Rewolucji nie było

Rewolucji nie było

Kto zyskał, kto stracił, a kto rozczarował w 2011 roku?

To był rok, który miał przynieść trzęsienie ziemi, a nie przyniósł.
Światowy kryzys miał zmieść z powierzchni Donalda Tuska i jego sojuszników, Polska miała być jedną z jego ofiar. Nic takiego się nie stało, na razie, Polska przed kryzysem uciekła.
Trzęsienie ziemi miały też przynieść wybory. O, byli tacy, którzy wieszczyli zmianę władzy i nowego premiera – Jarosława Kaczyńskiego. Nic z tych rzeczy, PiS przegrało wybory boleśnie, mało kto dziś już wierzy, że Jarosław Kaczyński jest zdolny poprowadzić swoje hufce do zwycięstwa i zostać premierem. Choć, nie ukrywam, jest on fenomenem, bo nie ma w Polsce polityka, który tyle razy by przegrał i wciąż utrzymywał się na topie, wciąż miał potężną armię wyznawców.
Ruchy tektoniczne polską politykę więc ominęły, ale pęknięć mniejszej wagi nie brakowało.
W PiS na Jarosława Kaczyńskiego podniósł rękę Zbigniew Ziobro, wcześniej namaszczany na partyjnego delfina. Na razie ojcobójstwo się nie powiodło – Ziobrę z grupą zwolenników wyrzucono z partii. Teraz walczy o polityczne życie – bo jeżeli szybko nie wybije się w sondażach, to wszyscy się od niego odwrócą.
W Platformie, teoretycznie, nie powinno być większych zmian, bo ta partia wygrała wybory i rządzi, jak rządziła. A mamy tam wietrzenie aż miło. Donald Tusk, wielki zwycięzca roku 2011, układa sobie władzę, jak mu pasuje. Zepchnął na boczny tor Grzegorza Schetynę, sam ułożył sobie rząd, w którym większość stanowią osoby bezbarwne, nieznane, unikające mediów.
Najbardziej znane postacie z rządu Tuska to minister zdrowia Bartosz Arłukowicz i minister sprawiedliwości Jarosław Gowin. Jeden z lewicy, drugi z prawicy. Arłukowicz właśnie wywołał gigantyczną awanturę, firmując swoim nazwiskiem wcześniej opracowaną listę leków refundowanych. No, takich rzeczy nie robi się na ostatnią chwilę, to nieprofesjonalne.
Jeszcze większe zmiany przyniósł 2011 r. na lewicy.
Po pierwsze, załamał się SLD. I nawet nie o to chodzi, że Leszek Miller przejął po Grzegorzu Napieralskim ruinę, ale o to, że to już nie jest „tamta” partia. Co mam na myśli? Otóż SLD przez lata całe dopracował się pewnej kultury korporacyjnej – nie było w tej partii wewnętrznych czystek, każdy znajdował swoje miejsce, umów dotrzymywano, nie spóźniano się na spotkania, gdy zabierano w jakiejś sprawie głos, to starano się, by brzmiał kompetentnie.
Za Napieralskiego SLD stał się dokładnym przeciwieństwem tamtego ugrupowania. Trzy konferencje prasowe dziennie – na których poza pustosłowiem nic nie przedstawiano, i ciągłe wewnętrzne wojny, wypychanie kolejnych ludzi. No, jeżeli partia nie jest ani mądra, ani fajna, ani nie szanuje swoich wyborców, to oni pójdą sobie gdzie indziej.
I tak się stało, na słabo bronione przez Napieralskiego terytoria wszedł Janusz Palikot. Z Anną Grodzką, Robertem Biedroniem i Wandą Nowicką. Ludźmi, którym III RP odmawiała miejsca nie tylko w Sejmie (to nie kłopot), ale i w zwyczajnym życiu.
Ta jego armia to pospolite ruszenie, on pozbierał ludzi od Sasa do Lasa. Więc teraz, jeżeli ma ambicje jakiejś politycznej gry (a ma), musi to wszystko podporządkować.
Czy to mu się uda? Skoro już wiadomo, że ani SLD nie zje Palikota, ani Palikot nie zje SLD?
Jakiś pomysł na uporządkowanie sytuacji na lewicy ma Aleksander Kwaśniewski, który mówi o współpracy, wspólnych listach, ale – długa ku temu droga.
No więc jest od tego rok 2012, by ją zacząć.

W górę

Donald Tusk – Wielki Szu
Wygrał wszystko, Platforma dziś wisi na nim, a on to dobrze wie. Wielu twierdzi, że wygrał, bo mu się układa, bo Kaczyński zawsze się odezwie tak, że pół Polski wystraszy, a na lewicy z kolei posucha i drewno. No dobrze, ale żeby tak ustawić sobie scenę, też trzeba sporo wysiłku i umiejętności.
Ma pewną niepolską cechę, która bardzo mu pomaga. Otóż na pierwszy rzut oka wygląda na spokojnego i skromnego, bez wielkich pretensji. Patrzy na niego człowiek, a potem się rozgląda, gdzie Zyta, gdzie Rokita, gdzie Schetyna, gdzie inni. Znaczy się, dużo może, ale tego nie pokazuje. Zupełnie inaczej niż przeciętny radny w powiecie.
Prawica, bezsilna, ze złości za te swoje klęski nazywa go Putinem. O, to duża przesada i niezamierzony komplement zarazem. Kto jeździ po świecie i rozmawia trochę o polityce, ten wie, o co chodzi.

Bronisław Komorowski – gospodarz
Niby mu się nie udało, bo Tusk wygrał za wysoko i żeby swobodnie rządzić, nie musi z nikim się dogadywać. Ale nie zwracajmy uwagi na rzeczy drugorzędne. Rok 2011 był dla Komorowskiego ważny, bo pozwolił mu okrzepnąć i dobrze się rozsiąść w prezydenckim fotelu. Już się nie płoszy, rozmawia wesoło z Angelą Merkel, jeździ do Chin, godnie wygłasza przemówienia. Nie ulega pokusie wtrącania się do prac rządu – tak jakby wiedział, że sami do niego przyjdą. Gospodarz Belwederu pełną gębą. Widać, że dobrze tu się czuje, że mu się podoba i Polacy – gdy popatrzymy na sondaże – dobrze czują się z nim.

Janusz Palikot – złoty róg
Już mówiono o nim, że loser, że sam strzelił sobie w łeb i zginie gdzieś na politycznym marginesie. A tu proszę – siup i 10%! Największa sensacja wyborów.
Teraz więc różne mózgi stawiają sobie dwa pytania. Po pierwsze, zastanawiają się, co przyniosło mu zwycięstwo. Szaleństwo Kościoła, który dał się zamotać w sprawę krzyża? Pączkujące w kraju nastroje antyklerykalne? Rozlewająca się laicyzacja? Uwiąd SLD, który nie potrafił zawalczyć nawet o swoich wyborców? Proeuropejskie wiatry? Ochota na coś nowego? Dobry PR?
Myślę, że wszystko po trochu.
Teraz Palikot ma trudniejsze zadanie, bo jeśli nie chce podzielić losu różnych efemeryd – typu partia piwa, KPN albo Samoobrona – musi coś zrobić z tym swoim pospolitym ruszeniem, które wprowadził do Sejmu. Ma w ręku złoty róg. Pytanie numer dwa brzmi, czy potrafi na nim zagrać.

Ewa Kopacz – doktor Ewa
Marszałek Sejmu. Mówią, że dostała tego marszałka na tacy od Tuska, w nagrodę za wierność, no i żeby nie dostał Schetyna. I z twardym poleceniem, żeby w Sejmie pilnowała Tuskowych spraw. I pewnie tak było, więc stosowniej byłoby zapytać, dlaczego padło właśnie na nią, a nie na dziesiątki innych polityków PO, równie Tuskowi wiernych?
Myślę, że ten, kto widzi, jak gimnastykuje się min. Arłukowicz z aptekarzami i lekarzami, jakie kłopoty sprawił Tuskowi, sam sobie na to pytanie odpowiada.
Ewa Kopacz nie budzi złych emocji, sprawia wrażenie osoby chcącej się dogadać, niewywyższającej się. Warto zauważyć tę psychologiczną stronę sukcesów Platformy, bo jestem dziwnie przekonany, że daje ona tej partii – zwłaszcza na tle bucowatego Kaczyńskiego – sporo punktów.

Leszek Miller – wynurzony
Wrócił. Przez lata marzył, że wróci i się odegra. No to teraz się okazuje, że nie za bardzo na kim ma się odgrywać, bo SLD to pusty dom po pożarze.
Leszek Miller miał w polskiej polityce swoje kilka lat, wtedy błyszczał. Teraz ma nadzieję, że to powtórzy. Czy to możliwe? Wyobraźmy sobie kobietę w kwiecie wieku, przykuwającą uwagę, zniewalającą mężczyzn. Potem, w atmosferze skandalu, znika ona na lata, ma trudne chwile. Ale w wieku przedemerytalnym postanawia jeszcze raz ruszyć w bój. Zakłada więc stare sukienki, maluje usta, i rusza na salony. Ze słowniczkiem dawnych zwischenrufów pod pachą. Owszem, taka pani zainteresowanie wzbudzi, ale przecież niewiele więcej.
To jest kłopot dzisiejszy Leszka Millera, któremu owszem, bardzo się chce, ale reszta nie za bardzo do tej ochoty pasuje. Bo goście w salonach już inni.

W dół

Jarosław Kaczyński – loser
W zachodniej demokracji lider partii, który przegrywa wybory, podaje się do dymisji. Tam nie ma takich łatwowiernych, którzy by czekali, aż ich przewodniczący przerżnie po raz drugi, nie mówiąc już o razie szóstym. U nas czekają, co pokazuje, że do PiS ludzi małej wiary się nie przyjmuje.
Na dobrą sprawę Kaczyńskiego powinienem był wpisać do rubryki „na zero”, bo przecież nic się u niego nie zmieniło, dalej jest liderem przegranej partii, dalej ta partia jest największa, jeśli chodzi o opozycję, dalej straszy Niemcami, Rosją i tym, że za miękko…
Ale myślę, że coś w PiS pękło po tych wyborach – pękła wiara w mądrość prezesa. Bo przecież największe szkody poczynił on sam, wygadując głupoty choćby o Angeli Merkel… I on chyba to wie. Ma jeszcze siłę, by pogonić Ziobrę i Kurskiego, ale do innych spraw energii już mu brakuje. Gdzieś zgubił błysk, częściej ględzi, niż porywa, te jego marsze, na które wzywa, to żaden pokaz siły, tylko smętne szuranie nogami.

Grzegorz Schetyna – patron
Był człowiek, nie ma człowieka. Na razie to główny wróg Donalda Tuska, okrzyknięty przez premiera liderem wewnętrznej opozycji. Oooo, były czasy, gdy za taką etykietkę traciło się głowę albo, w najlepszym razie, wyjeżdżało na białe niedźwiedzie. Schetyna stracił ważne posady – i to pokazuje łagodność polskiego państwa.
Teraz, po odsunięciu go na bok, spadają jak ulęgałki jego ludzie. Tak dobrze poinformowani tłumaczą dymisje w MSW czy w spółkach skarbu państwa. Jest więc jak za czasów PRL – gdy padał wpływowy sekretarz, ciągnął się za nim łańcuszek dymisji ludzi z nim powiązanych.
Nie, nie mam pokusy, by w związku z tym porównywać PO do PZPR. Raczej widzę tu ciągłość polskiego zwyczaju, sięgającego wieków. Czepiania się klamki i budowania prywatnych drużyn.

Grzegorz Napieralski – aktor
Nosi w sobie poczucie krzywdy. Że taki był świetny, a przerżnął wybory, uzyskując najgorszy wynik w historii SLD. Woła więc, że to nie on przegrał, ale drużyna. Znaczy się, lider pełną gębą.
Teraz chce się odegrać na kwietniowym kongresie, co dobrze Sojuszowi nie wróży.
W czasach kiedy Napieralski kierował SLD, toczyły się w tej partii dyskusje, dlaczego Sojusz stoi w miejscu, dlaczego nie zyskuje wyborców. Jedni mówili, że dlatego, że za mało w SLD jest gadania o sprawach socjalnych, drudzy, że za mało akcentów laickich, o Kościele, jeszcze inni mówili, że trzeba się otwierać, a następni, że pielęgnować SLD-owski patriotyzm. Innymi słowy, dyskutowano, jaką rolę ma grać główny SLD-owski aktor. Aż przyszedł moment prawdy i teraz najczęściej mówią, że to nie kwestia roli, twardej, miękkiej, takiej czy siakiej, tylko kwestia aktora.

Zbigniew Ziobro – ojcobójca
No to zderzył się z ciężarówką i się dziwi, że mu nie wyszło.
Nie jestem w środku PiS, nie wiem, co przypiliło Ziobrę i Kurskiego do tego, żeby zaatakować Kaczyńskiego, dlaczego nie mogli poczekać do jeszcze jednych wyborów. W każdym razie prezes wywalił buntowników na bruk i teraz muszą radzić sobie sami.
Na razie kiepsko im idzie, już wołają, że będą zmieniać nazwę, widać tam panikę. Wiadomo – za dwa lata wybory i co dalej?
Współczuć im nie współczuję, bo Ziobro zabrał ze sobą gromadę politycznych nożowników – i pana Mularczyka, który straszył sędziów Trybunału Konstytucyjnego, i krzykliwą panią Kempę, i Jacka Kurskiego, tego od „ciemnego ludu”. Teraz to towarzystwo walczy o Galicję, że niby tam jest najsilniejsze, ma swoje bastiony. Że im bardziej zagubiona wioska, tym bardziej kocha Ziobrę. No to krzyż na drogę i pa.

Bogdan Klich – w rakiecie
No to po nim, już pewnie do końca życia nikt nie pozwoli mu się zbliżyć choćby na kilometr do jednostki wojskowej.
Ma dzikie szczęście, że sprawy wojska interesują Polaków mniej niż kiedyś, więc jak im opowiadał, że likwiduje pobór, wprowadza zawodowstwo itd., to ze zrozumieniem kiwali głowami. Już więc nie mamy wojska, tylko grupy umundurowanych (w godzinach pracy).
Klicha pogrążył raport komisji Millera na temat katastrofy smoleńskiej, pokazujący skandaliczny stan specpułku lotniczego, takie wojskowe krętactwo i cwaniactwo.
Że niby wszystko było na papierze, a tak naprawdę nie było.
Za to Klich musiał więc wylecieć w kosmos, bo to on był od pilnowania w wojsku porządku, a nie od mydlenia oczu.

Na zero

Radosław Sikorski – federalista
Miał wejście smoka. Pojechał do Berlina i nagadał Niemcom, że psują Europę. Wielka burza zaraz wybuchła w Polsce, że Sikorski namawia Niemców, by kierowali Unią. PiS tak wołało. Tyle z tego wszystkiego zrozumiało.
Sikorski zaczynał jako wiceminister u Jana Olszewskiego, był też w rządzie PiS ministrem obrony. A za patronów uważał brytyjskich konserwatystów i amerykańskich republikanów. Teraz mu się to zmieniło – dziś jest sztandarowym polskim federalistą, namawia Europę, żeby się integrowała, że trzeba bronić euro, bo upadek tej waluty to rzecz gorsza niż rosyjskie rakiety.
On to mówi, a głowami kiwają premier, prezydent i te dziesiątki dziennikarzy, które jeszcze niedawno klepały „Nicea albo śmierć” i frazesy o Europie ojczyzn. A teraz mają nową żarliwość. Oto wielki zwrot, który się dokonał na naszych oczach.
Mniej to świadczy o sile przekonywania Sikorskiego, a więcej o płytkości poglądów funkcjonujących w tzw. kręgach opiniotwórczych i o tym, jak ważna jest moda.

Waldemar Pawlak – szachista
Miało być dla PSL lepiej. Przed wyborami rachowano w tej partii, że wezmą więcej głosów niż ostatnio, że będą obrotowi, i że Tusk będzie musiał im dać ze cztery ministerstwa, a może i więcej. Nic z tego nie wyszło, PSL zajechało na Wiejską na czwartym miejscu i teraz cieszy się, że dostało od Tuska to, co miało wcześniej.
Ale już na gorszych warunkach, już premier wyciska na wicepremierze różne rzeczy, a to KRUS, a to wiek emerytalny… Przyciska Pawlaka do ściany. A ten niby się godzi, bo fajne być w rządzie, ale zaraz pokazuje jakieś nowe przeszkody, bo wyborcy nie darują, i tak w kółko. To będzie ciekawa gra w bieżącym roku – milczący Pawlak kontra rozgadany Tusk. Szachy kontra pokerek.

Tadeusz Rydzyk – arbiter
Niby spada słuchalność jego stacji, partia, którą popierał, też przegrała wybory, więc powinien trąbić na alarm. Ale nie musi. Bo jest mocniejszy niż przed rokiem. W Kościele już nikt nie chce go ograniczać, biskupi powtarzają tę jego wiarę, że stoją u bram hufce ateistów i wrogów krzyża. W polityce też mu luźniej. Wcześniej, na prawicy, miał jednego mocnego partnera – Jarosława Kaczyńskiego. Z nim musiał się układać, wyboru nie miał. A teraz ma. I wie, że kogo poprze – Kaczyńskiego albo Ziobrę, to przeważy szalę. Ale z tej siły korzysta powściągliwie, nie mówi tak, nie mówi nie, czeka na oferty. Znaczy się, polityk pełną gębą.

Jan Krzysztof Bielecki – mentor
Chyba mu dobrze. Jest szefem Rady Gospodarczej przy premierze, ma do gabinetu Tuska otwarte drzwi, chodzi do mediów, spędza życie światowo i przyjemnie. Ze dwa lata temu spekulowano, że gdy Tusk zostanie prezydentem, to on będzie premierem itd. Nic z tych rzeczy się nie stało – i pewnie obaj są z tego zadowoleni. Tusk, bo ma władzę, Bielecki, bo robi, co chce.
Ważna postać w ekipie rządzącej, trochę sufler, trochę rezerwowy. Trochę też mentor, gdy opowiada o życiu City, o bankierach i o tym, gdzie są oczy i kieszenie niewidzialnej ręki rynku. Znaczy się – liberał, który poznał świat. Bezcenne.

Rozczarowania

Bogdan Święczkowski – prawnik roku
Kolega Ziobry, to on wyciągnął go z prokuratury katowickiej najpierw do Prokuratury Krajowej, a potem na szefa ABW. Gdy PiS przerżnęło wybory, wrócił do Prokuratury Krajowej, a po jej likwidacji przeszedł w stan spoczynku. Ze stałą pensją 14 tys. zł. W roku 2010 został wybrany na radnego do sejmiku śląskiego, a w 2011 dostał się do Sejmu. Z listy PiS, oczywiście. I tu zaczęły się schody. Bo marszałek Schetyna zauważył, że prokurator nie może być posłem. Jeżeli więc Święczkowski nie zrzeknie się prokuratorskich godności, to on wygasi jego mandat. Święczkowski śmiał się z tej groźby, mówił, że to zabawne i że to „szopka polityczno-medialna”. Schetyna mandat mu wygasił. Więc Święczkowski krzyczał, że to decyzja „skandaliczna pod względem prawnym”. Ale chwilę potem Sąd Najwyższy stwierdził, że to żaden skandal, tylko tak stanowi prawo, i w ten sposób pan prokurator przestał być posłem, zanim nim został.
Gdy Święczkowski pouczał Schetynę, przypomniano mu, że nie może zostać posłem, jeśli nie zrezygnuje z mandatu radnego w sejmiku śląskim. Napisał więc rezygnację. Potem, gdy nie został posłem, próbował ją wycofać. Ale radni skorzystali z okazji i jego dymisję przyjęli.
Tak został bez mandatu posła i bez mandatu radnego. A my w ten sposób dowiedzieliśmy się, jaki jest poziom znajomości prawa (i miłości do 14 tys. zł) czołowego PiS-owskiego prokuratora.

Jarosław Gowin – wielki niemowa
Miał być liderem twardego, konserwatywnego skrzydła w Platformie. Tymczasem Tusk kupił go za stołek ministra. Tanie to konserwatywne skrzydło. Gowin jeszcze się odgraża, że zamiesza, woła, że zablokuje sprawy in vitro itd. Sorry, ale nikt nie bierze tych okrzyków poważnie. Za to ostrzą na niego zęby dziennikarze, bo to gratka odpytać ministra sprawiedliwości, który nie jest prawnikiem… Ale Gowin czujnie odmawia wywiadów, tłumacząc, że zapoznaje się z resortem. I siedzi w tej złotej klatce, w której dał się zamknąć Tuskowi.

Bartosz Arłukowicz – ja, jako lekarz
Jeszcze rok temu wołano, że to nadzieja lewicy, że jedyny z młodego pokolenia, który potrafi się odezwać, nie jest drewniany itd. Tymi pochwałami najbardziej przejął się Grzegorz Napieralski, który natychmiast zaczął Arłukowicza podgryzać i spychać na margines. A ten, zamiast zacisnąć zęby i przeczekać, sprzedał się Donaldowi Tuskowi za taki sobie stołek.
Teraz, w ramach otwierania się PO na lewą stronę, został ministrem zdrowia. Zajmuje się lekami i lekarzami. Krzyczy na nich, woła, że nie da się farmaceutycznym koncernom, wypisz wymaluj Mariusz Łapiński parę lat temu. Już postawił przeciwko rządowi połowę lekarzy.
Oto saper, któremu na pierwszej minie urywa rękę.

Jadwiga Staniszkis – kocha i porzuca
Ma tytuł profesora, ale gdy opowiada o polityce, to więcej w niej La Pasionarii niż uniwersyteckiego belfra. To jest piękne, jak najpierw kocha, a potem porzuca. Jerzy Buzek miał miękką charyzmę, potem się nie nadawał. Świetny był Marcinkiewicz, ale rozczarował. Potem świeciła gwiazda Jarosława Kaczyńskiego, ale już nie świeci.
Generalnie, Jadwiga Staniszkis trzyma się prawicy, ale sympatie polityczne i prognozy, które snuje, zmieniają się jej częściej niż programy, w których występuje. Dla mediów to zaleta – bo nigdy nie wiadomo, co powie. Nikt nie wie, co z tej maszyny wyskoczy. Jednym słowem – celebrytka naszych czasów.

Adam Hofman – usta-usta
Rzecznik PiS. Urodą i zachowaniem przypomina działacza rumuńskiej młodzieżówki. Takiego z czasów Nicolae C. Hofman to kolejne pokolenie młodych wilczków, czy raczej bulterierów, które hoduje Kaczyński. Po Bielanie, po Kamińskim, po Kurskim, po Ziobrze… Ciekawe, czy starcza mu wyobraźni, że zakłada, że może iść ich śladem. I czy zastanawia się, jak długa jest smycz, na której jest trzymany.
Na razie bardzo się stara. Chce być światowy. Mówi więc tak: „Cygara paliłem częściej na studiach, dziś ze względu na ceny robię to głównie podczas wakacji na Wyspach Kanaryjskich”.
Chce też być złośliwy. Próbkę swoich talentów (niedużych) dał podczas kampanii, mówiąc, że „chłopy wyjechali ze swoich miasteczek, wsi, trafili do Warszawy – zdziczeli, zbaranieli, tańczą, śpiewają… kompletnie im odbiło…”. Ratując tym samym wyborczy wynik PSL.
Nazywają go ustami prezesa Kaczyńskiego. Nie sądzę, by prezes uznawał to za komplement.

Nadzieje

Aleksander Kwaśniewski – nieemeryt
Trochę głupio wpisywać byłego prezydenta do rubryki z debiutantami, ale nie o debiut tu chodzi. Rzecz w tym, że jeżeli ktokolwiek mógłby w sposób pokojowy pogodzić lewicę, spiąć jej różne nurty, to jest to tylko Aleksander Kwaśniewski. On jeden ma autorytet, no i niezbędną mądrość. I delikatność.
Donald Tusk nazwał go kiedyś emerytowanym politykiem, tym samym niebacznie zdradzając, w jakiej roli chciałby go widzieć. Tusk miał nosa. Bo jeśli ktokolwiek mógłby mu zagrozić w tym świecie, gdzie każdy każdemu podstawia nogę, to przecież nie histeryk Kaczyński czy niemądry Ziobro, tylko ktoś pokroju byłego prezydenta. Starszego od Tuska raptem o dwa i pół roku.

Anna Grodzka – znamy się od lat
Z Anną Grodzką mam kłopot. Osobisty. Bo znałem ją, kiedy była mężczyzną. Więc gdy ona do mnie mówi, ja nie widzę jej, tylko przebranego za kobietę Krzyśka. Kiedy mi to przejdzie?
O tym, że ona (on) zmienia płeć, nie wiedziałem, to był paroletni okres, kiedy się nie widywaliśmy. Aż pewnego dnia otrzymałem mniej więcej takiego mejla: „Witaj, Robercie. Tu Anna Grodzka. Moje nazwisko nic ci nie mówi, ale zapewniam cię , że znamy się bardzo dobrze [o, poczułem lekkie zaniepokojenie]. Parę lat temu spotykaliśmy się wiele razy, to były bardzo fajne spotkania [tu zacząłem gorączkowo szperać w pamięci]. Wtedy znałeś mnie jako Krzysztofa B. Dziś jestem Anną. Jak widzisz, wiele się zmieniło :)”.
Tak mnie wkręcała.
Anna G. to osoba o błyskotliwej inteligencji, świetnie znająca się na mediach i mechanizmach tam działających. Mogłaby błyszczeć w debatach tym sprawom poświęconym. Ba! Oglądałem w telewizji, jak rozmawiała z nią Monika Olejnik. I co? Olejnik pytała o erotyczne różnice między mężczyzną a kobietą, o partnerów itd. Takie rzeczy ją interesowały. Zwykły repertuar polskiego kołtuna. No nie wiem, czy prędko Grodzka przełamie to fatum…

Ks. Adam Boniecki – szkiełko i oko
Przytomnie zauważył, że pan Nergal, który na scenie odgrywa różne rzeczy, to żaden antychryst i szkoda autorytetu Kościoła, by z nim walczyć. Bo nie walczy się z kolędnikami udającymi diabły.
Za te słowa biskupi się pieklili, do porządku przywoływali go generałowie jego zakonu, zabraniając mu rozmów z mediami.
Ta krótka historia jak w pigułce pokazuje stan polskiego Kościoła. Biskupów nieodróżniających rzeczy poważnych od wygłupu, który przynosi kultura masowa, i widzących wokół siebie wielkie spiski. Jakby wierzyli, że śpiewający pan Nergal odciągnie chrześcijan od wiary. I pojedynczych księży, którzy potrafią odróżnić to, co w telewizorze, od tego, co w realu.
To jest ta nadzieja, która jeszcze nie umarła.

Franciszek Smuda – gladiator
Posada trenera piłkarskiej reprezentacji to w dzisiejszych czasach posada polityczna. Tuskowi Polacy wybaczą różne obietnice, Tusk wyłga się ze złych nominacji. Smuda – nigdy. Patrzą mu na ręce miliony znawców, nieufnych i głodnych sukcesu.
Jarosław Kaczyński może przegrywać raz za razem i tłumaczyć to w najbardziej absurdalny sposób, ale Smudzie drugiej szansy nikt nie da. On na Euro musi odnieść sukces, inaczej wygwiżdżą go bez litości i wywalą z hukiem. Wie to, proszę na niego spojrzeć, jaki rozdygotany, dla niego Euro 2012 nie wygląda na święto, ale na katorgę.
Rozumiem go, bo trenuje najgorszą drużynę ze wszystkich 16, które wystartują w Warszawie i w Kijowie. Ale przecież i ja mu nie wybaczę, gdy na Euro rozegramy tylko trzy mecze – pierwszy o awans, drugi o nadzieję, trzeci o honor.

Sławomir Nowak – miotła
Śmiali się z niego dziennikarze, że gdy pojechał na otwarcie autostrady, to wygłaszał namaszczonym tonem banały. Że to Gierek naszych czasów. O, panowie, z takimi porównaniami uważajcie, bo Gierek pewnie wygrałby niejeden ranking na najpopularniejszego polityka w Polsce ostatnich 50 lat.
Nie wiem, jakim ministrem będzie Nowak, choć trudno przypuszczać, że gorszym niż poprzednicy. Ale na starcie zapunktował trzeźwym spojrzeniem. Przede wszystkim na PKP, gdzie porzucił fantazje o różnych pociągach wielkiej prędkości, igrekach itd., które miały pędzić (za 20 lat), z prędkością 300 km na godzinę, co kosztować miało grube miliardy. No i wywalił Jacka Prześlugę ze stanowiska szefa polskich dworców i zarządu PKP. Tego samego, który obwiesił Dworzec Centralny reklamami i zapewniał, że pełnią funkcję przeciwpożarową oraz chronią życie ludzkie (żeby samobójcy nie skakali na tory).
Pokazał tym samym, że nie daje sobie nawijać makaronu na uszy i goni różnych tego typu nawijaczy, co poniekąd nie dziwi, bo sam jest od takich rzeczy specjalistą.

 

Wydanie: 2/2012

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy