Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Komisja sejmowa zatwierdziła ośmiu ambasadorów rekomendowanych przez MSZ. Ambasadorów przedstawiał wiceminister Byrt, informując posłów, że tym razem można podawać, do jakiego kraju pojadą, by wszyscy otrzymali już agrément. To zmieniło obraz sytuacji. Do tej pory posłowie przesłuchiwali kandydatów i ich akceptowali, teraz w zasadzie z nimi się zapoznawali. I jeszcze jedno – nigdy dotąd komisja nie musiała przesłuchiwać aż ośmiu kandydatów. Efekt był więc taki, że co poniektórym zadano po jednym pytaniu, a byli i tacy, którym nie zadano żadnego.
Ha! W MSZ zastanawiano się nad tą taktyką zmasowanego nalotu na sejmową komisję i – trzeba przyznać – niewiele wymyślono. Bo jest jedno logiczne wytłumaczenie tego stanu rzeczy – minister miał słabych kandydatów, bał się, że padną w ogniu krzyżowych pytań. Więc wysłał ich do komisji gromadą, by posłowie nie mieli czasu na bardziej pogłębione dyskusje. Sęk jednak w tym, że ta ósemka to ludzie znający od podszewki kraje, do których jadą. Opowiadać o nich mogliby godzinami. Więc po co te ostrożności?
Andrzej Biera, który jedzie do Iraku, jest arabistą, wiele lat przepracował w tamtym regionie, Wojciech Jasiński i Kazimierz Duchowski już od paru lat kierują ambasadami w Kenii i Kambodży. Poza tym w ósemce byli Henryk Kobierowski (Kolumbia), Tadeusz Pawlak (Białoruś), Witold Sobków (Irlandia), Jarosław Spyra (Chile) oraz Zdzisław Sośnicki (Peru).
Niemal prosto z komisji sejmowej świeżo upieczeni ambasadorowie pojechali do pałacyku na Foksal, na konferencję ambasadorów RP. Minister Cimoszewicz ściągnął ich ze wszystkich placówek, by przedstawić im nowe zadania stojące przed polską dyplomacją. Wśród gromady ambasadorów zauważyliśmy również Jerzego Pomianowskiego, ambasadora RP w Tokio, który niedługo będzie zjeżdżał do kraju. Pomianowski był aktywny, zabierał głos i bardzo wszystkich pouczał, bo on już wie, jak wyglądać ma nowa polska dyplomacja. Tylko dlaczego nie wiedzą tego w Tokio?
W cieniu konferencji ambasadorów miało miejsce inne wydarzenie. Otóż zjechał do kraju dotychczasowy ambasador RP na Białorusi, Mariusz Maszkiewicz. Po cichu. Zupełnie inaczej było cztery lata temu, kiedy został mianowany następcą Ewy Spychalskiej. O, wtedy Maszkiewicz wymyślił sobie, że będzie jechał samochodem do Mińska, a wszędzie po drodze uroczyście chlebem i solą witać go będą miejscowe władze. Gdy nasi dyplomaci pracujący na Białorusi usłyszeli to żądanie, zamarli, bo nigdzie na świecie nie ma takich zwyczajów. Ale rozkaz to rozkaz. Mieliśmy wtedy w Grodnie konsula, który miał bardzo dobre stosunki z miejscowymi władzami. Namówił więc tamtejszego gubernatora, by powitał polskiego ambasadora u bram miasta. Ustalono więc godzinę przyjazdu Maszkiewicza, gubernator wyjechał na rogatki. Czekał dwie godziny, nie doczekał się i wrócił do miasta. Było więc wielkie zadęcie, wysiłek konsula, a potem kompromitacja i wstyd, bo ambasadorowi coś się zmieniło. I tak już działo się przez następne cztery lata.

Wydanie: 27/2002

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy