Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Ludzie w MSZ oglądali w telewizji konferencję Kaczyński-Tusk-Rice i nie wierzyli własnym oczom. Jedni się śmiali, drudzy chowali twarze w dłoniach. Takiego cyrku w tym kraju dawno nie było, przynajmniej od czasów całusów Edwarda Gierka z Leonidem Breżniewem.
Jezu, jak oni dwaj, i prezydent i premier, do pani minister spraw zagranicznych się wdzięczyli! To było co najmniej niestosowne. A inne rzeczy to już były śmieszne. Np. jak przepychali się przy mikrofonach. Albo jak czekali na prezydenta, bo ten 10 minut się spóźnił. Albo kiedy pan premier mówił szkolną angielszczyzną do pani Rice. Dobrze, że się w tym nie poplątał, no i Bóg czuwał, że pani Rice nie wdała się z nim w rozmowę, bo dopiero by było. A pan prezydent w tym czasie chichotał, co było i widać, i słychać. W sumie – Wersal.
Śmieszna też była awantura o zaproszenie, które dostał prezydent na uroczystość. Bardzo się oburzył tym, że napisano na nim „Pan Lech Kaczyński”, a nie „Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Lech Kaczyński”. I krzyczał, że to dowód na to, że chciano go spostponować. Tym razem chyba jednak tak nie było – jest w MSZ niepisany zwyczaj, że gdy wysyła się zaproszenia, to wszystkie funkcje i tytuły zamieszcza się na kopercie. A w środku, na kartoniku, jest już tylko proste pan/pani i nazwisko osoby zaproszonej. Jeżeli więc Lech Kaczyński padł ofiarą czegoś – to tylko własnego ego oraz braku czujności urzędnika, który zaproszenie wypisywał.
Uff… Na jeszcze jeden wątek warto zwrócić uwagę. Bo choć dwóch polityków przepychało się przy mikrofonie, to nie zapominajmy o tym trzecim. W MSZ ludzie szepczą, że Sikorski ma ambicje startu w wyborach prezydenckich i – jeżeli będą sprzyjające warunki – to wystartuje. I już buduje sobie ekipę. Elementem tej budowy jest najazd na MSZ rozmaitych pułkowników. Oni przychodzą na Szucha jako pracownicy MON oddelegowani do MSZ, tutaj zostają pełnomocnikami i jest to koszmar, bo wołają dyrektorów departamentów i wydają im polecenia. A za nic sami nie odpowiadają, bo nie są członkami służby zagranicznej.
Drugim elementem jest zachowanie się Sikorskiego wobec PISM. Ten instytut, gdy przejęło go PiS, wyrzucając Romana Kuźniara w sposób widoczny podupadł. Więc w MSZ obstawiano, że Sikorski szybko coś z tym zrobi, przywróci Kuźniara, wyrzuci z Rady Programowej takich PiS-owców jak poseł Karol Karski czy prof. Zybertowicz. Nic z tych rzeczy. Cisza. Sikorski jakieś kładki do PiS sobie zostawia.
A na krajowym podwórku – cisza przed burzą. Przed zjazdem ambasadorów, który tym razem jest we wrześniu. No i przed wysypem (spodziewanym) ambasadorskich nominacji. Na razie wyjeżdżają ci już nominowani, z wyjątkiem Andrzeja Krawczyka. On sam peregrynuje po różnych osobistościach, widziano go m.in. u Władysława Bartoszewskiego, i pyta: jechać na tę Słowację jako charge d’affaires czy nie jechać?
Szanowny panie Andrzeju – proponujemy nie jechać. Niech pan sobie wyobrazi, że w czasie naszej prezydenci będzie miał pan stałe spotkania z ambasadorami Unii, stałe konsultacje, na kilkadziesiąt osób. Pytania, odpowiedzi, głośne analizy – i jak pan to poprowadzi z pańskim iluzorycznym angielskim? W Pradze, gdy przychodził czas takich narad, wyjeżdżał pan na spotkania z Polonią. Do Ostrawy. A w Bratysławie tak się nie da.
Może więc lepiej udać męczennika i zostać w Warszawie?

Wydanie: 35/2008

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy