Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

W MSZ trwa etatyzacja placówek. Cóż to za rzecz? Otóż jest to przegląd etatów na placówkach, oczywiście pod kątem likwidacji zbędnych stanowisk. To zresztą nikogo w MSZ nie dziwi. Budżet ministerstwa zmniejszono o 20%, a tymczasem trzeba będzie, w związku z koniecznością wprowadzenia wiz dla Ukraińców, Rosjan i Białorusinów, otwierać konsulaty na Wschodzie. Już dziś się mówi, że będzie to wymagało przerzucenia tam 100-150 pracowników. To wcale nie są zawyżone szacunki – sam konsulat Niemiec w Kijowie zatrudnia 50 osób, więc i nasz będzie musiał być równie liczny.
Przegląd stanowisk rodzi określoną atmosferę, jedni drugich różnymi metodami chętnie stawiają w gorszej sytuacji. Zdarzyło się więc w MSZ, że zarzucono starszym pracownikom, iż nie potrafią posługiwać się komputerami. Kadry ogłosiły zatem na polecenie ministra testy sprawdzające.
To był zbawienny pomysł. Bo komputery, co prawda, w ministerstwie są w każdym pokoju, ale system jest taki, że nie można wyjść w świat, wejść do Internetu. Z kolei wewnętrzna sieć karmi pracowników starymi danymi – są tam materiały sprzed miesięcy, w rubryce „Kierownictwo” widnieją nazwiska Bartoszewskiego, Ananicza i Radka Sikorskiego, a nazwisko Cimoszewicza jest jedynie w spisie telefonów.
MSZ jest więc niby skomputeryzowane, ale jest to skomputeryzowanie z defektami. Podobnie zresztą wygląda inna ważna dziedzina – znajomość języków obcych. Jest ona coraz słabsza, z MSZ znikają pracownicy znający nie tylko egzotyczne języki – np. pasztu czy hausa – ale również te średniopopularne (np. fiński) lub popularne (np. rosyjski). A propos – wiele szumu w MSZ wywołał powrót Andrzeja Załuckiego z Moskwy i jego niektóre zapowiedzi. Załucki zapowiedział m.in., że sprawdzi, kto postawił czwórkę z plusem z rosyjskiego jego zastępcy w Moskwie, Marianowi Orlikowskiemu. Załucki był przekonany, po tym, jak odwiedzili rosyjski MSZ, że Orlikowski nie zna rosyjskiego, względnie – zna go bardzo słabo. Tymczasem dowiedział się, że zdał on w centrali i dostał czwórkę z plusem. Od kogo?
Jest jeszcze jedna plaga utrudniająca życie w MSZ. Rozprężenie, polegające na tym, że ambasadorowie zupełnie jawnie pozwalają sobie na zagraniczne wyjazdy bez zgody centrali. Niektórzy robią to po kryjomu, nikomu nic nie mówiąc. Inni, bardziej cywilizowani, informują departament terytorialny clarisem, że wyjeżdżają na tydzień lub na dwa tygodnie i że zastępować ich będzie dany pracownik. I tyle.
To rodzi komplikacje. Taka jest dyplomacja – pojawiają się sprawy wymagające szybkiej interwencji ambasadora, a tymczasem ambasadora nie ma. I co wtedy? O ból głowy przyprawia to również finanse. Bo ambasador wyjeżdża, więc trzeba zapłacić mu za ten czas diety. W ten sposób co poniektórzy potrafią dorabiać spore sumy do swoich sporych pensji.
Ale co tu dziwić się placówkom, skoro w samej centrali też mamy chaos i mimo reformy upraszczającej strukturę materiały są źle adresowane, trafiają nie tam, gdzie trzeba, koślawy jest obieg dokumentów. Kiedy się wyprostuje?

Wydanie: 9/2002

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy