Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Jeden z czytelników zwrócił nam uwagę, że opisujemy wciąż rzeczy smutne, komu się nie powiodło, kogo wyrzucili, a przecież – od czasu do czasu – wypadałoby napisać coś optymistycznego. Zgoda! Dziś parę słów o tych ambasadorach, którym się powiodło.
Do grona ludzi sukcesu zalicza się na pewno Janusz Skolimowski, nasz ambasador na Litwie. Już go miało nie być, a jest. Skolimowski był w grupie dziesięciu ambasadorów, którzy otrzymali odwołania w pierwszym rzucie, na Nowy Rok 2006. To o nich rzecznik MSZ mówił, że nie mogą być ambasadorami ludzie, którzy albo związani są ze służbami specjalnymi, albo pracowali w aparacie PZPR. Więc ludzie w MSZ, przy okazji Skolimowskiego, zastanawiali się, która z tych przypadłości dotyczy go bardziej. Co go ubrudziło – praca w sekretariacie Edwarda Gierka czy kierowanie biurem łączności etc.?
Dziś już wiemy, że nie należało się tamtymi zarzutami przejmować, bo odwoływano spod dużego palca, to były w znacznym stopniu porachunki osobiste „plutonu egzekucyjnego”.
Ale wróćmy do Skolimowskiego – najpierw miał wrócić jako jeden z dziesięciu. Potem przyplątała mu się sprawa Edwarda Mazura, biznesmena z Chicago, którego prokuratura oskarża o zlecenie morderstwa Papały. Okazało się, że Mazur wynajmował mieszkanie od Skolimowskiego, a taki fakt w IV RP jest przecież dyskwalifikujący. Ambasadora urlopowano. I dalej jest! Cóż takiego ma w sobie, że ujął Kaczyńskich? W MSZ najczęściej opowiadane są dwie teorie to tłumaczące. Pierwsza – polityczna, druga – psychologiczna. Pierwsza głosi, że za Skolimowskim stoi Tadeusz Rydzyk. Ambasador ma jego poparcie. Jedni twierdzą, że przez żonę, której rodzina jest związana z Radiem Maryja, drudzy, że sam je sobie wychodził, w każdym razie ojciec Rydzyk go broni, a że ma wpływy, to wie nawet dziecko.
Druga teoria bazuje na pewnej opowieści. Otóż gdy prezydent Kaczyński był w Wilnie, Skolimowski padł przed nim na kolana. Tak, panie prezydencie – mówił – wyznaję, byłem komunistą, bo uwierzyłem. Ale przejrzałem na oczy, wiem, co to za zło, i chciałbym swe grzechy zmazać. I tym głośnym wyznaniem, i szczególną postawą ujął prezydenta. Tak, jak plotkują, ta rozmowa mniej więcej wyglądała, a jeżeli tak – to bardzo ciekawe jest, w jaki sposób owe grzechy ambasador zamierza zmazywać…
Innego rodzaju szczęściarzem jest Jan Pastwa, ambasador w Pradze. Szczęść ma wiele. Po pierwsze, gdy PiS zlikwidowało Urząd Służby Cywilnej (a Pastwa był jego szefem, jeszcze od czasów Krzaklewskiego), nie poszedł w odstawkę, tylko w dyplomaty. Po drugie, zaproponowano mu świetną placówkę – w ładnym mieście, dobrze płatną, rzut beretem od Polski, a także od gór i morza, no i niewymagającą wielkiej pracy. Żyć nie umierać!
Trzecie szczęście spotkało Pastwę, gdy przyjechał do Pragi składać listy uwierzytelniające. Prezydent Klaus nie przepada za tą celebrą, woli ambasadorów przyjmować hurtem, więc wydawało się, że Pastwa na złożenie listów będzie musiał poczekać. Ale nie czekał! Rzecz w tym, że Klaus kocha jazz i organizuje na zamku koncerty jazzowe. Zaprasza na nie ambasadorów, oni przychodzą (a co mają robić?) i słuchają (razem z nim). Jednych to bawi, dla innych to katorga, ci z Azji przysypiają, ale są grzeczni, więc śpią na siedząco. No i trzeba było trafu, że akurat przyszła pora na koncert Tomasza Stańki. Polak koncertował, a polski ambasador jeszcze był przed złożeniem listów! Więc szybką ścieżką mu to załatwiono. Żeby był na koncercie.
Jak się bawił? Tego nie wiemy.

Wydanie: 19/2007

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy