Oglądam, więc płacę?

Oglądam, więc płacę?

Największy grzech Donalda Tuska, czyli dlaczego tak mało ludzi płaci abonament radiowo-telewizyjny

Być może w 2008 r. premier nie miał jeszcze świadomości, jak niszczącą siłą dysponują media, zwłaszcza telewizja, gdy coś się pali, a dodatkowo dolewa się oliwy do ognia.
Jego słowa brzmiały dokładnie tak: „Abonament radiowo-telewizyjny jest archaicznym sposobem finansowania mediów publicznych, haraczem ściąganym z ludzi; dlatego rząd będzie zabiegał o poparcie prezydenta i opozycji dla jego zniesienia”.
Od tej pory minęło pięć lat, abonamentu formalnie nie zniesiono, premier próbował nawet odwoływać te niefortunne słowa, ale społeczeństwo zareagowało jednoznacznie – zwątpiło w celowość opłacania mediów publicznych, prezentujących – przyznajmy uczciwie – raczej marną ofertę.
Raz zasiane wątpliwości co do sensu płacenia „haraczu” zakiełkowały obficie. Wpływy z abonamentu zaczęły sukcesywnie spadać. W 2007 r. było to jeszcze 887 mln zł, w 2010 r. – 537 mln zł, w 2011 r. – ok. 470 mln. Oszacowane zaległości Polaków to ponad 2 mld zł. Zgodnie z ordynacją podatkową zaległości abonamentowe przedawniają się po pięciu latach, więc właśnie anulowano część długu tych, którzy przestali płacić od razu po „historycznej” wypowiedzi Donalda Tuska.

Panie premierze, jak przeżyć?

On sam woli już milczeć w tej sprawie. Niestety, i tak jest za późno. Wyrok na abonament podpisał pięć lat temu. Podczas niedawnej debaty o finansowaniu mediów publicznych, zorganizowanej na Uniwersytecie Warszawskim, wielkim nieobecnym był właśnie premier, więc to pod jego adresem padały gorzkie słowa. – Jak dziś z tą mizerią mediów przeżyć, panie premierze? – pytał retorycznie członek Rady Nadzorczej Telewizji Polskiej, Leszek Rowicki, parafrazując znanego z mediów plantatora, któremu powódź zniszczyła paprykową uprawę. Media publiczne gniją dziś równie szybko jak zalana papryka. Telewizja Polska próbowała zdecydowanie przestawić się z korzystania z abonamentu na wpływy z reklam i przyniosło to fatalny skutek. Program jest niemisyjny, za to deficyt wielomilionowy. Publiczne Polskie Radio, na którego potrzeby płyną dziś w większości pieniądze wpłacane przez obywateli i firmy korzystające z odbiorników RTV, też stanęło na skraju przepaści. Uczestnicy debaty wydawali się zgodni, że bez decyzji premiera i jego woli media publiczne w Polsce nie odzyskają stabilności finansowania, ale chyba nikt nie jest tak naiwny, aby wierzyć w jakieś szybkie, racjonalne i skuteczne decyzje, poparte do tego zgodną pracą legislacyjną naszego parlamentu. Zresztą pomysłów na uzdrowienie finansów mediów publicznych zgłoszono już tyle, że można by nimi obdzielić polityków koalicji i opozycji różnych odcieni. Wśród propozycji było i zwiększenie aktywności Poczty Polskiej w ściąganiu pieniędzy od milionów dłużników, i potrącanie abonamentu z podatków płaconych przez obywateli, i pobieranie tych kilkunastu złotych miesięcznie przy okazji regulowania rachunków za energię elektryczną, i wprowadzenie opłaty abonamentowej do ceny zakupu odbiorników RTV, a nawet smartfonów oraz iPadów, przez które również można odbierać program radia i telewizji.

Media jak „Titanic”

Nic dziwnego, że uczestnicy debaty na UW rozchodzili się z nosami zwieszonymi na kwintę. Prof. Janusz Adamowski, główny organizator tego spotkania, dziekan Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych, a także członek Rady Nadzorczej Polskiego Radia, nie krył najgorszych przeczuć. – Sytuacja jest dramatyczna – powiedział „Przeglądowi”. – Media publiczne są zagrożone upadłością. Musi się znaleźć w szybkim terminie jakaś efektywna metoda ratunkowa.
A jeśli się nie znajdzie? – Jest przygotowany plan na taką ewentualność. Radio może jeszcze jakiś czas trwać, drastycznie ograniczając np. honoraria autorskie i podejmując inne trudne decyzje personalne i programowe, może wreszcie zacząć wyprzedawać swój majątek. W tej chwili w ramach cięcia kosztów rezygnuje się z „telewizyjnej wersji” w radiowej Czwórce. Program będzie istniał tylko w eterze i w internecie.
Jakby tych hiobowych wieści było mało, czarne chmury zawisły nad Krajową Radą Radiofonii i Telewizji. „Rzeczpospolita” w tekście „Ojciec Rydzyk uratuje Dworaka” sugeruje czytelnikom, że los prezesa KRRiTV był już przesądzony z powodu katastrofy finansowej w telewizji i w radiu, ale paradoksalnie Dworaka nie można odwołać, bo wtedy zwolennicy szybkiej cyfryzacji Telewizji Trwam uzyskaliby namacalny dowód, że mają rację.
Prezes Jan Dworak jest głęboko dotknięty notatką z pierwszej strony „Rzepy”. – Autorka tego tekstu – skarży się w rozmowie z „Przeglądem” – nie ma pojęcia, że za pobór abonamentu odpowiada zgodnie z ustawą Poczta Polska, a nie Krajowa Rada. Od poczty zależy skuteczność tej zbiórki. My tylko rozdzielamy pieniądze zebrane od obywateli pomiędzy nadawców publicznych. Oczywiście od samego początku byliśmy zainteresowani podniesieniem sprawności ściągania wpłat abonamentowych, wielokrotnie spotykaliśmy się z przedstawicielami Poczty Polskiej, zainicjowaliśmy też program pilotażowy obejmujący 150 losowo wybranych abonentów – 100 osób prywatnych i 50 firm – zalegających z płatnościami. Wysłano do nich upomnienia z ostrzeżeniem o zamiarze przekazania danych do Krajowego Rejestru Długów. Teraz inicjujemy program 10 razy większy – upomnienia otrzyma 1,5 tys. dłużników.
Dla świętego spokoju pytamy w Poczcie Polskiej, jak przebiega dziś zbiórka abonamentu. Zbigniew Baranowski, rzecznik tej instytucji, odpowiada, że wszelkimi statystykami dysponuje Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji. – Poczta Polska pracuje tylko na zlecenie KRRiTV – dodaje.
Koło się zamknęło, a pieniędzy na media publiczne nadal nie ma.

Wydanie: 20/2012

Kategorie: Media

Komentarze

  1. Kot Jarka
    Kot Jarka 22 maja, 2012, 21:19

    to szczyt głupoty płacić abonament na TVP by kumple Dworaka, Wildsteina czy innego nawiedzonego mogli się paść jak ….

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy