I o co ten krzyk

I o co ten krzyk

Czy Polsce nie zaszkodzi 50-procentowa stawka podatkowa

Po przyjęciu 50-procentowej stawki od dochodów przekraczających 600 tys. rocznie (50 tys. miesięcznie) byliśmy świadkami zdumiewająco jednomyślnej medialnej fali krytyki. Jakby Polska była krajem milionerów zagrożonych rewolucją, a nie najbiedniejszym państwem Unii, gdzie 95% ludzi nie sięga drugiego progu (do 37 tys. zł rocznie) i na 50 tys. zł musi pracować ponad półtora roku. Padł zarzut upolitycznienia systemu fiskalnego i populizmu, skazującego na emigrację podatkową najbardziej twórczą grupę naszego społeczeństwa, ciągnącą kraj do przodu. – Najbogatszym zabiorą połowę zarobków – biadała np. „Rzeczpospolita”, zapominając, że dotyczy to nie całości zarobku, lecz tylko ułamka powyżej 600 tys. zł rocznie.
– Nie róbmy ludziom wody z mózgu. Niemal cały cywilizowany świat stosuje podatki progresywne i w wielu krajach stawki są wyższe niż nasze 50% – mówi prof. Zdzisław Sadowski, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego.

Nie samym podatkiem

Oczywiście, nie jest zręcznie, gdy lewica troszczy się o dociążenie najbogatszych akurat w roku przedwyborczym. Ale podatki na całym świecie stanowią kwestię polityczną, wykorzystywaną w kampaniach wyborczych. Spójrzmy choć na USA (Kerry był za zlikwidowaniem ulg dla najbogatszych, Bush za utrzymaniem) czy na praktykę rządów unijnych, które po przyjęciu przez Polskę 19% stawki od przedsiębiorstw krytykowały naszą „konkurencję fiskalną”, ale same nie obniżyły podatków przedsiębiorcom, wiedząc, iż byłoby to źle odebrane przez większość wyborców. I nie tylko dlatego. Specjaliści podatkowi z państw zachodnich wiedzą też, że taka decyzja spowodowałaby spadek dochodów budżetowych, a na rozwój gospodarczy nie miałaby większego wpływu, bo decyduje o tym wiele innych czynników, np. stopy procentowe, infrastruktura, dostępność kredytów czy brak korupcji. – Nie ma korelacji między niskimi obciążeniami podatkowymi a szybkim rozwojem gospodarczym. Jeśli obciążenia stają się za wysokie, gospodarka traci dynamikę, jednak dla każdego kraju ta granica jest inna i zależy od wielu czynników – uważa prof. Marek Kalinowski, autor opinii dla Sejmu o 50-procentowej stawce. A polska gospodarka rozwija się szybciej niż amerykańska i dynamiki nie traci.

Uciec na Arubę?

Polskim przedsiębiorcom, których praca wpływa na rozwój gospodarczy, 50-procentowa stawka zaś nie przeszkadza, bo po prostu w czterotysięcznej grupie podatników zarabiającej ponad 600 tys. są praktycznie nieobecni.
– W tym gronie nie ma przedsiębiorców. To głównie członkowie kadr kierowniczych wielkich banków i koncernów – mówi prof. Jerzy Cieślik z WSPiZ.
Nie znaczy to, iż wśród polskich bogaczy w ogóle nie ma prawdziwych przedsiębiorców. Są, tylko że swe zyski realizują pod postacią dywidendy i nie biorą wysokiej pensji, wpadającej w ostatnie progi podatkowe.
– Przykładowo stutysięczny zysk firmy obciążony 19-procentowym podatkiem daje 81 tys., które może zostać wypłacone jako dywidenda. Te 81 tys. zostaje ponownie opodatkowane stawką 19%, co oznacza, że łącznie przedsiębiorca oddaje fiskusowi 34,4%, a nie 50% – wylicza prof. Cieślik. A zatem, grupę „górnych czterech tysięcy” tworzą głównie pracownicy najemni. Nie zbiednieją przesadnie, jeśli stawka urośnie z 40 do 50%.
I nie ma specjalnych obaw, że fiskus dostanie figę, zamiast ponad 200 mln zł wpływów z tytułu podniesienia stawek. Najbogatsi nie uciekną za granicę przed polską gilotyną podatkową – oczywiście, nie z sentymentu, lecz z braku możliwości. W dużych szanujących się spółkach nie jest bowiem przyjęte, by usługę prezesa świadczyła jego firma zarejestrowana np. na Arubie, a nie on sam osobiście. Ci zaś, którzy mogli przenieść działalność za granicę, uczynili to już dawno, nie czekając na wyższą stawkę.

Inni komplikują bardziej

50-procentowy podatek dochodowy nie jest czymś niezwykłym w UE. Obowiązuje np. w Austrii, Belgii, Francji, Holandii oraz Słowenii. I nie są to kraje przesadnie ubogie. Irlandia, celtycki tygrys stawiany nam za wzór, ma zaś stawkę 42%, czyli wyższą niż Polska obecnie. Jeszcze wyższa, bo 45%, jest w Hiszpanii i we Włoszech. Nie można też traktować poważnie zarzutu, iż nowa stawka komplikuje system podatkowy. – Tu akurat problemów nie ma. Każdy potrafi pomnożyć część dochodu kalkulatorem przez 19, część przez 30, przez 40 czy przez 50% – mówi Stanisław Nieckarz z Rady Polityki Pieniężnej.
A w porównaniu z Belgią (sześć stawek), Niemcami (cztery stawki dla małżeństw i cztery z innymi progami dla samotnych) czy Francją (siedem stawek, podatki rosną wraz z dochodami, ale spadają w miarę wzrostu liczby dzieci w rodzinie) nasze podatki są wzorem prostoty. – Ten, kto mówi, że system podatkowy w Polsce jest skomplikowany, grubo przesadza – konkluduje prof. Kalinowski.
Oczywiście, nominalna wysokość stawek nie świadczy o rzeczywistym obciążeniu fiskalnym. Decydują o nim progi podatkowe oraz możliwości odliczeń. – W RFN podatnik może np. odliczyć wydatki na własną promocję, choćby na zakup garnituru, bo wiadomo, że musi przyzwoicie wyglądać – dodaje prof. Kalinowski.
O faktycznej zachłanności fiskusa mówi wyliczenie pokazujące, jaki odsetek produktu krajowego jest odbierany przez państwo pod postacią podatków (pod uwagę bierze się wszystkie ściągane podatki). W czołówce od lat są dwa państwa socjalne, Dania i Szwecja, gdzie rzeczywiste obciążenie wynosi ok. 50% PKB. W Polsce – 38% PKB. Mniejsze jest w Japonii – 29% PKB – i mimo to gospodarka japońska stoi w miejscu.
A na drugim biegunie mamy Meksyk z 16-procentowym obciążeniem fiskalnym i jeszcze większym niż w Polsce zróżnicowaniem między klasą nędzarzy a nieliczną grupą bogaczy. Niby się mówi, że budujemy latynoamerykański model kapitalizmu, ale może warto pamiętać, iż jesteśmy w Europie.


Faktyczne obciążenie podatkowe (w relacji do PKB)

Dania 50%
Szwecja 50%
Finlandia 48%
Belgia 47%
Francja 46%
Austria 46%
Włochy 44%
Holandia 41%
Polska 38%
Niemcy 37%
Japonia 29%
USA 29%
Meksyk 16%

Źródło: OECD

Wydanie: 46/2004

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy