategii i Planowania Polityki Zagranicznej. Otóż nikt. Od miesięcy ten departament nie ma dyrektora. Więc jak planować strategiczne działania?
W takich przypadkach nasuwają się kalki pojęciowe, o dobrym carze i złych urzędnikach czy też dobrym ministrze i złych doradcach. Czyli – o dobrym ministrze Sikorskim i kiepskim MSZ, które nie potrafi go wspomagać.
Otóż ta kalka, mimo że parę lat temu Władysław Bartoszewski mówił, że MSZ to \”siano\”, jest nieprawdziwa. Są w MSZ ludzie bardzo sprawni intelektualnie, o wielkiej wiedzy i szerokich horyzontach, reprezentujący poziom światowy. Nie chcemy im psuć ewentualnej kariery, więc ich nazwiska zmilczymy. I to tylko i wyłącznie zasługa ministra, że nie potrafi z nich korzystać. To, że strategia i planowanie polityki zagranicznej zeszły na daleki plan – to jego decyzja. Najwyraźniej on tego nie czuje, nie lubi, nie rozumie. Po co czytać książki lub debatować ze specjalistami i intelektualistami, skoro łatwiej powiedzieć zdanie o karłach moralnych albo coś podobnego. Czy też wsłuchać się w stukot salutujących obcasów.
Panie ministrze! Jaki pan, taki kram.
To w MSZ coraz wyraźniej słychać, widać i czuć.

Wydanie: 51/2008

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy