Od Milczanowskiego do SLD

Od Milczanowskiego do SLD

Karola Modzelewskiego sprzeciw wobec kanonu liberalnej poprawności wczoraj i dziś

Ta mała objętościowo książeczka zawiera bardzo wiele wątków, poczynając od upadku rządu Hanny Suchockiej, poprzez aferę Milczanowskiego przeciw Oleksemu, eseldowską ustawę o eksmisji, Wałęsowe ciągoty autorytarne, aż do wywiadu udzielonego „Przeglądowi” w grudniu 2002 r. Skazuje to recenzenta na konieczność dowolnego wyboru paru wątków, w przekonaniu, że one najsilniej wyrażają poglądy i postawę autora wobec polskiej transformacji.
Na książkę złożyły się głównie krótkie komentarze polityczne, publikowane w kilku gazetach. Jest ich ponad 20 z „Magazynu Tygodniowego” wrocławskiej „Gazety Robotniczej”, kilka z „Gazety Wyborczej” i parę z „Polityki”. Jest też po raz pierwszy publikowana laudacja dla Jerzego Giedroycia z okazji nadania mu honorowego doktoratu. W komentarzach tych, niekiedy sprowokowanych przez drobne zdarzenia, uderza dystans historyka, umiejętność wyciągania uogólniających wniosków.

Dwie formacje, jedna choroba

Powstała książka stricte polityczna także w tym (dla mnie nieoczekiwanym) sensie, że sam fakt zebrania tych tekstów i wydania jest świadomą deklaracją polityczną nie tylko autorów wyboru, ale i instytucji. Ukazała się w Bibliotece krakowskiego Stowarzyszenia „Kuźnica”, z oświadczeniem jej Instytutu Badań Społecznych, że autora tej publikacji uznaje, razem z Andrzejem Walickim, „za intelektualnych przewodników „Kuźnicy””.
Ale jeśli tak, to „Kuźnica” powinna czym prędzej nabrać dystansu do SLD, ponieważ tę formację polityczną trawi obecnie ta sama choroba, która tak skutecznie zniszczyła ruch „Solidarności” – czyli „brak lojalności wobec swej bazy społecznej”. A to właśnie tak ostro i w wielu tekstach krytykuje Modzelewski. Widzę jednak pewne kłopoty, gdyż przewodniczącym „Kuźnicy” jest urzędujący wicepremier rządu SLD, Jerzy Hausner. Sprzeczność? Oczywiście, ale rzecz dzieje się w Krakowie, o którym Leon Kruczkowski pisał, że „jest miejscem ustawicznego i na każdym kroku przenikania się chudej rzeczywistości – z gęstą jak jesienna mgła mitologią. Granica pomiędzy jedną i drugą dawno się zatarła”. Dodajmy, że zatarciu tej granicy pomaga niedobry zwyczaj w Polsce, że tak wysokie stanowisko państwowe nie przeszkadza prezesowaniu stowarzyszeniu społecznemu (dokładnie tak było kiedyś z prezesem PTE, przeciw czemu kategorycznie występowałem).
Rzecz idzie jednak nie tyle o Kraków, ile o dwie wielkie formacje, które zadecydowały o losie Polski ostatniego piętnastolecia. Modzelewski: „Do dziś jestem pod wrażeniem łatwości, z jaką elity, wyłonione przez pracowniczy ruch, dokonały zwrotu o 180 stopni, porzucając wartości uznawane dotąd za naczelne kryterium polityki społeczno-ekonomicznej” (z pierwszego eseju zamieszczonego w książce). Ale czy nie to samo zdziwienie zadecydowało o ostatnim z tekstów książki? Przecież w wywiadzie mowa jest o politycznych skutkach odejścia SLD i jego rządu od lewicowego programu. O jakże podobnym „zaniku poczucia lojalności wobec własnej bazy społecznej”.
Już w rok po pierwszym zwycięstwie wyborczym SLD Modzelewski adresował do zwycięzców następujące słowa: „To, że połowa Polaków tęskni za PRL, jest faktem społecznym, którego nie zmienią perswazje (…). Nie da się doprowadzić modernizacji do końca, pozostawiając połowę społeczeństwa za burtą (…). Zwykły realizm każe więc szukać rozwiązań, które mogłyby uzyskać społeczne przyzwolenie bez zaprzepaszczenia reform. Pięć lat temu takich rozwiązań nie znaleziono, ale (…) nie chodzi o szukanie winnych, lecz o szukanie wyjścia”.
Powraca do tego wątku we wspomnianym wywiadzie sprzed roku. Zapytany, czy SLD podąża drogą UW, Modzelewski odpowiada: „Dawniej mówiło się, że jak wąż spojrzy na ptaszka, to ptaszek nie może się ruszyć, jest zahipnotyzowany. SLD jest wężem, a ptaszkiem była Unia Wolności. Tylko że ptaszek umarł sam z siebie, ale tak zahipnotyzował węża, że on nie może się ruszać. I czeka na śmierć”. To samo zaś, tylko bez ironii, brzmiało: „model transformacji, który przyjęliśmy, pęka. Zwłaszcza teraz, gdy budżet się sypie, bo skończyły się najlepsze rodowe srebra do wyprzedaży, a rządzący mają opory i lęki, żeby zrobić coś, co wykracza poza kanon liberalnej poprawności w polityce gospodarczej. Bo skoro niczego nie można tknąć, skoro nie można posłużyć się polityką pieniężną, trzeba ciąć po socjalnym elementarzu”. Obecny program rządu (nazywany planem Hausnera) nie ogranicza się wprawdzie do owych cięć, ale jest zasłużenie chwalony za pozostawanie w ramach kanonu neoliberalnej poprawności.
O czym mówi innymi słowami najnowszy wywiad Modzelewskiego opublikowany w numerze „Przeglądu” zamykającym rok 2003.

Dwa bratanki, różne osobowości

To rzadki przypadek, by aż tak mocno splotły się życiorysy tak różnych osobowości jak Jacek Kuroń i Karol Modzelewski. Stało się tak z prostej przyczyny, że obaj parokrotnie zasiadali na ławie oskarżonych, w tym samym czasie i za to samo (nawet jeśli były to preteksty) spędzili w więzieniu wiele lat, podpisywali wspólne manifesty, listy protestacyjne, a nawet… w tym samym czasie, miejscu i z rąk tej samej Osoby-Instytucji otrzymali najwyższe odznaczenie państwowe (w skrócie Orła Białego). Fakty te nie powinny zacierać różnic.
Modzelewski – chłodny, rzeczowy analityk, od pierwszej chwili surowy krytyk tzw. planu Balcerowicza.
Kuroń – zawsze rwący się do czynu, do działania, ciągle łączący analizy z postulatami. Nawet w zamierzeniu teoretyczna książka „Działanie” Kuronia ma za swój przedmiot działanie właśnie. Romantyk, zachowujący się na mównicy jak aktor, dwukrotny minister pracy, a jednocześnie telewizyjny anestezjolog, kojący bóle związane z tym planem. I dodajmy także, że pozostawał w Sejmie z ramienia Unii Wolności, a nawet w partii – najwidoczniej z poczucia lojalności wobec przyjaciół, i to nawet wówczas gdy (mówiąc słowami Modzelewskiego) partia ta „pracowała usilnie na własny zgon”. I chociaż od kilku już lat poglądy Kuronia stały się prostym zaprzeczeniem programu tej partii „nowego stanu średniego”.
Na nieobecność Modzelewskiego w KOR-ze miały pewnie ważny wpływ względy osobiste, rodzinne (mieszkał wówczas we Wrocławiu, gdzie założył nową rodzinę). Wątpliwe jednak, by wytrzymał w swej neutralności, gdyby miał temperament działacza. Prawda, Modzelewski był działaczem (pierwszej) „Solidarności”, ale rzecz znamienna – pełnił tam rolę rzecznika prasowego, czyli znów analityka i informatora. Zasiadał też w ławach pierwszej kadencji restytuowanego Senatu, sam rezygnujący z dalszej kariery parlamentarnej, negatywnie odpowiadający na inne sugestie wysokich stanowisk.
Był okres programowego rozstania tych przyjaciół, gdy Kuroń publicznie obwieścił, iż na okres budowy podstaw kapitalizmu zawiesza swe lewicowe poglądy. Odnotowując pierwsze objawy powrotu Kuronia na pozycje lewicowe (chodzi o jego artykuł pt. „Utopia sprawiedliwości społecznej po upadku komunizmu” z lutego 1993 r.), autor książki tak zareagował: „Spośród przyjaciół, z którymi się politycznie rozstałem, najbliższy był mi zawsze Jacek Kuroń. (…) Po raz pierwszy od dawna miałem jednak znów poczucie, że się rozumiemy, bo różni nas raczej ocena sytuacji niż wyznawane wartości. Kuroń nie jest zachwycony polityką, którą robi i firmuje. Zdaje sobie sprawę, że ta polityka uderza w dawną bazę społeczną Solidarności (…). Próbuje zatem wytłumaczyć, jakie motywy i racje skłaniają go do aktywnego wsparcia neoliberalnej strategii. [Uważa, że] na inną strategię nie pozwalają realia ekonomiczne i warunki przebudowy ustroju”. Nie zgadzając się z Kuroniem, Modzelewski wyraził w 1993 r. nadzieję, że jego ówczesna książka „Dokąd od komunizmu…” zostanie przez Kuronia przyjęta jako „ogniwo dialogu”. I można powiedzieć, że odniósł sukces, gdyż już wkrótce Kuroń uznał swój błąd zawieszenia poglądów.
Nieco późniejsza kampania prezydencka ponownie ich zbliżyła. Modzelewski podjął się wówczas przedsięwzięcia karkołomnego. Stał się główną osobą działającą na rzecz Kuronia jako kandydata na prezydenta. Gdy Unia Pracy odmówiła poparcia Kuronia, Modzelewski opóścił jej szeregi. Przy słabym zaangażowaniu UW w kampanię, a dużym jej obciążeniu nieszczęsnym planem Balcerowicza, porażka była chyba oczywista od początku. W tych warunkach niewielkie znaczenie miał fakt, czy chłodny analityk nadaje się na propagandystę, gdy działa (zza kulis) jako kierownik sztabu wyborczego. Był to jedyny znany mi przypadek, gdy Modzelewski nadmiernie zawierzył rankingom popularności, w których jego kandydat zajmował jedno z pierwszych lub nawet pierwsze miejsce. Dodajmy też, że przecenił także swoje możliwości jako propagandysty.

Autor jest profesorem INE PAN i Wyższej Szkoły Społeczno-Ekonomicznej, działaczem opozycji demokratycznej w czasach PRL, przez wiele lat związany z UP

Karol Modzelewski, Życiodajny impuls chuligaństwa, Universitas, Kraków 2003

 

Wydanie: 9/2004

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy