Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

SLD dyskutuje z ministrem Bartoszewskim. Zadają mu pytania, piszą listy. Nie tak dawno, w grudniu, minister odpowiadał na interpelacje posła Pastusiaka, m.in. tłumacząc, dlaczego w MSZ nie przeprowadza się konkursów na stanowiska dyrektorów i wicedyrektorów departamentów, tylko mianuje się tzw. p.o. Minister przyznał wtedy, że nie jest to dobra praktyka i obiecał jej ukrócenie. I co?
I nic. 15 stycznia p.o. zastępcy dyrektora Departamentu Strategii i Planowania mianowany został Wiktor Ross, były ambasador w Mołdawii. A 16 stycznia p.o. zastępcy dyrektora Departamentu Europy Zachodniej został Witold Sobków, który wcześniej wrócił z Londynu. Więc teraz wszyscy w MSZ wiedzą, że posłowie opozycji mówić sobie mogą do woli, a minister odpowiadać im może byle co. I tak nie ma to znaczenia. Czy oznacza to, że Władysław Bartoszewski jest tak cynicznym człowiekiem? Oczywiście, że nie. Jest to raczej sygnał, że sprawy MSZ-etu toczą się własnym rytmem, niezależnym nawet od woli ministra. Przykładem tego “własnego rytmu” niech będzie sprawa mianowania podsekretarzem stanu pani Grażyny Bernatowicz (zastąpiła Jerzego Kranza). Otóż dostała ona nominację z dniem 18 grudnia 2000 r. A dopiero trzy tygodnie później, 5 stycznia, dyrektor Sekretariatu Ministra wysłał do departamentów pismo o tym informujące.
Mamy więc drugą w historii MSZ-etu panią wiceminister. Tylko jak długo? Bo pierwsza wiceminister, Barbara Tuge-Erecińska, jak zauważono, bardzo pracuje nad tym, żeby jak najszybciej wyjechać za granicę. Niedaleko, do Skandynawii. Wcześniej była ambasadorem w Szwecji, teraz chciałaby pojechać do Danii. Co ona, sympatyk liberałów i Jana Krzysztofa Bieleckiego, takiego pociągającego widzi w tej czerwonej Skandynawii?
A co widzi nasza ulubienica, szefowa Biura Kadr, Marzena Krulak, w gorącej Grecji? Pani Marzena także planuje opuszczenie gmachu przy
al. Szucha i wyjazd na zagraniczną placówkę. Wybrała sobie Ateny, gdzie zamierza być konsulem. Szanujemy te ambitne plany. Tylko że Grecję odwiedzają rocznie setki tysięcy Polaków, spraw konsularnych jest tam multum. Jak może je załatwiać osoba nie znająca ani greckiego, ani angielskiego, ani Grecji, ani konsularnej roboty? Czy ktoś próbował to sobie wyobrazić? A może ma być tak, że pani Marzena zamknie się w pokoju albo pójdzie na plażę, a sprawy interesantów załatwiać będzie pracująca w konsulacie ekipa?
Nawiasem mówiąc, słowo “ekipa” robi ostatnio w MSZ-ecie karierę. Powtarza je często Marek Ziółkowski, już wybrany na ambasadora na Ukrainie. Ziółkowski chodzi po MSZ-ecie i powtarza – nawet nie zwracając uwagi na to, że jeszcze nie ma agrement – że do Kijowa pojechać musi ze swoją ekipą, bo tylko ludzie, którym ufa, będą mogli zrealizować stojące przed nim zadania. Więc w Kijowie w ambasadzie ludzie chodzą bladzi, bo rozumieją, że za chwilę zostaną odesłani do kraju. A w MSZ-ecie z kolei łapią się za głowy i pytają – czyżbyśmy cofali się z epoki biurokratycznej machiny do czasów feudalnych księstw?

Wydanie: 5/2001

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy