Od gadania będzie taniej?

Od gadania będzie taniej?

Niewiele możemy zrobić, by zahamować wzrost cen w Polsce

Czy sejmowa debata na temat drożyzny może się przyczynić do tego, że ceny w Polsce przestaną rosnąć? Odpowiedź jest krótka – oczywiście, że nie.
Teoretycznie Sejm, w zakresie wpływania na nasze życie gospodarcze, może zrobić wiele, w praktyce jednak – prawie nic.
Może np. podjąć uchwałę zobowiązującą rząd do zmniejszenia akcyzy na benzynę – ale polityka akcyzowa jest ujednolicona w Unii Europejskiej i samowolna obniżka narazi nas na pretensje ze strony Komisji Europejskiej. Akcyza na benzynę to zresztą ok. 20 mld zł wpływów do budżetu rocznie – bez tych pieniędzy trudno będzie zapewnić dopływ dotacji do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych i zagrożona zostanie wypłata emerytur.
Skutki takich decyzji bywają zresztą u nas z reguły inne od zamierzonych. Na obniżce akcyzy benzyny przed paroma laty, skorzystały głównie koncerny paliwowe działające w Polsce i właściciele stacji benzynowych, bo ich marża wzrosła. To trochę tak jak obecnie z wprowadzeniem odpłatności za torby plastikowe. Domagali się tego pseudoekolodzy, a skorzystały wyłącznie hipermarkety, bo torby, które wcześniej były za darmo, dziś kosztują kilka lub kilkanaście groszy. To na tyle mało, że wszyscy klienci, którzy brali torby, i teraz je kupują, ale w sumie dla sieci handlowych są to całkiem przyzwoite pieniądze.

Sejmowe niemożności

Sejm może obniżyć 22-procentową, najpowszechniejszą stawkę VAT, do poziomu 7 czy nawet 0%. Ale i tu jesteśmy zobowiązani do realizacji polityki unijnej – a rezygnacja z wpływów z tytułu VAT oznaczałaby w ogóle rozwalenie budżetu.
Może zmienić ustawę o Urzędzie Regulacji Energetyki, tak by URE uzyskał pełną władzę w zakresie kształtowania cen energii. Żaden szef URE nie zdecydowałby się jednak na korzystanie z takiego uprawnienia, wiedząc, że oznaczać to będzie nieuchronny spadek dostaw energii i konieczność refinansowania ze środków publicznych strat ponoszonych przez producentów i dostawców prądu. Obecny szef URE, mianowany jeszcze przez premiera Kaczyńskiego, do cen nie chce się mieszać – i jedyne, co obiecuje, to to, że będzie obserwował poziom cen energii na rynku. Jakikolwiek jego następca nie zrobi zresztą nic innego.
Może zamrozić ceny urzędowe – ale dziś jedyne ceny urzędowe w Polsce to ceny produktów leczniczych i wyrobów medycznych, finansowanych ze środków Narodowego Funduszu Zdrowia. Owszem, Sejm może tak zmienić prawo, że zakres cen urzędowych zostanie radykalnie zwiększony – będzie to jednak koniec gospodarki rynkowej w Polsce i powrót do stanu powszechnych niedoborów większości dóbr.

Zawsze będziemy gorsi

W gospodarce kapitalistycznej tak już jest, że decyzje ustawodawcy mające trzymać w ryzach ceny wywołują albo spadek dochodów państwa, albo spadek produkcji i dostaw oraz ucieczkę inwestorów. Niewykluczone, że istnieją jakieś inne możliwości działania, niewywołujące takich skutków – ale w praktyce jeszcze ich nie poznaliśmy. Niestety, nie jesteśmy Norwegią, mającą stałe zasilanie budżetowe, płynące ze złóż ropy naftowej. Zresztą, powiedzmy sobie szczerze, Norwegia nawet bez złóż ropy zawsze będzie zamożniejsza od nas, tak jak wszystkie inne kraje, które dziś są bogatsze. Nie ma u nas bowiem ani takiej pracowitości, ani rozumu, ani konsekwencji jak wśród narodów bogatej Europy Zachodniej. Ich poziom życia nie wziął się przecież z niczego.
Teoretycznie więc jedynym sposobem na to, by Polacy żyli dostatniej i nie narzekali na ceny pustoszące ich portfele, jest stały wzrost dochodów osobistych, co najmniej tak szybki jak obecnie, choć sprawiedliwiej rozłożony.
W polskim wydaniu byłby to jednak nieuchronny – jak to widzimy już obecnie – wzrost cen i płac, grożący tym, że inflacja, przekraczająca dziś 4%, rychło osiągnęłaby wskaźniki dwucyfrowe. Musimy iść więc w kierunku odwrotnym – podnoszenie stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej, mające hamować inflację, oznacza przecież to, że drożeją kredyty, wolniej rosną inwestycje, ludzie muszą częściej myśleć o ograniczaniu własnych wydatków, pogarsza się koniunktura dla producentów, może spaść tempo rozwoju gospodarczego – a to z kolei hamuje wzrost naszych płac.

A może coś wymyślmy

Prof. Kazimierz Ryć, specjalista z dziedziny zarządzania, uważa, że dobre i pożądane dla gospodarki oraz dla Polaków byłoby zawarcie umowy społecznej – są tego przykłady w szeregu państw europejskich – która regulowałaby dopuszczalny zakres i charakter wzrostu cen oraz płac. Nasza zdolność do zawierania kompromisów oraz zaufanie do bliźnich są jednak na tak niskim poziomie – i to zarówno u biednych, jak i bogatych – że oczywiście o żadnej polskiej umowie społecznej nigdy nie będzie mowy.
Wzrost cen w Polsce spowodowany jest czynnikami, na które mamy niewielki wpływ – takimi jak droga żywność i ropa oraz wysokie podatki, potrzebne do sfinansowania sztywnych wydatków budżetowych. Teoretycznie moglibyśmy coś wymyślić. Finowie wymyślili Nokię, która znacznie poprawiła ich pozycję gospodarczą. Grecy wymyślili model turystyki, przyciągający do nich cały świat. Niemcy wymyślają coraz doskonalsze samochody. Jakoś trudno sobie przypomnieć, co mądrego ostatnio wymyślili Polacy…
Praktycznie nic więc nie można zrobić, by zahamować wzrost cen, nie obniżając zarazem wzrostu tempa dochodów Polaków. W szczególności sejmowe przemowy nie mogą mieć żadnego wpływu na to, czy ceny będą rosnąć wolniej, czy szybciej. Ale co szkodzi pogadać, by zyskać punkty wśród potencjalnego elektoratu. – Ceny to ukochany przedmiot wszelkich demagogii, zwłaszcza że ludzie zawsze mają większe potrzeby niż możliwości ich zaspokojenia – twierdzi ekonomista, prof. Andrzej Wernik.

Statystycznie, czyli prawie wcale

Na razie jednak możemy się pocieszać tym, że płace rosną szybciej niż ceny, a dochody polskich rolników zwiększają się w tempie nienotowanym nigdzie w Europie. Średnio i statystycznie nie powinniśmy więc mieć specjalnych powodów do niezadowolenia, zwłaszcza jeśli mieszkamy na wsi.
Nie powinniśmy – ale mamy. To prawda, w ciągu ostatnich czterech lat dochody statystycznej polskiej rodziny wzrosły o ponad 20%. Średnią statystyczną zawyżają bowiem dochody nielicznych najszybciej bogacących się Polaków. Dochody niemałej grupy rodaków – trzydziesto-, czterdziestoprocentowej – praktycznie nie wzrosły jednak w ogóle. Poza tym nasza psychika jest taka, że łatwo przyzwyczajamy się do wzrostu poziomu życia i przestajemy go zauważać (bo zwiększamy wtedy także wydatki) – ale podwyżki cen zauważymy zawsze.

 

Wydanie: 30/2008

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy