Ubezpieczenia muszą być życzliwe dla ludzi

Ubezpieczenia muszą być życzliwe dla ludzi

W miarę jak stajemy się zamożniejsi, lepiej rozumiemy, że warto przeznaczyć na ubezpieczenia jakąś część zarobionych pieniędzy

Dr Jan Bogutyn, prezes Zarządu Towarzystwa Ubezpieczeń InterRisk SA

– Wszystkie rankingi wymieniają InterRisk jako jedno z lepszych towarzystw ubezpieczeniowych w Polsce. Firma, jako chyba jedyna na tym rynku, od dziesięciu lat nieprzerwanie osiąga zyski i jednocześnie zwiększa swój udział w rynku. Jak to się robi?
– To wynik efektywnej, dobrze zorganizowanej pracy całego zespołu. Zdobywamy zaufanie coraz liczniejszego grona klientów, oferujemy im atrakcyjne produkty i profesjonalną obsługę. Ubiegły rok był bardzo udany, po raz kolejny spółka zebrała najwyższą w swej historii składkę, która wyniosła aż 611 mln zł, czyli o 29% więcej niż w 2006 r. Zysk brutto wyniósł zaś 33,4 mln zł i wzrósł o 33%. Dziesięć lat temu pod względem zebranej składki byliśmy na 23. miejscu. Od trzech lat jesteśmy na miejscu szóstym i walczymy, by przesunąć się w górę, mamy już ok. 3 mln klientów.
– Tak szybka droga w górę – od 23. do szóstego miejsca – to chyba ewenement na polskim rynku ubezpieczeniowym?
– Rzeczywiście, rozwijaliśmy się bardzo szybko, zapewne właśnie dlatego zdobywaliśmy różne nagrody, co było ważnym potwierdzeniem jakości naszej pracy. Dynamika wzrostu firmy była tak duża, że przez kilka lat z rzędu dostawaliśmy Gazelę Biznesu – nagrodę przyznawaną przez „Puls Biznesu” najdynamiczniej rozwijającym się firmom. W 2007 r. otrzymaliśmy nagrodę Perła Polskiej Gospodarki, przyznawaną przez Instytut Nauk Ekonomicznych PAN oraz redakcję pisma „Polish Market”. Nasze prywatne ubezpieczenia zdrowotne zostały uznane przez pismo „Menedżer Zdrowia” za najlepsze tego rodzaju produkty na polskim rynku.
– Skądinąd wiem, że zdobył pan także tytuł Businessmana Roku 2007.
– Mogę na ten temat powiedzieć tylko tyle, że choć to jest wyróżnienie imienne, traktuję je jako nagrodę dla całej spółki i całego zespołu. Zdobyłem przecież ten tytuł jako szef dobrej, doskonale rozwijającej się, innowacyjnej firmy, a o jej wysokiej pozycji decyduje praca zespołowa wszystkich koleżanek i kolegów.
– Zawsze szło wam tak dobrze?
– Zwykle mówi się, że początki nie są łatwe – i tak było również w naszym przypadku. Firma została założona 13 lat temu przez Związek Nauczycielstwa Polskiego, nazywała się wtedy Szkolne Towarzystwo Ubezpieczeniowe i miała obsługiwać ten właśnie, szkolny sektor życia społecznego. Ale jest to bardzo ciekawe środowisko z punktu widzenia wszystkich ubezpieczycieli i do tego, aby efektywnie na nim konkurować, konieczne były kapitały i know-how. Po „okresie polskim”, kiedy zrodził się pomysł i zorganizowano firmę, przyszedł „okres amerykański”. Głównym udziałowcem stała się korporacja finansowa CIGNA International oraz firmy powiązane z panem Aleksandrem Gudzowatym. Kapitały i know-how były amerykańskie, kadra zaś polska, co dało dobry efekt. W 2006 r. zaczął się „etap unijny”. CIGNA i polscy akcjonariusze sprzedali swoje udziały, a inwestorem strategicznym został Wiener Staedtische Versicherung AG, co zgodnie z umową z Amerykanami oznaczało też konieczność zmiany nazwy (i od tego czasu nazywamy się InterRisk SA). To profesjonalny ubezpieczyciel, operujący w 23 krajach Europy Środkowej, który doprowadził do znacznego podwyższenia kapitału zakładowego naszej spółki przy jednoczesnym zachowaniu jej pełnej samodzielności. W naszej działalności nie wszystko jeszcze przebiega tak dobrze, jak byśmy chcieli, więc nie popadamy w samozadowolenie. Mamy jednak wyznaczony cel, mamy określone metody, jakimi chcemy się posługiwać – a reszta to sprawa konsekwencji w realizacji własnych zadań.
– Jaki więc jest to cel?
– Gdy dziesięć lat temu przyszedłem do spółki, której głównym udziałowcem była wtedy CIGNA, jedna z pierwszych rozmów, jakie odbyłem z Amerykanami, dotyczyła kwestii podniesienia kapitałów. Było to konieczne dla spełnienia wymogów bezpieczeństwa finansowego. Amerykański menedżer nadzorujący działania inwestorskie powiedział: „Jan, przekonaj mnie, że pieniądze, które włożymy w podniesienie kapitału spółki, dadzą nam większy zwrot, niż gdybyśmy je zainwestowali gdzie indziej”. Można to było osiągnąć tylko poprzez wzrost wartości firmy. Przygotowałem biznesplan, udziałowcy uwierzyli w wyliczenia, wyrazili zgodę – i po pierwszym roku działalności uzyskaliśmy rentowność, wbrew wszystkim podręcznikom ubezpieczeniowym, zakładającym, że na osiągnięcie rentowności potrzeba pięciu-siedmiu lat.
– Co zadecydowało o tym, że wystarczył wam tylko jeden rok?
– Zadecydowały wysiłek i zaangażowanie wszystkich pracowników. Biznes ubezpieczeniowy to nie maszyny i ciężki sprzęt, to przede wszystkim ludzie. Produkty ubezpieczeniowe oferowane przez firmy działające na tym rynku są podobne. O sukcesie decyduje więc głównie jakość i efektywność pracy personelu, troska o dobro klienta, życzliwość dla niego. Firma działa jak drużyna, gdy dobrze gra zespołowo, to wygrywa mecze. Oczywiście, drużyna musi być dobrze zorganizowana, dobrze wyszkolona, zmotywowana do gry. Jeśli tego wszystkiego nie ma, zawodnicy biegają po boisku bez efektów. Ja na początku swej pracy musiałem zbudować nowy zespół, skład został gruntownie przebudowany, by funkcjonował jak najskuteczniej. To, iż rentowność osiągnęliśmy już po roku, nie było jednorazowym „skokiem”, przecież przez dziesięć lat uzyskujemy dodatni wynik finansowy.
– Czym generalnie mierzy się skuteczność działania w biznesie ubezpieczeniowym?
– Na rynku ubezpieczeniowym w Polsce można zauważyć dwie szkoły: anglosaską i niemiecką. Szkoła niemiecka dąży przede wszystkim do zwiększenia obrotów i udziału w rynku, bez patrzenia na dobry wynik finansowy, który powinien przyjść z czasem. Szkoła anglosaska stawia zaś od samego początku na wymierny efekt. Amerykanów nie interesował nasz udział w rynku, ważne było, jaki zysk przyniosą zaangażowane kapitały. Nasza firma przyjęła metodę anglosaską – i szybko znaleźliśmy się w bardzo wąskim gronie rentownych towarzystw ubezpieczeniowych, reszta pracowała w Polsce ze stratą. Cel, postawiony przed nami przez polskich i amerykańskich akcjonariuszy, był dwojaki – wypłacać im dywidendy i zwiększać udział w rynku, co jest warunkiem rozwoju. Udało się zebrać drużynę, która rozumie współzależność tych dwóch elementów. Tegoroczne wyniki również są bardzo dobre – w ciągu pięciu miesięcy 2008 r. zebraliśmy składkę o 26% większą niż w takim samym okresie ubiegłego roku. Oznacza to, że rozwijamy się dwa razy szybciej niż cały polski rynek ubezpieczeniowy, co świadczy o tym, iż przyjęliśmy dobrą strategię.
– Co jest podstawą strategii firmy?
– Postawiliśmy na pewną specjalizację. Mimo że jesteśmy towarzystwem uniwersalnym, oferującym szeroki zakres usług ubezpieczeniowych, skoncentrowaliśmy się na dwóch ważnych obszarach: ubezpieczeniach ryzyk finansowych oraz ubezpieczeniach osobowych i zdrowotnych. To była decyzja, która przyczyniła się do naszego szybkiego rozwoju.
– Ubezpieczenia ryzyka finansowego są oferowane w Polsce od niezbyt dawna. Czy mają one przed sobą dobre perspektywy wzrostu?
– Ubezpieczenia finansowe stanowią konieczny element rozwoju gospodarczego, więc można powiedzieć, że są skazane na wzrost. Musimy tylko – lub aż – być lepsi od innych firm ubezpieczeniowych, które także je oferują. Ubezpieczeniami ryzyk finansowych zajmuje się kilka towarzystw w Polsce. Ponad pół miliona Polaków, którzy wzięli kredyty na cele mieszkaniowe, ubezpieczyło je właśnie w naszej firmie. To już znacząca liczba. Jeśli chodzi o niektóre produkty z zakresu ubezpieczeń mieszkaniowych kredytów hipotecznych, jesteśmy wyraźnym liderem. Warto tu wskazać gwarancję pomostowego ubezpieczenia kredytu hipotecznego, która zabezpiecza bank przed niespłacaniem kredytu przez kredytobiorcę, do czasu wpisania hipoteki do księgi wieczystej. Ubezpieczamy również banki od niepłacenia kredytów z powodu utraty źródeł dochodu przez kredytobiorców (np. gdy stracą oni pracę). Nowością na polskim rynku jest nasze ubezpieczenie GAP, chroniące przed utratą wartości samochodu kupionego na kredyt, w sytuacji gdy został skradziony lub kompletnie zniszczony, a odszkodowanie z tytułu polisy casco nie pokrywa pełnej sumy kredytu pozostałej do spłaty.
– A czym wyróżniają się produkty, za które InterRisk zdobył najwięcej nagród, czyli prywatne ubezpieczenia zdrowotne?
– W sytuacji gdy wszyscy słyszymy codziennie o kłopotach służby zdrowia, postanowiliśmy zaoferować klientom produkt, który pozwoli spokojnie patrzeć w przyszłość. Okazuje się, że za relatywnie niską cenę dostarczamy klientom szerszy niż konkurencja zakres ochrony ubezpieczeniowej. Nasze produkty koncentrują się, zgodnie z specyfiką polskiego rynku, na ofercie dodatkowych komplementarnych usług medycznych o wyższej jakości, stanowiących uzupełnienie publicznego systemu opieki zdrowotnej. Specjalizujemy się w świadczeniach pozaszpitalnych, opartych na umowach naszej spółki z prywatnymi firmami sprzedającymi usługi medyczne o wysokim standardzie, takimi jak EnelMed czy Medycyna Rodzinna. Są to rozmaite zabiegi chirurgiczne, leczenie w klinikach, gdzie istnieją lepsze warunki, wizyty u specjalistów bez kolejki i w najdogodniejszym terminie. Warto wymienić też nasze ubezpieczenie kosztów dziennego pobytu w szpitalu – wypłacamy ryczałt w gotówce (ok. 100 zł) za każdy dzień spędzony w szpitalu i nie interesuje nas, na co klient przeznaczy te pieniądze, czy na prywatną opiekę pielęgniarską, czy może na środki poprawiające nastrój… Ubezpieczamy również od zachorowań na najcięższe choroby, z chorobami nowotworowymi czy układu krążenia włącznie. Odszkodowania mogą wynieść tutaj, zależnie od wariantu, po kilkadziesiąt tysięcy złotych.
– Czy my w ogóle dopuszczamy do siebie myśl, że może nas powalić tak ciężkie schorzenie?
– Ubezpieczenie to ochrona na okoliczność czarnego scenariusza. Wiadomo jednak, że prawie każdy myśli: to nie ja zachoruję, nie ja będę musiał długo się leczyć i płacić ciężkie pieniądze za lekarstwa. Niestety, Polacy lubią igrać z losem i – choć to się powoli zmienia – wciąż chętniej ubezpieczają samochody na wypadek kradzieży niż własne zdrowie na wypadek ciężkiej choroby. W UE wysokość wszystkich składek ubezpieczeniowych na głowę jednego mieszkańca jest średnio dziesięć razy wyższa niż w Polsce (w UE 3 tys. dol., u nas ok. 300 dol.). Zmienia się to powoli – już teraz widać, jak kłopoty z dostępem do leczenia przekładają się na ubezpieczenia zdrowotne i usługi abonamentowe.
– Jak w ogóle ocenia pan perspektywy rozwoju naszego rynku ubezpieczeniowego?
– W miarę jak stopniowo stajemy się coraz zamożniejsi i przybywa nam dóbr, które warto chronić, rośnie też nasza świadomość ubezpieczeniowa, rozumiemy, że warto przeznaczyć na ubezpieczenia jakąś część zarobionych pieniędzy. To jest element zapewnienia sobie lepszego komfortu konsumpcji. W Polsce powoli rośnie udział składki ubezpieczeniowej w wielkości dochodu narodowego. Dystans ciągle jest jednak bardzo duży. Składki ubezpieczeniowe stanowią w naszym kraju ok. 3% dochodu narodowego, podczas gdy w państwach „starej” Unii ponad 8%. Spodziewam się więc szybkiego rozwoju ubezpieczeń życiowych i majątkowych.

 

Wydanie: 28/2008

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy