Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Co poniektórzy mówią, że jesteśmy zgryźliwi. A skądże! Gdy jest szansa, jesteśmy mili ponad miarę.
A taką dostaliśmy – bo trzeba docenić prezydenta Komorowskiego, który odznaczył 16 listopada ludzi MSZ. Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski odznaczony został Adam Daniel Rotfeld. Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski – Jerzy Bahr i Ksawery Burski. Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski – Ryszard Krystosik, Bronisław Misztal, Krzysztof Płomiński, Krzysztof Szumski, Jan Woroniecki. A Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski – Adam Kobieracki, Tomasz Kozłowski, Zbigniew Szymański i Joanna Wronecka.
I cóż – warto docenić staranny dobór odznaczonych (za czasów poprzedniego prezydenta i poprzedniej pani minister tak by nie było), wszyscy mają nietuzinkowe osiągnięcia, należą (czy też należeli) do czołówki polskiej dyplomacji.
Cieszy Krzyż Wielki dla Adama Daniela Rotfelda, bo zasłużył się Polsce jak mało kto. Bez porównania bardziej – bądźmy choć trochę złośliwi – niż Jan Krzysztof Bielecki.
Zauważmy jeszcze jedno – odznaczony został Tomasz Kozłowski: czy za to, że wbrew opinii centrali kandydował (z powodzeniem) do stanowisk w unijnej biurokracji?
W sumie jednak nowa polityka orderowa ma ręce i nogi. Odznaczeni zostali dyplomaci czołowi. Odrzucono też kryterium pochodzenia – wygląda na to, że typujący do odznaczeń nie patrzyli, czy dany dyplomata zaczynał karierę przed rokiem 1989. Niby banał, ale po Fotydze (i po Mellerze…), za czasów których takie kryterium obowiązywało, to wielka zmiana.
To zresztą nie koniec, bo i w centrali MSZ mamy sensowne decyzje kadrowe.
Dyrektorem Departamentu Azji został Tomasz Łukaszuk. On już wcześniej kierował tym departamentem, jeszcze za czasów Cimoszewicza-Rotfelda, i bardzo dobrze sobie radził. Potem wyjechał do Indonezji, na ambasadora, gdzie przeżył czasy PiS. Był zresztą bardzo dobrym ambasadorem, a teraz, po powrocie, przejął departament. I w ten sposób minister Sikorski zdjął sobie z głowy problem zwany Azją.
Udane też jest mianowanie Jarosława Bratkiewicza na stanowisko dyrektora politycznego MSZ. To przecież nie tylko znawca Wschodu, ale również jeden z najlepszych MSZ-etowskich analityków.
I teraz paru ludzi w MSZ zadaje sobie pytanie, cóż to się stało. Dlaczego minister (o prezydencie nie mówiąc) zaczął doceniać kompetencje ludzi zaczynających pracę w czasach PRL, absolwentów moskiewskiej MGIMO, których jeszcze całkiem niedawno chciano z MSZ wyrzucać?
Teorii jest tu kilka. Pierwsza głosi, że ministrowi skończyła się ławka z pułkownikami z MON i innymi znajomymi. Nie ma już kogo promować ze swoich, więc sięga do fachowców. Zwłaszcza że zaczęli wracać z placówek. Druga, że minister zorientował się, że lepiej z kompetentnym niż z rekomendowanym. Trzecia teoria wskazuje z kolei na dobroczynny wpływ Pałacu Prezydenckiego. Bo w czasach Lecha Kaczyńskiego w MSZ inne obowiązywały normy.
Ale nie kłopoczmy się próbą odpowiedzi na to pytanie. Czas jej udzieli…
Attaché

Wydanie: 47/2010

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy