Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu, gdy leciał na Daleki Wschód, zamarzł samolot. Zamarzł mu w Ułan Bator, gdzie miało miejsce międzylądowanie i nocleg prezydenta.
Tak to jest, nasze wspaniałe samoloty nie dolatują do Chin czy Korei, jeżeli mają lecieć tak daleko, potrzebne jest międzylądowanie. I tak jest to organizowane. Gdy na Daleki Wschód leciał Aleksander Kwaśniewski, międzylądowanie było w Taszkiencie, gdzie naszego prezydenta gościł prezydent Karimow, a w drodze powrotnej – w Nowosybirsku, gdzie w roli gospodarza występowały tamtejsze władze. Z kolei Jerzy Buzek zatrzymywał się w Irkucku, dokąd przywożono mu na spotkanie reprezentantów Polonii syberyjskiej. W przypadku Lecha Kaczyńskiego taka marszruta byłaby pewnie niemożliwa. Bo Nowosybirsk i Irkuck to przecież Rosja, a Uzbekistan to rosyjski sojusznik.
Gruzja z kolei leży za daleko od Japonii…
Wybrano więc Ułan Bator i naszego prezydenta przyjmował ambasador Zbigniew Kulak, który zanim został ambasadorem, był senatorem SLD z Kalisza.
I proszę – komuch potrafi. Okazało się, że prezydent nie tylko miał w Mongolii dobry nocleg i oficjalne rozmowy, lecz także otrzymał tytuł doktora honoris causa Mongolskiego Uniwersytetu Państwowego w Ułan Bator za ”wkład w rozwój demokracji i przyjaźni między narodami, a także wszechstronnych stosunków polsko-mongolskich”. Faktycznie, dobrze to mongolscy koledzy ujęli… Zwłaszcza ten zwrot o przyjaźni między narodami i wszechstronny rozwój stosunków polsko-mongolskich. Gdzie byśmy byli w tej przyjaźni, gdyby nie codzienne, okraszone trudem starania naszego prezydenta?
Tymczasem wszystko wskazuje na to, że za kadencji Lecha Kaczyńskiego Polska zlikwiduje ambasadę w Ułan Bator. Bo ambasada RP w Mongolii znalazła się na krótkiej liście placówek do likwidacji. Mówi o tym od paru miesięcy szef MSZ Radosław Sikorski. Że trzeba likwidować ambasady w krajach, w których nasza aktywność jest zerowa i które są niepotrzebne. Panie ministrze! Jaka zerowa aktywność? A myśli pan, że za doktoratem honoris causa nie trzeba było pochodzić?
Odłóżmy na bok ironię – patrząc na inne kraje Unii Europejskiej, widzimy, że one akurat swoje przedstawicielstwa w Mongolii rozwijają. Dużą ambasadę mają tam np. Czesi. Rozwijają, mając na względzie przyszłość. Bo Mongolia – jak mówił swego czasu podczas posiedzenia sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych jeden z kandydatów na ambasadora w tym państwie – to nie tylko kraj między Rosją a Chinami, ale i tablica Mendelejewa.
Co do spraw biznesowych – kiedyś szczyciliśmy się tym, że wybudowaliśmy w Mongolii fabrykę cegły silikatowej. Teraz mamy inny hit – nazywa się on bracia Urbanek. To firma, która sprzedaje w słoikach ogórki i sałatkę naddunajską. Te specjały zrobiły w Mongolii furorę. Każdy to je i każdy się tym zachwyca. Jakiś czas temu wśród mongolskiej młodzieży przeprowadzono test, z kim kojarzy jej się Polska. I jakież były odpowiedzi? Otóż na pierwszym miejscu wymieniała ona Kopernika, na drugim Chopina, a na trzecim braci Urbanek. I jak tu nie twierdzić, że ogórek może być ambasadorem polskości?

 

Wydanie: 50/2008

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy