O co chodzi Kaczyńskim w wojnie z dziennikarzami?

O co chodzi Kaczyńskim w wojnie z dziennikarzami?

Prof. Maciej Mrozowski, medioznawca z UW
Niedawno jeden z doktorantów zapytał mnie o analizę wiersza Norwida. Łatwiej odpowiedzieć mi na pytanie, o co chodziło Norwidowi, niż o co chodzi Kaczyńskim. Mimo że poezja Norwida jest trudna. Ale przynajmniej precyzyjna. W przypadku Kaczyńskich konieczna jest psychoanalityczna diagnoza osobowości. Oni są wychowani w systemie permanentnego zagrożenia. Dlatego mają wykształtowany mechanizm walki. Te cechy przenoszą na obszar polityki. Starają się rozbijać każde w miarę zwarte środowisko, które może wystąpić przeciwko nim. I które jest uosobieniem jakiegoś wyimaginowanego układu. Najpierw lekarze, potem prawnicy, teraz dziennikarze. Z punktu widzenia Kaczyńskich atakowanie mediów może być racjonalne. Od lat uważają się za osoby przez media pokrzywdzone. Teraz mogą wreszcie wziąć odwet. Jestem przekonany, że w efekcie tej polityki zjednoczą wszystkich przeciwko sobie. Bo trzeba pamiętać, że o ile Polacy niezbyt chętnie walczą o coś, tak wspaniale jednoczą się przeciwko czemuś.

Kazimierz Kutz, reżyser, senator
Kaczyńskim chodzi o zwycięstwo w wyborach samorządowych. W związku z tym musieli znaleźć sobie głęboko zakorzenionego wroga. Znaleźli łże-elity z mediami lewicowymi i „Gazetą Wyborczą” na czele. Zdaniem PiS, środowisko tej ostatniej jest gniazdem, które trzeba zniszczyć. To jest gra na starych kompleksach antyinteligenckich.

Jacek Żakowski, publicysta
Najprostsze i najbardziej prawdopodobne jest wytłumaczenie, że chcą zdewaluować swoich krytyków. Niewykluczone również, że uwikłali się w konflikt, wszystko wymyka im się spod kontroli, ale brną dalej. Trzecie rozwiązanie jest idealistyczne – chcą rzeczywiście naprawiać to, na co także wielu z nas narzeka. Problem polega na tym, że Kaczyńscy mają tendencję do spiskowego postrzegania świata. Wszędzie widzą układy i wrogów.
Co dalej? W polityce tak już jest, że nie można bez końca rozdawać swoich kart. Bo nagle na stole pojawia się jakaś dzika karta. Dlatego albo uda im się rozmontować elity i zbudować autorytarną władzę, albo – co jest bardziej prawdopodobne – nastąpi coś w rodzaju buntu elit przeciwko Kaczyńskim. Ten zaś może spowodować pęknięcie wewnątrz PiS. Bo większość członków tej partii to ludzie, którzy normalnie chodzą po świecie. I w końcu stwierdzą, że to wszystko jest szaleństwem. Finał tej historii będzie taki, jak w przypadku prezydenta Nixona – czyli odejście w hańbie. Otwarta pozostaje oczywiście kwestia horyzontu czasowego. W przypadku Nixona trwało to sześć lat.

Krzysztof Piesiewicz, senator, adwokat i scenarzysta
Nie wiem, o co chodzi Kaczyńskim, bo przestaję wszystko rozumieć. Jesteśmy w katastrofalnym obłędzie walki politycznej, która coraz bardziej się degeneruje. Degeneruje się również to, co zostało już wywalczone. I dzięki czemu jesteśmy tu, gdzie jesteśmy. A nie na przykład na Białorusi. Nie chciałbym używać mocnych słów. Wolę pamiętać braci Kaczyńskich jako ludzi, którzy walczyli o demokrację, a także wolność słowa i wolne media. Myślę, że ktoś tu zgubił busolę. Zresztą nam wszystkim potrzebna jest refleksja i sięgnięcie do korzeni tamtej walki.

Robert Kwiatkowski, były członek KRRiTV, były prezes TVP
Chodzi o wyrównanie rachunków i krzywd. To wszystko nakłada się na wizję świata Kaczyńskich. Wizję spiskową, w której oni są jedynymi sprawiedliwymi, a wszyscy wokół (grupy, układy) sprzysięgli się i chcą im dołożyć. Jest oczywiście problem umiejscowienia mediów w systemie władzy. Z tym że Kaczyńscy sygnalizują ten problem w kompletnie fałszywy sposób. Moim zdaniem, czas figurę publicystyczną „IV władza” potraktować poważnie. Zacząć postrzegać media w takich samych kategoriach jak władzę ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą. W świecie nowych technologii, szybkiej informacji media mają ogromną moc sprawczą. Stąd – podobnie jak trzy pozostałe władze – ich funkcjonowanie musi zostać odpowiednio uregulowane. To jest wyzwanie cywilizacyjne, przed którym stoi cały zachodni świat. Kaczyńcy zabrali się do tego w sposób nieudolny i dla siebie charakterystyczny. Skoro jest jakiś problem (na przykład ich zdaniem, media są tendencyjne) – to damy im Ośrodek Monitorowania Mediów. Nie zachowują się jak lekarz, ale jak znachor.

Maciej Łętowski, publicysta
Są dwie interpretacje: albo nie wiedzą, co czynią, albo wiedzą, co czynią. Za pierwszą przemawia temperament polityków, którzy mogą nie zdawać sobie sprawy, że jest to wojna z wiatrakami. Jednak Jarosława Kaczyńskiego nie podejrzewałbym o brak politycznych kompetencji. Dlatego prawdziwsza wydaje się druga hipoteza. To najprawdopodobniej świadome wywołanie konfliktu, w celu zdobycia popularności. Jest rozgrywane w ten sam sposób, jak ze środowiskiem prawniczym. Rozmawia się z obywatelami – pomijając zainteresowaną grupę – i wykorzystuje pewne naturalne wątpliwości (wiemy, że wśród adwokatów są ludzie skorumpowani. Nie bez grzechu są też dziennikarze). Część ludzi zapewne uzna: wreszcie jakiś polityk odważył się powiedzieć prawdę.
Moim zdaniem, z punktu widzenia interesów politycznych wielkich zysków Kaczyńskim ten konflikt nie przyniesie. Bo zbyt wiele na wojnie z dziennikarzami na ogół się nie zdobywa.

 

Wydanie: 10/2006

Kategorie: Kraj
Tagi: Tomasz Sygut

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy