Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Zanim premier wyjechał do Moskwy, żeby otwierać naszą politykę wschodnią, nastąpiły w MSZ ciekawe zmiany. Najpierw szefem Departamentu Europy Wschodniej został Jarosław Bratkiewicz. Kiedyś o nim wspominaliśmy, ale teraz można by przypomnieć parę elementów – otóż Bratkiewicz jest po MGIMO, więc z punktu widzenia PiS-owców powinien być uznany za człowieka absolutnie podejrzanego. Tylko że rzecz jest bardziej skomplikowana – bo Bratkiewicz nie chciał po szkole pracować w MSZ, wybrał Polską Akademię Nauk, no i w dorosłym życiu kontestował PRL i ludzi z czasów PRL. No i związki polsko-rosyjskie. Więc gdy przyszedł do MSZ, i z uwagi na przeszłość, i na prezentowane poglądy, zaliczano go do prawicy.
Tenże Bratkiewicz zaczął budować sobie w MSZ ekipę. I na wicedyrektora departamentu ściągnął Mariusza Maszkiewicza. Człowieka spoza MSZ. Ten Maszkiewicz był w ostatnim czasie wprawdzie poza MSZ, ale przecież temu ministerstwu zawdzięcza sławę – bo pracował tu w latach 90. Był najpierw konsulem w Grodnie, a potem ambasadorem w Mińsku (1998-2002).
Na tym stanowisku zyskał pewien mir, bo nawet mówił o nim sam prezydent Łukaszenka. Otóż nazwał go pewnego razu szkodnikiem.
Maszkiewicza pamiętamy też z innego wydarzenia – w marcu 2006 r. został aresztowany na głównym placu w Mińsku, w miasteczku namiotowym, gdzie kilkaset osób demonstrowało przeciwko sfałszowaniu wyborów prezydenckich. I spędził w białoruskim areszcie kilkanaście dni.
Potem pamiętamy go z telewizyjnych komentarzy dotyczących Białorusi i Łukaszenki. W ostatnim zaś czasie był on kojarzony z ekipą Jarosława Kaczyńskiego. W MSZ, po jego nominacji, przypominano, że jakiś czas temu chwalił się białoruskim niezależnym mediom, że jest doradcą premiera ds. polityki wschodniej i że premier bardzo ceni jego opinie. No i że przeszkadza mu w pracy ambasada Białorusi w Warszawie, która nie zaprasza go na przyjęcia. To teraz będzie.
Jak opisujemy ekipę, która kształtować będzie polską politykę wschodnią, dodajmy do tego jeszcze jedną osobę. To Wojciech Zajączkowski, do niedawna dyrektor Departamentu Europy Wschodniej. Pisaliśmy o nim niedawno – Zajączkowski, ponieważ nie może wyjeżdżać do Rosji, miał iść na długi urlop, a po jego zakończeniu odejść z MSZ i iść do biznesu prywatnego. I widocznie nie poszedł, bo wrócił do gmachu. Ale już na stanowisko wicedyrektora, choć w Departamencie Planowania i Strategii (u Jacka Czaputowicza).
I teraz zastanówmy się – czy ta ekipa pomoże wypracować premierowi nową politykę wschodnią? Odpowiedź jest, zdaje się, oczywista – nie pomoże. Bo wprawdzie wiedzy na temat Wschodu odmówić im nie można (to jest duża wartość, po Fotydze, Kowalu i Sadosiu warto docenić ludzi, którzy coś potrafią), ale trudno też przypuszczać, by zaprezentowali inne myślenie, inny sposób działania, niż prezentowali wcześniej. Po prostu – ich kariera jest kolejnym dowodem na to, że w polskiej polityce zagranicznej zmiana jest kosmetyczna. Że agresywnego PiS-owca (Fotyga) zastępuje PiS-owiec umiarkowany (bo tak wielu, nie tylko w MSZ, postrzega Radosława Sikorskiego, ministra obrony w rządzie PiS).
Inna sprawa, że – zdaje się – to bardzo premierowi odpowiada.

Wydanie: 6/2008

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy