Ofiary i filary

Ofiary i filary

Kobieta cierpi do wewnątrz, mężczyzna na zewnątrz. Po niej rozpaczy nie widać, bo jest specjalistką w udawaniu

Janina Lesiak – pisarka, tworzy opowieści o polskich królowych. Jest autorką powieści: „Wspomnienie o Cecylii, smutnej królowej”, „Miłosna kareta Anny J.”, „Dobrawa pisze CV”, „Jadwiga z Andegawenów Jagiełłowa. Album rodzinny”, „Ja, Bona”.

Dlaczego Polska miała dużo więcej królowych niż królów?
– Cóż, królowe młodo umierały, często tragicznie, bywały oddalane, zamykane w klasztorach, pozbywano się ich na rozmaite sposoby, niektóre żyły w konkubinacie, a więc bez tytułu, po nich przychodziły następne ofiary i filary dynastii. Piszę o tym w moich książkach. Na przykład Kazimierz Wielki miał pięć żon i dwie konkubiny. Ale proszę też pamiętać, że jedna Andegawenka (Jadwiga) i jedna Jagiellonka (Anna) nosiły tytuł króla Polski i były koronowane w takim rycie. Niewiele jak na tysiąclecie, ale zawsze…

„Prawdziwa kobieta nie zdradza tajemnic, nie pokazuje ran i blizn”. Tak uważa Dobrawa, żona Mieszka, jedna z bohaterek pani książek. Czy to jest również pani definicja kobiecości?
– Myślę, że definicja kobiecości nie istnieje, a przynajmniej ja jej nie znam. Można próbować zdefiniować kształt obłoku, kolor morskiej fali, śpiew wilgi lub kosa, nawet zapach róży o zmierzchu, ale kobiecość? Nie da się. I bardzo dobrze, po co definiować niedefiniowalne? Napisałam, że kobieta nie pokazuje ran i blizn, uważając, że one nie tylko ją szpecą, ale i świadczą o jakiejś klęsce, a kobieta nie lubi się przyznawać do przegranej. Dba o to, żeby nikt nie poznał, jaka jest nieszczęśliwa, i broń Boże nie skaleczył się tym cierniem, który ona ma w sercu, w brzuchu, dlatego cierpiąc ponad wszelką miarę, zakłada pluszową sukienkę lub sweter z angory. Kobieta cierpi do wewnątrz, mężczyzna na zewnątrz. Po niej rozpaczy nie widać, bo jest specjalistką w udawaniu i boi się lub wstydzi prawdy o sobie. Kobietę traktujemy więc surowiej, uważając, że i tak sobie jakoś poradzi. Mężczyźnie współczujemy, bo potrafi manifestować porażki. Rozumiemy, że jest załamany i dlatego się nie goli albo wręcz nie myje, rzuca robotę, rozrabia lub chla wódę, twierdząc, że bez tego się rozpadnie. Kobieta też pije, tylko tak, żeby nikt nie widział; oczywiście do czasu.

Chyba przeczy pani teraz stereotypom, przecież utarło się, że „chłopaki nie płaczą”, że to mężczyzna ani nie umie pokazać, co czuje, ani się nie pożali, nie przyzna do cierpienia i błądząc, o drogę nie zapyta. Łzy, krzyki, histeria to kwintesencja babskości.
– Nie, kobiety są skryte, dumne i harde. Niby dużo gadają, ale nie o tym, co je naprawdę boli. Nawet zwierzając się przyjaciółce, używają takiej masy niepotrzebnych słów, jakby chciały zamazać całe sedno. One krzywdę wyrządzają głównie sobie. Rzadko kto im współczuje. Mnie jest bardzo żal mądrych, delikatnych, wrażliwych kobiet. Nie pasuje do nich złość, chamstwo, agresja, podłość, wulgarność, a muszą się w to ubierać, żeby przetrwać albo jakoś się umościć w męskim świecie. To bardzo niesprawiedliwe.

Co kazało pani zająć się polskimi królowymi, opisywać ich losy?
– Wymyśliłam sobie taką galerię psychologicznych portretów historycznych. Czemu królowe? Może temu, że w dzieciństwie moim ulubionym zajęciem było rysowanie dam w pięknych sukniach i koronach na głowie. Pochodzę z bardzo skromnej, proletariackiej rodziny, gdzie nikt nie miał heraldycznych ambicji, choć mama lubiła te moje malunki. Może nadal robię coś, co robiłam sześćdziesiąt parę lat temu, zmieniając jedynie środki wyrazu? Nadal rysuję, tyle że słowem… To oczywiście beletrystyka, ale oparta na faktach. Pomyślałam, że spróbuję się przyjrzeć kobietom, które kiedyś wiele znaczyły, a dziś prawie nikt o nich nie pamięta. Wydało mi się to ciekawe i inspirujące, także dla mnie. Jestem bardzo dojrzała, ale wciąż się uczę, również siebie. Pojęcia nie miałam, że tyle mi się jeszcze chce i że to takie zdumiewająco radosne przeżycie zobaczyć swoją książkę wydaną tak pięknie i starannie, jak to robi MG. Niedawno w pociągu widziałam panią czytającą „Jadwigę z Andegawenów Jagiełłową”. Chciałam powiedzieć: to ja napisałam, i zapytać, czy się podoba, ale nie miałam odwagi. Jestem nieśmiała jak smutna Cecylia i skryta jak Anna Jagiellonka. Wiem, jak smakują klęski Bony Sforzy, bezsenność Dobrawy Przemyślidki czy rozpacz Anny J. One to trochę ja. Może dlatego je wybieram?

Wpisuje się pani w nurt prezentacji historii z kobiecego punktu widzenia. Świadomie podjęła się pani takiego zadania? Żeby pokazać mądre kobiety, wykształcone, znające języki, często o zmyśle gospodarowania, jako upokarzane, lekceważone, zapomniane w końcu…
– Nie wiem, czy jest kobiecy albo męski punkt widzenia. Jeśli takie są, to z naturalnych przyczyn bliżej mi do tego pierwszego. Mnie po prostu bardzo ciekawi, jak to się dzieje, że kobieta wybitna, piękna, utalentowana, czarująca i na świeczniku zostaje, niestety często również przez inne kobiety, przehandlowana byle jakiemu mężczyźnie. Mówiąc przehandlowana, mam na myśli to, że staje się towarem, rzeczą, zabawką albo walutą. I czemu na tę podległość się godzi? A jeśli się nie godzi, czemu opór jest nieskuteczny, wyładowujący się w krzyku, nie w działaniu? Ciekawi mnie również, dlaczego kobiety nie lubią kobiet, nie stają murem za tą, która się wyłamuje ze schematu i idzie własną drogą. Dlaczego kobieta po przejściach czuje satysfakcję, patrząc na inną, która podobnych przejść właśnie doświadcza. Zupełnie jakby się cieszyła, że nie ona jedna jest nieszczęśliwa; mówi: skoro mnie było ciężko, to ty też zobacz, jak to jest! Skąd się bierze zazdrość o to, że innej, nawet najbliższej, jest lepiej czy wygodniej? Tych pytań mam wiele, na razie szukam odpowiedzi, przyglądając się moim bohaterkom. Wszystkie były wyjątkowe i każdą zdominował kiepski facet, może z wyjątkiem Mieszka I, bo to był jednak ktoś!

Przypominając królowe, odbrązawia pani królów. Mieszko I urządził rzeź pod Cedynią i przez to musiał oddać cesarzowi w zastaw syna Bolka. Władysław IV na polowaniu wyrzucił z lektyki Cecylię Renatę – brnęła potem po błocie, budząc nawet żal u służby. Zygmunt August – uchodzący za światłego, tolerancyjnego władcę – wyłania się z dwóch pani powieści jako wyuzdany, egoistyczny brutal, obojętny na los matki, sióstr i zwierząt, na które, spędzone i szczute, poluje z zamkowego okna. Domaga się pani sprawiedliwości w patrzeniu na historię?
– W ogóle domagam się sprawiedliwości, choć rozumiem, że to nie zawsze się opłaca, szczególnie władcy. Sprawiedliwość według mnie, najprościej rzecz ujmując, polega na tym, aby mierzyć tą samą miarą siebie i innych. To bardzo trudne w życiu, a w historii chyba nawet niemożliwe, bo historia to nauka o faktach, a nie o moralności.

Ale fakty różnie się interpretuje, stąd tyle wizji przeszłości. W pani książkach historia jest bardzo ludzka, tzn. trzymająca się blisko człowieka, i bardzo namacalna. Mamy portrety psychologiczne królowych oraz życiowy konkret – bez upiększeń.
– Bo zazwyczaj zapominamy, że najważniejsze sprawy ludzkie nie pachną: narodziny, śmierć, wojna, ciężka praca, wysiłek, choroba, nawet miłość są pełne potu, wydzielin, brudu, krwi i choć nie chcemy o tym myśleć, choć je upiększamy jak tylko się da i kropimy pachnidłami, prawda o nich jest inna niż ta z kolorowych ilustracji poprawionych Photoshopem. Wiem, że wiele moich czytelniczek ma mi za złe, że piszę o smrodzie w komnacie umierającej smutnej Cecylii, ale zakażenie połogowe to nie perfuma, nie jest miłe dla oczu, uszu i nosa. Poza tym kobieta płacząca wygląda ładnie tylko na ekranie; ma wówczas taką nieruchomą twarz, łzy płyną jej po policzkach równymi kroplami, rzęsy nie są pozlepiane, makijaż – nienaruszony. W rzeczywistości – każda z nas to wie – mamy spuchnięte, czerwone nosy, z których w dodatku cieknie jak z nieszczelnego kranu, plamy na policzkach i oczy w kształcie kreski w przecierze pomidorowym. To nie jest ani piękny, ani wzruszający widok, ale jest to widok prawdziwy i szczery. I nie ja to wymyśliłam, bo naturalizm jest tak stary jak literatura, choć jako kierunek pojawił się stosunkowo późno. Nie chodzi mi o epatowanie okropnościami. Pewna recenzentka blogerka zapytała mnie kiedyś, skąd wiem, jak pachniały pieluchy Bolesława Chrobrego. Odpowiedziałam, że wprawdzie nigdy o tym nie pisałam, ale gdyby – nie wymagałoby to specjalnej przenikliwości czy talentu, bo wszystkie pieluchy pachną tak samo, więc zajmowanie się akurat zapachem pieluch nie byłoby (według mnie) ani słuszne, ani uzasadnione, chyba że od zapachu pieluch zależałyby sprawy dużo ważniejsze.

Beletrysta ma inne spojrzenie niż historyk?
– To, co towarzyszy faktom, a więc kolory, uczucia, emocje, nastroje, wahania itd., historyków nie interesuje, nie ma dla nich najmniejszego znaczenia – i bardzo słusznie, więc kiedy ktoś mówi, że piszę książki historyczne, protestuję. To beletrystyka, portret psychologiczny, który wymyśliłam nie jako gatunek literacki, bo taki istniał od dawna, ale jako sposób na jego odnowienie. Jestem dumna, że zrobiłam i robię coś, co mnie jakoś identyfikuje jako autorkę. Na rynku jest wiele książek opowiadających o kobietach w historii, ale te „Lesiaki” są moje. I tym się chwalę.

A wspomniany przez panią Zygmunt August… patrzę na niego nie jak na króla, tylko jak na syna Bony, męża trzech nieszczęśliwych kobiet i kochanka Barbary. To mnie bardziej interesuje i lepiej go (według mnie) identyfikuje jako człowieka. O władcy niech mówią historycy, ja wybrałam inny mikroskop. Wiem, że wiele czytelniczek odnajduje siebie w tym moim „szkiełku i oku”. To mnie bardzo cieszy.

Czytelniczek? Zakłada pani, że mężczyźni rzadziej sięgają po te książki? Bo są o kobietach?
– Mężczyźni też czytają moje opowieści o polskich królowych. Wiem to na pewno. Niektórzy istotnie twierdzą, że ostrożnie sięgali po Annę J. czy Jadwigę Jagiełłową, ale kiedy już to się stało, przeczytali książki jednym tchem. Wydaje mi się, że dla mężczyzn taka „spowiedź” kobieca może być trudna psychologicznie. Na przykład kiedy Dobrawa żegna syna Bolka, jej uczucia są na wskroś matczyne, tak sobie to wyobraziłam. Mieszko jest osobno, on czuje inaczej, ale to według mnie absolutnie naturalne, bo jest ojcem, wodzem, księciem i mężczyzną. Mały Bolko także ma świadomość, że choć serce rwie się do matki, musi się zachować godnie, jak przystało na następcę wielkiego ojca. Ma dopiero sześć lat, ale już to wie… jest chłopcem, choć wychowywanym przez kobiety, to jednak do nich nieprzystającym, innym. Próbowałam to pokazać. Scena pożegnania Bolka z Dobrawą była dla mnie jedną z najtrudniejszych, z jakimi się mierzyłam. Nie wiem, czy się udało.

Jagiełło także opowiada o Jadwidze ze swojego, męskiego punktu widzenia… Zdaję sobie sprawę, że on i ona to dwa obce światy i że porozumienie między nimi nie jest możliwe nie tylko ze względów intelektualnych czy kulturowych, ale głównie dlatego, że ona jest kobietą, a on mężczyzną. Dla mnie płeć stanowi barierę, nie tylko biologiczną. Niektórym udaje się ją pokonać, ale nigdy do końca. Wszelkie próby zatarcia różnic wynikających z płci są pokraczne i źle się kończą. Wiem, że to, co mówię, jest niemodne w świecie gender, ale sama jestem niemodna i za późno, żeby się starać dopasować do obowiązujących trendów. Poza tym opłaca się jedynie prawda, szczególnie w moim wieku.

Czy pani fabuły to feministyczna wizja historii?
– Czy to feministyczna wizja historii? Jeśli feminizm będziemy pojmować jako protest przeciwko dyskryminacji kobiety, dlatego że jest kobietą, to tak, ale myślę, że nie tylko o to chodzi. Moje królowe, nawet Bona Sforza, jakoś się godzą na ten układ sił, który spycha kobiety na margines życia. Bona, taka przecież kategoryczna i władcza, nigdy publicznie nie podważa zdania męża – króla. Jest lojalna. Nie dyskredytuje jego wyroków i decyzji przy innych. Robi to prywatnie, zgoda, nawet burzliwie i nie przebierając w słowach, ale na widoku – nigdy! Zna swoje miejsce. Rozumie, że musi ustąpić, choćby była pewna własnej racji.

Feminizm jest walczący, głośny, pewny siebie, często agresywny, a ja staję po stronie cichych kobiet, które nie mają albo siły, albo woli, albo okazji, żeby się postawić i rozpocząć wojnę. Nie popieram, ale rozumiem. Też nienawidzę krzyku i przepychania się w tłumie. Chowam się do kąta, nawet wiedząc, że to niemądre. Tamte waleczne i głośne dadzą sobie radę beze mnie. Nie potrzebują adwokatki. Zresztą nie rozumiejąc ich natury, jak mogłabym pomóc?

Skąd pani wie, że kiedy Cecylii Renacie było zimno, nosiła pończochy z jedwabiu i koziej sierści? A opis koronacyjnej sukni ślubnej Anny Jagiellonki oddaje prawdę?
– Skoro marzec tamtego roku był zimny i wietrzny, Cecylia musiała marznąć. Tak sobie wyobraziłam. Potem szukałam, czytałam, sprawdzałam, jak mogła się zabezpieczać przed chłodem. Była w zaawansowanej ciąży, na pewno puchły jej nogi, więc prawdopodobnie wybierała obuwie i pończochy, które najmniej ją uwierały. Szukałam w źródłach, co wtedy noszono. Reszta to moja wyobraźnia.

A Anna Jagiellonka… Bardzo długo wpatrywałam się w jej portret w stroju koronacyjnym. Szukałam informacji o jej sukniach, klejnotach, upodobaniach modowych. To była zgrabna i niebrzydka kobieta, ale o trudnej urodzie. Matka nauczyła ją elegancji i klasy. Na pewno długo się zastanawiała, w co i jak się ubrać. Jej późny „wdowi” portret świadczy o tym, że nawet już tęgawa, z opadającym podbródkiem i chyba bez zębów dbała o to, żeby nie mogąc wyglądać pięknie, być chociaż bardzo elegancka. Każdy szczegół na tym portrecie (zapłaciła za niego krocie!) jest przemyślany i dopracowany. Każdy coś symbolizuje i pokazuje jakąś prawdę o Annie. To trzeba docenić! Czytałam, myślałam, nawet próbowałam sama ją rysować, jak stylistka, dobierając materiały i biżuterię, tak aby się zgadzały z opisami kronikarzy. Bardzo lubię „ubierać” moje królowe, ale zawsze zgodnie z modą epoki, w której żyły. Prawie niczego nie wymyślam, tylko dopasowuję, co znam z obrazów, kronik, książek i innych przekazów. To niełatwe, ale sprawia mi wielką radość. Sukniom smutnej Cecylii poświęciłam w książce sporo miejsca. Wszystkie zostały odwzorowane z portretów lub kronik. Ona faktycznie miała takie toalety, ale to, że niektóre lubiła, a innych nie i że jej się śniły – to już mój pomysł. Również ubiory Dobrawy starałam się opisać starannie i możliwie wiernie, to znaczy zgodnie z epoką, chociaż to było prawdziwe wyzwanie!

Znalazła pani opisy kobiecego odzienia w X w.?
– Tak. Szukałam wszystkich dostępnych mi informacji, nawet o sposobie farbowania tkanin. To bardzo ciekawe.

Będą jakieś kolejne królewskie bohaterki?
– Jeśli los i zdrowie pozwolą, to tak. Teraz „rozmawiam” z następną z ośmiu Habsburżanek koronowanych na polskie królowe. Szykuje się trudna praca, ale mam nadzieję, że dam radę. Jeśli się uda, przedstawię czytelnikom kolejną polską królową i poproszę, żeby ją polubili. Moim celem jest przypomnieć, że istniała, pokazać, jaka była, nie skrzywdzić jej; zobaczyć, co ukrywała i dlaczego to robiła, sprawić, żeby zaczęła znowu żyć. Wszystkie, których do tej pory słuchałam, podziwiam i szanuję. Wymyśliłam także, że każda na koniec jakoś odlatuje, bo każda ma skrzydła, ptasie albo inne, ale musi odfrunąć, nie zwyczajnie odejść. To także cecha moich królewskich portretów. Znak rozpoznawczy, że czytamy „Lesiaka”. Patent zastrzeżony – to oczywiście żart!

Ceni pani któreś ze współczesnych kobiet uwikłanych w politykę?
– Cenię wiele polityczek, ale współczesna polityka to dla mnie temat z innego krańca kosmosu. Na taką podróż międzyplanetarną mnie nie stać. Nie ten wiek, nie to zdrowie, nie ta dolina.

Wydanie: 31/2018

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy