O wyborach i zasadach

O wyborach i zasadach

Donaldowi Tuskowi „zasady” najwidoczniej nie przeszkadzają w tolerowaniu czy nawet aprobowaniu poczynań posła Miodowicza

Nie napisałabym tego tekstu, gdyby nie to, że w ciągu ostatnich miesięcy wyjątkowo dużo czasu spędzam przed telewizorem. Nie z zamiłowania, tylko z nudów – po złamaniu nogi w biodrze wciąż jeszcze nie usprawniłam się na tyle, by odbywać ulubione długie spacery, chadzać do kina lub odwiedzać przyjaciół. Dlatego mogłam oglądać systematycznie „reality show”, jakim są posiedzenia dwu komisji śledczych, tzw. orlenowskiej oraz do sprawy PZU. To zdumiewające, jak te dwa ciała różnią się od siebie, jako że poszczególne kluby sejmowe skierowały do każdej z nich całkiem inne osoby. Czy aby dlatego, że w jedną aferę uwikłani są ludzie lewicy, w drugą – ci z prawicy? Komisji mającej wyjaśnić sprawę PZU przewodniczy poseł Dobrosz z LPR (dawniej PSL), którego zachowanie niczym nie przypomina wyczynów posła Giertycha. Okazuje się, że nawet w LPR bywają ludzie rozsądni i taktowni. Najbardziej jednak zdumiewa wybór dokonany przez Platformę Obywatelską. Z ramienia tej partii problemami PZU zajmuje się poseł Garbarczyk, dociekliwy, lecz spokojny i obiektywny. Do komisji orlenowskiej PO wydelegowała, jak wiadomo, posła Miodowicza. On to, wraz z panami Giertychem, Macierewiczem i Wassermannem (PiS), przoduje w polowaniu z nagonką na Cimoszewicza, jakim stały się posiedzenia komisji z przesłuchaniami w stylu iście inkwizytorskim. Panowie Miodowicz i Wassermann reprezentują partie aspirujące do przejęcia władzy i mające w swoim gronie kandydatów na stanowisko prezydenta. W chwili obecnej najwyższymi notowaniami cieszy się wicemarszałek Sejmu, lider PO, Donald Tusk, rekomendujący się w reklamówkach wyborczych jako „człowiek z zasadami”.
Nie będę ukrywać, że swego czasu, gdy poważnym kandydatem na prezydenta wydawał się Tomasz Lis, gotowa byłam głosować na Donalda Tuska, bo red. Lis z różnych względów raczej mi nie odpowiadał. Ale od tamtej pory sytuacja uległa zasadniczej zmianie, szanse na prezydenturę, a przynajmniej na przejście do drugiej tury mają trzej kandydaci, w porządku alfabetycznym: Cimoszewicz, Kaczyński, Tusk. Temu ostatniemu „zasady” najwidoczniej nie przeszkadzają w tolerowaniu czy nawet aprobowaniu poczynań posła Miodowicza, odkrywcy nieszczęsnej pani Jaruckiej.
Od chwili gdy Włodzimierz Cimoszewicz ostatecznie zgodził się kandydować, zamierzałam głosować na niego i chciałabym uzasadnić, dlaczego nie zmieniłam zdania. Nie tyle mimo, ile właśnie z powodu tego, co się robi, by do obecnego marszałka Sejmu zrazić potencjalnych wyborców, co – sądząc z ostatnich sondaży – w dużej mierze się udało. Panowie Miodowicz i Wassermann – korzystając z „naganiaczy”, Giertycha i Macierewicza – dołożyli starań, aby spaskudzić image Włodzimierza Cimoszewicza, kontrkandydata ich faworytów. A jak twierdzą specjaliści od politycznego marketingu – sprostowanie takiego wypaczonego wizerunku jest bardzo trudne.
Nie wiem, jaką kampanię projektuje komitet wyborczy Włodzimierza Cimoszewicza, natomiast wiem, co z mego punktu widzenia przemawia na jego korzyść.
Wielokrotnie deklarowałam, że jestem notorycznie bezpartyjna, ale od czasów przedwojennej, wczesnej młodości miałam „serce po lewej stronie”. Nie znaczy to, abym zachwycała się bezkrytycznie działaniami partii lewicowych, które także po 1989 r. nie ustrzegły się różnorakich błędów i wypaczeń, w tym zdrady ideałów. Niemniej w sytuacji, gdy u władzy znajdzie się prawica (także nie taka znów nieskazitelna), byłoby pożądane, aby dla równowagi stanowisko prezydenta objął przedstawiciel lewicy (cokolwiek bądź znaczą terminy „prawica” i „lewica”, tak dziś niejednoznaczne).
Przed kampanią pomówień, rozpętaną przez antagonistów Cimoszewicza, wysokie notowania wskazywały, że ma on szanse przejścia do drugiej tury wyborów, a może nawet jej wygrania. Wszak nawet polityczni przeciwnicy pozytywnie oceniali działania Cimoszewicza jako ministra sprawiedliwości. A właśnie od organów sprawiedliwości – choć nie tylko od nich – zależy skuteczna walka z plagą korupcji. Co prawda w demokracji obowiązuje ścisłe przestrzeganie podziału między władzami – wykonawczą, ustawodawczą, sądowniczą – niemniej prezydent ma też coś niecoś do powiedzenia. W tym kontekście POPiS-y w komisji orlenowskiej stanowią precedens wysoce niepokojący.
Nie znam Włodzimierza Cimoszewicza na płaszczyźnie towarzyskiej, a z jego protekcji korzystałam jeden jedyny raz, gdy był premierem. Zdecydowałam się tę sprawę upublicznić, bo dementuje wizerunek Cimoszewicza jako człowieka niewrażliwego na los pokrzywdzonych. A to mu się często zarzuca, przypominając – wyrwaną z kontekstu – wypowiedź adresowaną do powodzian, którzy nie zadbali o ubezpieczenie swego dobytku.
Od lat zajmuję się aktywnie problemem sierot społecznych i właśnie w tej sprawie zwróciłam się z prośbą do premiera Cimoszewicza. W rezultacie przy Urzędzie Rady Ministrów powstał – pod auspicjami premiera – komitet do spraw sieroctwa społecznego. Znalazły się w nim poważne, kompetentne osoby, od prominentnych przedstawicieli Kościoła po funkcjonariuszy policji. O randze komitetu świadczą chociażby nazwiska takich jego członków jak prof. Stelmachowski czy prof. Obuchowska z Poznania, najwybitniejsza chyba znawczyni tzw. choroby sierocej. Komitet nie był strukturą fasadową, jego zebrania miały charakter merytoryczny, w trakcie rzeczowych dyskusji przedstawiano propozycje (m.in. dotyczące domów dziecka), które z czasem miały stać się truizmem. Tyle że późniejsi premierzy dopuścili, by komitet, pozbawiony wysokiego wsparcia – umarł śmiercią naturalną. Za to obecnie, w ramach kampanii wyborczych, przyjaciele sierot i w ogóle dzieci mnożą się niczym kombatanci, dysydenci i „Wallenrodzi”.
W obecnej sytuacji na szczególne podkreślenie zasługuje fakt, że komitet powołany przez Cimoszewicza działał naprawdę ponad podziałami. Dowodzi to, że patronujący mu Cimoszewicz w imię dobrej sprawy gotów jest do współpracy z każdym tej sprawie oddanym, bez względu na reprezentowane przezeń opcje polityczne czy wyznaniowe.
Czy pozostali główni kandydaci do prezydentury mają w swoich życiorysach analogiczne doświadczenia? Ich stosunek do panów Miodowicza i Wassermanna raczej by na to nie wskazywał.

PS
Tekst ten pisałam przed rezygnacją Włodzimierza Cimoszewicza z kandydowania. Teraz nie zamierzam wziąć udziału w wyborach prezydenckich, zważywszy, iż żaden z pozostałych kandydatów, a w szczególności Donald Tusk, nie odciął się jednoznacznie od haniebnej nagonki na Włodzimierza Cimoszewicza. Qui tacet, consentire videtur.

 

Wydanie: 39/2005

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy