Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Minister Radosław Sikorski pojechał do Ameryki. Wiadomo, przed szczytem Unii Europejskiej, na którym Polska miała przeprowadzić wielką ofensywę, najbardziej potrzebne miejsce, w którym powinien znaleźć się szef naszej dyplomacji – to Ameryka.
A po cóż udał się min. Sikorski za Wielką Wodę? Są dwa powody tej peregrynacji. Po pierwsze, minister wciąż wierzy, że uda mu się załatwić stanowisko sekretarza generalnego NATO, po odchodzącym Holendrze. Pojechał więc do Waszyngtonu siebie zachwalać. Rzadko to spotykana metoda w dyplomacji, raczej pokazuje ona desperację ministra niż jego możliwości. Desperację, bo łatwo przewidzieć, co usłyszał. Ano to, że my, Ameryka, bierzemy pańską kandydaturę pod uwagę, bo ma pan wszystkie cechy potrzebne do piastowania tego stanowiska (cóż kosztują takie piękne słowa?). Ale stanowisko to jest efektem politycznego konsensusu, musimy tu uwzględnić punkt widzenia Wielkiej Brytanii, Niemiec, Francji itd. (czyli – wicie, rozumicie). Będziemy jednak przekonywać, podkreślając wkład Polski w operacje NATO, takie jak Afganistan, gdzie musimy zwiększyć nasze zaangażowanie, to znaczy, Polska mogłaby zwiększyć (i to jest ten najważniejszy konkret…).
Jednocześnie minister odbył szereg innych rozmów, z politykami, a także w kołach naukowych. I to jest powód drugi – minister pojechał tam po naukę, by przekonać się, w co gra świat i gdzie w tej grze jest miejsce dla Polski.
W sumie – ten drugi powód jest ważniejszy i więcej przyniesie Polsce pożytku. I możemy tylko wzdychać, że po świecie nie jeździła poprzednia ekipa i nie wzmacniała się wiedzą. Chociaż tę niechęć do wyjazdów rozumiemy, bo przez tłumacza naprawdę gorzej się rozmawia.
Minister jeździ po świecie załatwiać sobie robotę, więc nie dziwmy się, że w samym MSZ ludzie najchętniej rozmawiają o wyjazdach. W fajne miejsca. Np. takie jak Nowa Zelandia. A jechać tam na ambasadora ma pani Beata Stoczyńska, która jest dziś zastępcą dyrektora Departamentu Azji i Pacyfiku. To jest w ogóle śmieszna sprawa – bo przez lata całe nie mieliśmy w Wellington ambasady, wystarczył konsulat generalny. I w dobie oszczędności wydawało się, że wrócimy do dawnego modelu. Ale nie – ambasada została tam utrzymana, bo jak powszechnie wiadomo, polsko-nowozelandzkie stosunki dwustronne są dla polskich interesów niezwykle ważne.
I teraz jechać tam ma pani Stoczyńska, o której w MSZ opowiada się śmieszną historię. Otóż pracowała ona wcześniej w ambasadzie w Australii, bodajże jako I sekretarz. A na placówce towarzyszył jej mąż, wcześniej dyrektor szkoły integracyjnej na warszawskim Ursynowie. No i pewnego razu wybuchła scysja między jej mężem i ambasadorem Tadeuszem Szumowskim (obecnie w Dublinie). W trakcie tej scysji pan mąż dał panu ambasadorowi, pardon, w mordę.
To było komentowane w MSZ, ale ostatecznie uznano, że sprawy nie było. Więc my też tak uznajmy, z cichą nadzieją – że mąż pani ambasador, już na nowej placówce, będzie wzorem spokoju i kurtuazji.

Wydanie: 9/2009

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy