Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Plotka MSZ-etowska głosi, że wiceminister Witold Sobków miał być zdymisjonowany w większym pakiecie. I że razem z nim ze stanowiskami pożegnać się mieli wiceminister Witold Waszczykowski i dyrektor Sekretariatu Ministra, Jarosław Lindenberg. O nie, nie za poglądy czy za złe pochodzenie, ale dlatego, że pani minister ich nie lubiła. Bo i faktycznie, obaj dżentelmeni do zbyt pokornych nie należą. Ale widocznie pani minister się rozmyśliła, bo dymisji im nie wręczyła, ba, rzec miała, że po Sobkowie dalszych odwołań nie przewiduje, nie przewiduje też odwołań ambasadorów. To zresztą zaraz skomentowano w MSZ tak, że po prostu nie ma kogo wysyłać, ma kilkanaście ambasad nieobsadzonych, więc robi cnotę z konieczności.
Za to coraz marniej przedstawia się w MSZ pozycja tzw. różowych. Czyli tych, których szefostwo podejrzewa o sympatie platformerskie.
Henryk Szlajfer, człowiek, który pisał przemówienia Geremkowi, strateg polityki, został zepchnięty do Archiwum, któremu dyrektoruje.
Ech, niedawny wiceminister Stanisław Komorowski, zwany Kenem, został przeniesiony do Departamentu Azji, ma tam pokoik – i towarzystwo Stanisława Czartoryskiego… To też jest jakaś forma upokorzenia, bo on tym departamentem kierował za Cimoszewicza, bardzo zresztą na to narzekając i opowiadając na lewo i prawo, że to oznaka prześladowania go przez komunę. Teraz z kolei chodzi po MSZ i opowiada, że za komuny to chociaż zaproponowano mu stanowisko dyrektora departamentu, a za PiS to już nic… Ano faktycznie, bo podobno był u Lecha Kaczyńskiego, prosząc o wysłanie na placówkę (oczywiście w charakterze ambasadora), na co od prezydenta usłyszał: zawiedliśmy się na panu, za naszych czasów nigdzie pan nie pojedzie…
A czy gdzieś pojedzie Jerzy Pomianowski, za Mellera p.o. dyrektor generalny? To się tak waha – raz w MSZ mówią, że coś mu dadzą, innym razem, że nic. Ale ostatnio przeważa ta druga opcja. Otóż stało się tak, dlatego że zaczęto w ministerstwie sprawdzać, którzy pracownicy i jak często wychodzą w godzinach pracy z gmachu na miasto. A sprawdzić jest banalnie łatwo, bo wejścia i wyjścia są rejestrowane dzięki kartom magnetycznym, w centralnym komputerze zapisany jest każdy ruch każdego pracownika. Pomysł takiej operacji narodził się dlatego, że szukano haków na starych pracowników, jeszcze z ekipy Cimoszewicza, w rodzaju Krzysztofa Jakubowskiego. Zepchnięci zostali na zupełny margines, nie mają niemal nic do roboty, ale nie można ich, ot tak, wyrzucić, więc postanowiono złapać ich za gardło w ten sposób – że wagarują. Tymczasem to prześwietlanie najgorzej wypadło dla Pomianowskiego, dyrektora Departamentu Współpracy Rozwojowej, bo okazało się, że częściej jest on poza gmachem niż w nim. Co zezłościło panią minister.
Narzeka też niedobitek z ekipy Marcinkiewicza – Ryszard Schnepf. Otóż on z kolei, jako pełnomocnik od problemów globalnych, doznał afrontu, bo już nie ma sekretarki.
Też przecież zawiódł, więc teraz musi go zaboleć. Taka jest pedagogika naszych czasów.

Wydanie: 3/2007

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy