Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Młodzi może tego nie rozumieją, przez coś takiego nie przechodzili, ale starzy pracownicy MSZ poczuli dreszczyk niepokoju.
Oto zobaczyli w telewizji, że pani z „Wiadomości” weszła sobie do IPN, przez bramki, biuro przepustek i inne straże, wjechała windą na górę, potem weszła do archiwum, gdzie jakimś kolejnym cudem pod oko jej kamery trafiła teczka, z której mogło wynikać, że Henryk Szlajfer był współpracownikiem SB. No i że jako „kontakt operacyjny” donosił na kolegów. Wszystko na zasadzie: „mógł być”, „można założyć” i tak dalej.
Tajne kwity MSW nagle wyfrunęły i usłużnie, wedle zapotrzebowania, zostały upowszechnione w telewizji (ach, cóż za wspaniałe dziennikarstwo!). Trzeba trafu, w momencie kiedy Szlajfer miał jechać jako ambasador RP do Waszyngtonu.
Nic nowego pod słońcem. Ile to już razy kwity MSW służyły do wykańczania ludzi? Starzy pracownicy pamiętają rok 1968 i np. wiceministra Naszkowskiego, i całą „misterną” akcję jego wyrzucania. I wywalania innych. Było też na mniejszą skalę. W roku 1982 (ach, ten dyplomatyczny sznyt z zielonych garnizonów…). Albo 1990, kiedy Skubiszewski strzelał na oślep, jak podpowiadała mu wataha ludzi dwuznacznych.
Więc co, wrócić mają tamte czasy? Przyjść mają do MSZ jacyś komisarze partyjni i prowadzeni przez Jerzego Pomianowskiego tudzież paru innych wykopywać wedle uznania?
Przypadek Szlajfera jest symptomatyczny, bo polowanie na niego trwa od paru miesięcy. Najpierw jakiś trzeciorzędny politolog z USA napisał w trzeciorzędnym portalu internetowym, że Szlajfer był agentem i że jego osoba „budzi sprzeciw części amerykańskich polityków” (jakich – już nie powiedział). Ktoś te przemyślenia podrzucił polskim dziennikarzom. I tak robiono atmosferę.
Aha, i jeszcze mówiono, że Radek Sikorski albo Agnieszka Magdziak-Miszewska to najlepsi kandydaci jeśli nie na ministrów w MSZ, to przynajmniej na ambasadora w USA.
Co ważne, Szlajfer w MSZ wielokrotnie był sprawdzany i służby nie dokopały się, że był agentem. Amerykanie dali mu agrément i też nie widzą powodów, dla których miałby do Waszyngtonu nie jechać. Ale Szlajfer uważa inaczej, obawia się, że przyszłe władze Rzeczypospolitej, machając tymi oskarżeniami, sparaliżują go jako ambasadora.
W MSZ krążą opowieści o reakcjach Amerykanów, gdy dowiedzieli się, że Szlajfer wycofał swoją kandydaturę. Podobno popukali się w czoło, bo oni do niego nic nie mają, przeciwnie, znają go dobrze i mają o nim bardzo dobre zdanie. Pukają się też w czoło, gdy słyszą nazwisko Radka Sikorskiego czy pewnej ambitnej pani.
Mamy więc rozgrywkę, kto będzie ambasadorem Rzeczypospolitej w USA, no i o to, jak załatwiane będą sprawy kadrowe w MSZ.
To nie jest byle jaka gra, nawet jeżeli stanowi jedynie odprysk wojny o teczki i całej tej przedwyborczej rozgrywki.

Wydanie: 25/2005

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy