Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Zadzwoniło do nas kilku czytelników w sprawie Wojciecha Zajączkowskiego, którego premier Tusk chce wysłać na ambasadora do Moskwy. Że potraktowaliśmy go zbyt surowo, bo to kompetentny dyplomata, dobrze znający Rosję. Ha! Rzecz w tym, że nigdy inaczej nie twierdziliśmy. Nikt Zajączkowskiemu nie odmawia kompetencji. Tu chodzi o coś innego.
Otóż w dyplomacji istotna też jest waga ambasadora. Czy coś znaczy w swoim kraju, jakie ma CV, jakie znajomości. A zwłaszcza ważne jest to w wielkich krajach i takich, na których szczególnie nam zależy.
Rosja, w tej perspektywie, jest i wielkim krajem, mocarstwem, no i takim, na którym nam zależy, z którym stosunki są priorytetowe. Więc i dobór ambasadora musi być staranny – bo jest to wybór nie tylko sprawnego i mądrego urzędnika, ale i postaci politycznej. Nazwiska, które samo otwiera drzwi. W sferach polityki, kultury, biznesu.
I takiego ambasadora trzeba wysłać do Moskwy. Wielka więc szkoda, że nie udało się takiej postaci wyszukać i namówić.
A jeżeli premierowi (bo ambasador w takim kraju to wyższa półka, i raczej kompetencja premiera niż ministra spraw zagranicznych) nie udało się znaleźć chętnego wśród grubych ryb i jego wybór padł na Zajączkowskiego, to – zanim MSZ wysłało jego papiery do Moskwy z prośbą o agrément – powinien zrobić wszystko, by go „pogrubić”.
To dałoby się zrobić.
Zajączkowski, gdy Tusk został premierem, był przez pewien czas jego doradcą ds. polityki wschodniej. To jest atut. Bo dyplomaci czytają to w ten sposób, że ma bezpośrednie dojście do ucha premiera. Tylko że przez ostatnie dwa lata był on ambasadorem w Rumunii. Dla dyplomatów też jest to prosty sygnał – słabo spisywał się jako doradca, więc wysłano go do Rumunii, czyli prawie jak na otarcie łez. Bo Rumunia to przecież nie Europa Wschodnia, no i nie kraj dla Polski priorytetowy.
A to wszystko można było odwrócić. Gdybyśmy poważnie traktowali Zajączkowskiego jako kandydata do Moskwy, to po
10 kwietnia powinien wrócić do kraju i zostać wiceministrem spraw zagranicznych. On, a nie ambasador na Białorusi, Henryk Litwin.
Dzisiaj byłby już półrocznym podsekretarzem stanu, z dobrą marką.
O, ze stanowiska wiceministra można jechać na ambasadora. Inaczej to wygląda.
OK, możemy założyć, że premier do Zajączkowskiego przekonał się później, latem, kiedy Litwin zajął już stanowisko wiceministra spraw zagranicznych i nie było sposobu, żeby go odwoływać czy przenosić. Ale na to również jest rada – człowieka można przecież mianować podsekretarzem stanu w Kancelarii Premiera. Może być Bartoszewski, może być i Zajączkowski. W ten sposób też budowałoby się jego pozycję. Każdy by wiedział, że jest to zaufany człowiek premiera, jego prawa ręka w sprawach wschodnich. Że jego wpływy są rozległe.
Tak robiąc, premier bardzo by sobie ułatwił działanie – bo nie dość, że miałby w Moskwie człowieka, na którego może liczyć, to i takiego, któremu łatwiej jest działać.
A tak – wyszło niechlujnie.
I o to przede wszystkim mamy żal.
Attaché

Wydanie:

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy