Bon na mundurki

Bon na mundurki

Bon oświatowy to brzmi nieźle. Jednak kiedy przechodzi się do całościowego projektu, rodzą się wątpliwości nawet w głowach pomysłodawców

Stara władza odeszła, jednak wraz z nią nie odeszły stare problemy. Zdanie to jest szczególnie adekwatne w kwestii polskiego systemu edukacji. Zmieniły się natomiast główne osie politycznego sporu w sprawie oświaty. Za czasów Romana Giertycha społeczeństwo elektryzował spór o mundurki i kanon lektur. Wraz z objęciem władzy w resorcie przez minister Katarzynę Hall do rangi głównego problemu urasta natomiast pomysł wprowadzenia bonu edukacyjnego.

Trudna droga od idei do praktyki

O co chodzi z bonem edukacyjnym? Odpowiedź na to pytanie jest z jednej strony prosta, z drugiej zaś trudna. Prosta jest bowiem sama idea bonu, stworzona jeszcze w latach 50. przez neoliberalnego ideologa i ekonomistę Miltona Friedmana. Bon edukacyjny nie podbił jednak serc władz edukacyjnych. Dlaczego? Ponieważ diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach, a raczej w praktycznym zastosowaniu, wydawałoby się prostej, idei. Dlatego właśnie odpowiedź na pytanie dotyczące bonu jest taka trudna. Gdy słyszymy to hasło, nigdy do końca nie wiemy, co osoba je wypowiadająca ma na myśli.
Zacznijmy jednak od samej idei. Friedman postulował, by publiczne pieniądze na edukację przekazywane były rodzicom w postaci „bonu”, za pomocą którego mogliby oni pokrywać koszty kształcenia swojego dziecka w dowolnie wybranej szkole. W ten sposób sfera usług edukacyjnych zostałaby wchłonięta przez rynek. W efekcie mechanizm działałby tak: rodzice dokonują zakupu preferowanych usług edukacyjnych, a szkoły konkurują między sobą w dostarczaniu tych usług.
Idea bonu edukacyjnego za oceanem przeżyła renesans w okresie konserwatywnej rewolucji Ronalda Reagana. Nic dziwnego więc, że pomysł wprowadzenia bonu edukacyjnego pojawił się w Polsce jeszcze w czasie obrad Okrągłego Stołu. Powrócił za czasów rządów koalicji AWS-UW. Bon był jednym ze sztandarowych haseł reformy systemu edukacji za rządów ministra Handkego. Nie został jednak nigdy wprowadzony w życie. Po raz kolejny proces przetworzenia abstrakcyjnej idei w rozwiązanie możliwe do wprowadzenia w konkretnych polskich realiach okazał się dla samej idei zabójczy. – Bon oświatowy to brzmi nieźle – mówi prof. Krzysztof Kruszewski z Wydziału Pedagogicznego Uniwersytetu Warszawskiego.
– Jednak kiedy przechodzi się do całościowego projektu, rodzą się wątpliwości nawet w głowach pomysłodawców. Ten sam proces czeka teraz minister Hall, która również nie ujawnia konkretów dotyczących planowanego wprowadzenia bonu edukacyjnego.

Ludowcy zablokują?

Na razie pomysł ten spotkał się ze sporą krytyką ze strony różnych środowisk. Jednym z nich są nauczyciele skupieni w Związku Nauczycielstwa Polskiego. Przewodniczący ZNP, Sławomir Broniarz, komentując pomysł wprowadzenia bonu, odwołuje się do własnego doświadczenia zawodowego.
– Sam przez lata byłem dyrektorem zespołu szkół, który liczył pięć placówek: cztery w Skierniewicach i jedną w pobliskiej wsi – w Bolimowie. Koszty utrzymania tych szkół były bardzo różne. Ta bolimowska była 60% droższa od pozostałych. Czy przez to gorsza? Biorąc pod uwagę filozofię bonu – tak.
Zgodnie z założeniami idei bonu oświatowego, każdemu uczniowi przysługiwałaby taka sama kwota pieniędzy. Problem polega na tym, że koszty funkcjonowania szkół są różne, zazwyczaj nie z winy dyrektorów czy nauczycieli. Weźmy pierwszy z wielu czynników różniących szkoły. Dwie szkoły mieszczą się w różnych budynkach, tym samym wymagają przeznaczenia różnych kwot na ich ogrzewanie. Zgodnie z ideą bonu dostaną na ten cel (i wszystkie inne) taką samą kwotę pieniędzy.
Jeszcze większy problem jest ze szkołami wiejskimi, które – jako szkoły mniejsze – cechują się większymi kosztami utrzymania w przeliczeniu na jednego ucznia. Prawidłowość tę dostrzegają politycy Polskiego Stronnictwa Ludowego, dość sceptycznie wypowiadający się o pomysłach minister Hall. Złudzeń nie pozostawił poseł Eugeniusz Grzeszczak, stwierdzając, że bon „oznacza likwidację wiejskich szkół”. Sejmowa arytmetyka każe sądzić, że jeśli pomysł bonu upadnie, to właśnie ze względu na problem szkół wiejskich.
Zanim jednak ostatecznie pogrzebiemy ideę bonu edukacyjnego, przyjrzyjmy się jej bliżej. Popularnym postulatem związanym z wprowadzaniem bonu jest zniesienie rejonizacji. Proces ten niesie jednak zazwyczaj sporo negatywnych konsekwencji. Kto bowiem w pierwszej kolejności korzysta z możliwości wyboru szkoły? Rodzice posiadający największy kapitał społeczny i kulturowy. W efekcie dojdzie do podziału szkół na placówki oświatowe elitarne i te przeznaczone dla XXI-wiecznego plebsu. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że państwo zrezygnuje z ważnego narzędzia służącego wyrównywaniu szans. Dzieci pochodzące z ubogich rodzin zostaną bowiem skazane na towarzystwo równych sobie. A przecież już od czasu tzw. raportu Jamesa Colemana wiadomo, że wyniki edukacyjne uczniów są w pierwszej kolejności determinowane przez ich pochodzenie społeczno-ekonomiczne. Zniesienie rejonizacji spowoduje powstanie jeszcze jednego problemu. Wyobraźmy sobie, że do jednej ze szkół rodzice chcą posłać więcej dzieci, niż jest ona w stanie przyjąć. Jakie kryteria będą decydować o tym, którzy uczniowie uzyskają możliwość pobierania nauki w tej popularnej szkole?

Koniec solidarności

Nic dziwnego, że idea bonu nie podoba się sejmowej lewicy. – Bon jest rozwiązaniem tragicznym dla młodego pokolenia Polaków ze względu na to, że już w momencie startu fundamentalnie różnicuje szanse dzieci pochodzących z rodzin zamożnych i z rodzin mniej zamożnych; szanse dzieci pochodzących ze środowisk wielkomiejskich i dzieci wiejskich – komentuje Andrzej Celiński (LiD), wiceprzewodniczący sejmowej Komisji Edukacji. Celiński nie pozostawia zwolennikom bonu złudzeń: LiD tej idei nie poprze. – Oto okazuje się, że nowa klasa społeczna, klasa władzy, chce już dla siebie zachować wszystkie frukta wynikające z uzyskanej pozycji, zamknąć bramę awansu społecznego dla tych, którzy dzisiaj w tej klasie jeszcze się nie pomieścili – dodaje Celiński.
Zresztą centrolewica już raz przyczyniła się do upadku pomysłów wprowadzenia bonu. Było to za czasów ministra Handkego. Ważnym argumentem była wówczas pewna tuszowana motywacja polityków prawicy. Bon oświatowy umożliwiłby bowiem większe dofinansowanie szkół katolickich. Wszak wybór, co zrobić z bonem, miałby być dokonywany nie tylko spośród szkół publicznych, ale również społecznych, w tym katolickich. Argument dotyczący finansowego wsparcia szkół katolickich podnosił w 1998 r. ówczesny ZChN-owiec Kazimierz Marcinkiewicz. Jego opinia pokrywała się ze stanowiskiem Kościoła rzymskokatolickiego, który praktycznie zawsze stał po stronie bonu oświatowego.
Wprowadzenie bonu było stałym elementem debat od wczesnych lat 80., kiedy to idea ta powróciła do głównego nurtu polityki oświatowej na Zachodzie. W efekcie tych sporów bony zostały wprowadzone w dwóch dużych miastach USA: Cleveland i Milwaukee. Jak pisze dr Anna Kiersztyn z Instytutu Socjologii UW, autorka pracy na temat prób wprowadzania bonu edukacyjnego, trudno jednoznacznie ocenić skutki tego posunięcia. Różni badacze, korzystający z różnych metodologii, dochodzą do różnych wniosków. Dwa fakty wydają się jednak bezsporne. Po pierwsze, nie ma ani jednego przykładu spektakularnego sukcesu systemu bonowego. Po drugie, w żadnym przypadku wprowadzenie bonów nie wiązało się z wymiernym sukcesem edukacyjnym, mierzonym wzrostem wyników osiąganych przez uczniów na testach zewnętrznych. Spory dotyczyły tylko finansowej i społecznej efektywności tego rozwiązania.
Bon edukacyjny jest w najgorszym wypadku sprawą przyszłości. Wydawałoby się, że sprawą przeszłości są szkolne mundurki. Łudził się jednak ten, kto liczył na to, że Platforma spełni swoje wyborcze obietnice. Wszak odpowiadająca w PO za edukację Krystyna Szumilas jasno deklarowała, że likwidacja mundurków będzie jednym z pierwszych posunięć nowego rządu. Tyle że było to przed wyborami. Po wyborach okazało się, że Krystyna Szumilas zostanie tylko wiceministrem edukacji, jej szefowa zaś – czyli Katarzyna Hall – wcale nie zamierza się wywiązywać z obietnic składanych w czasie kampanii wyborczej. – Mundurki na razie zostają – deklaruje nowa minister. Co będzie w nowym roku szkolnym? Tego nie wiemy.

Czas konkretnej pracy

Zdaniem dr Agaty Grabowskiej, socjolożki edukacji z PAN, mundurki to jeden z medialnych, acz marginalnych problemów polskiej szkoły. – Najważniejsza jest reforma podstaw programowych, które nadal nie przystają do szkolnej rzeczywistości – mówi Grabowska. W podobnym tonie wypowiada się Irena Dzierzgowska, wiceminister edukacji za czasów rządu AWS-UW. – Licea nadal realizują w trzy lata czteroletni program sprzed reformy. Nikt nie potrafił dokończyć reformy – mówi Dzierzgowska. Jej marzeniem jest, aby licea przypominały college, z różnymi formami zajęć, wykładami, samodzielnym uczeniem się. – To absurd, by 18-latek siedział w takiej samej ławce przez 45 minut jak sześciolatek – podkreśla.
Była wiceminister porusza również temat matur, stwierdzając ostrożnie, że każdy system po kilku latach trzeba poddać gruntownej ocenie. Stanowisko to popiera prof. Kruszewski: – Potrzebny jest rozsądny kompromis między intuicjami ministra Legutki i wiernopoddańczym traktowaniem sprawdzianu zewnętrznego – komentuje Kruszewski. Jego zdaniem główny problem z nowymi maturami tkwi w sprzeczności między istotą egzaminu będącego podsumowaniem wiedzy zdobytej podczas dotychczasowej edukacji a istotą egzaminu stanowiącego przepustkę na wyższe uczelnie. – Matura jest zasadniczo egzaminem podsumowującym wykształcenie w ogóle i w głównych kierunkach (diagnostycznym), tymczasem decyzje o przyjęciu kogoś na studia opierają się na myśleniu prognostycznym i dostosowanym do często specjalistycznych kierunków studiów. Wybrnięcie z tej sprzeczności to byłoby coś! – podkreśla Kruszewski.

Sześciolatki do szkół!

Lecz ministerstwo czeka znacznie trudniejsza operacja niż ewaluacja matur. Minister Hall zapowiedziała, że nowy rząd przeprowadzi – długo oczekiwany – proces obniżenia wieku szkolnego. Zgodnie z jej zapowiedziami edukację w pierwszej klasie rozpoczynałyby już sześciolatki. Pięciolatki szłyby do obowiązkowej zerówki. Co do tego, że obniżenie wieku szkolnego jest konieczne, nikt nie ma wątpliwości. Wyjątek stanowił były wiceminister edukacji, Mirosław Orzechowski, obawiający się „odrywania dzieci od rodziny”. Jako podstawowy argument pada konieczność wyrównywania szans rozwojowych dzieci wiejskich i miejskich. Im wcześniej te pierwsze zostaną objęte nauką w państwowej szkole, tym mniej stracą do swoich rówieśników z miast. Cała operacja przedstawia się jednak niezwykle skomplikowanie. Po prostu pewnego roku do pierwszej klasy powinny pójść i siedmio-, i sześciolatki. Słowem, mielibyśmy jeden „podwójny” rocznik. Rozwiązanie tego problemu stara się podsunąć Dzierzgowska. Daje przykład Holandii, gdzie proces trwał cztery lata i co roku do szkoły wysyłano po jednej czwartej kolejnych roczników.
Jest jeszcze problem pomijany przez wielu ekspertów, czyli struktura szkoły. – Obecnie struktura jest zbyt płaska. Trzeba stworzyć ogniwa pośrednie między dyrektorem i nauczycielem. Mam na myśli takie funkcje jak przykładowo szef zespołu nauczycieli humanistyki, szef zespołu współpracy z rodzicami, szef odpowiedzialny za nabór. W parze z tym posunięciem powinno iść wzmocnienie pozycji dyrektorów szkół – kreśli swoją koncepcję Krzysztof Kruszewski.

Między rynkiem a rozwojem

Na inne kwestie zwraca uwagę dr Piotr Laskowski, dyrektor Wielokulturowego Liceum Humanistycznego im. Jacka Kuronia w Warszawie. – Trzeba ponownie upomnieć się o edukację seksualną opartą na naukowych podstawach – przypomina Laskowski. – Należy w tej sprawie dokonać istotnych przewartościowań. Nauczyciel nie może uczniom przekazywać wiedzy anachronicznej, bo odbija się to automatycznie na jego niskim prestiżu wśród uczniów.
Laskowski zwraca uwagę na zmianę języka, jaka dokonała się za sprawą odejścia Giertycha. – Skończyły się czasy, w których represję uważano za lekarstwo na wszystkie problemy nowej ekipy – cieszy się Laskowski. W języku nowej minister niepokoi go coś innego. Uporczywe propagowanie poddania usług edukacyjnych logice rynku. – Istnieje stałe napięcie między edukacją rozumianą jako proces produkowania pracowników na potrzeby rynku a edukacją rozumianą jako proces wszechstronnego rozwoju człowieka. Niedobrze by się stało, gdyby zwyciężyła ta pierwsza tendencja. Szkoła powinna przede wszystkim wyposażać młodego człowieka w narzędzia krytycznej oceny rzeczywistości, narzędzia, jakie daje zarówno kultura, jak i nauka – mówi Laskowski.

Gdzie te podwyżki?

Dyrektor Liceum im. Jacka Kuronia podniósł istotny problem prestiżu zawodu nauczycielskiego. Podstawowym narzędziem służącym podniesieniu prestiżu nauczycieli są podwyżki płac. Problem ten zrozumiała w czasie kampanii wyborczej Platforma Obywatelska, obiecując nauczycielom znaczące podwyżki płac. Wiele wskazuje jednak na to, że na obietnicach – przynajmniej w tym roku – się skończyło. Rząd proponuje podwyżki na poziomie 3,3%. To niewiele więcej od tego, co dawało PiS. ZNP domaga się 50-procentowej podwyżki wynagrodzenia dla nauczyciela stażysty, co spowodowałoby istotne podwyżki dla wszystkich nauczycieli. Zdaniem przewodniczącego Broniarza, tylko wówczas moglibyśmy mówić o realnym wzroście płac nauczycieli, obiecanym przez PO w kampanii. Powyborcze propozycje PO oznaczają, że podwyżki nie zbliżą się nawet do granicy… 100 zł.
Jak widać, przed nową minister edukacji stoją zadania ogromne, tym większe, im większe były zaniedbania poprzedniej ekipy. Czy Katarzyna Hall zostawi polską szkołę w lepszym stanie, niż ją zastała? Trudno powiedzieć. – Jedna rzecz wydaje się pewna. W odróżnieniu od ministrów takich jak Handke, Giertych czy Legutko będzie wiedziała, czego nie wie – podsumowuje prof. Kruszewski.

 

Wydanie: 49/2007

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy