Ołdakowski musi zostać

Spór między marszałkiem Sejmu Bronisławem Komorowskim (PO) a Janem Ołdakowskim (PiS) o łączenie mandatu posła z posadą dyrektora Muzeum Powstania Warszawskiego nie zakończy się, bo to spór o fundamentalnym znaczeniu. O przyszły model polskiego parlamentaryzmu.
Do tej pory wybrani na posłów mogli wybierać. Albo zostają posłami zawodowymi, albo pozostają w starym miejscu pracy. Zawodowcy dostają z budżetu państwa uposażenie poselskie (ok. 10 tys. zł, plus ok. 2,5 tys. zł). W swoim miejscu pracy otrzymuje bezpłatny urlop na czas sprawowania mandatu. Niezawodowcy dalej żyją z pensji w miejscu pracy, a w Sejmie dostają dietę poselską. Wszyscy mają fundusze na prowadzenie biur poselskich, darmowe krajowe przejazdy i przeloty.
Ustawa o wykonywaniu mandatu posła i senatora stanowi, że nie można łączyć mandatu z pracą w kancelariach prezydenta i premiera, w biurach Trybunału Konstytucyjnego, Rzecznika Praw Obywatelskich, Rzecznika Praw Dziecka i KRRiTV, w NIK, PIP i Krajowym Biurze Wyborczym, w administracji rządowej i samorządowej. Nie można też łączyć mandatu z pełnieniem funkcji sędziego i prokuratora ani zawodową służbą wojskową. Nie wypada pracować w instytucji, która może być publikować artykuły, książki, wykładać na uczelniach wyższych. Może być ministrem lub wiceministrem, ale tylko w randze sekretarza stanu.
Posłem się bywa z łaski wyborców, a ich sympatie zmienne są. Co kadencja w Sejmie pojawia się przynajmniej jedna czwarta nowych parlamentarzystów. W krajach „starej demokracji”: USA, Francji, Wielkiej Brytanii nowi to 10-15%. W Polsce poseł, który zaliczy trzecią kadencję, uchodzi za starego wygę.
Nowo wybrany marszałek Komorowski rygorystycznie egzekwuje niezbyt precyzyjne zapisy ustawy, prze do wprowadzenia lansowanego wcześniej przez platformiarzy modelu posła zawodowca. Posłanka Julia Pitera, osoba wpływowa na „dworze” Tuska, pryncypialnie orzekła, iż nie da się połączyć funkcji posła z inną działalnością zawodową czy nawet społeczną.
Przeciwnicy odgórnego, totalnego uzawodowienia mandatu poselskiego przypominają, że poseł to też działacz polityczny i społeczny. Powinien mieć stały kontakt z życiem w „realu”, a nie tylko z coraz bardziej odgradzającym się od społeczeństwa parlamentem. Niezawodowcy są bliżej życia, szybciej dostrzegają jego patologie. Uprawiając nadal swój zawód, znają środowiskowe problemy „od dołu”. Tego nie zastąpią regularne nawet dyżury poselskie czy wizyty robocze w instytucjach. Poza tym nie biorąc pensji poselskich, nie obciążają budżetu państwa. Zresztą są parlamentarzyści, którzy nie chcą wiązać się z polityką do końca życia.
Wielu z parlamentarzystów posiadających gospodarstwa rolne przepisuje na małżonki, dzieci, by dodatkowo brać uposażenia poselskie. To pragnącym „czystych” rozwiązań platformersom już nie przeszkadza. Bo dotyczy głównie koalicjantów z PSL. Posłowie biznesmeni również nie muszą porzucać swych firm. Uczciwi wobec budżetu biorą tylko diety. To znaczy brali. Forsowane przez platformiarzy rozwiązanie prawne sprawi, że np. milioner Janusz Palikot będzie musiał z powodów formalnych obciążać budżet pobieranym uposażeniem. Jeśli kierować się zasadą unikania konfliktów interesu ortodoksyjnie, to posłowie biznesmeni powinni w ogóle unikać Sejmu. Bo nawet oddając majątek w fundusz powierniczy, mogą tworzyć prawo sprzyjające rozwojowi ich branż.
Uzawodowienie posłów to kolejny krok do przekształcenia partii politycznych w kadrowe, konkurujące na rynku politycznym firmy, a parlamentu w zakład usług legislacyjnych.
Odgórny program przekształcania posłów w zawodowych polityków niesie wzrost kosztów budżetowych. Posłem się bywa. Już teraz niewybrani ponownie mają kłopot z powrotem do poprzednich zawodów. Zdarza się, że firmy w których pracowali, w trakcie ich posłowania przestały istnieć. Zatem po uzawodowieniu Sejm będzie musiał uchwalić specustawę o specemeryturach dla byłych posłów, albo specmiejscach ich przyszłego zatrudnienia. Poseł zawodowiec rychło zacznie się wyżej cenić i wymuszać podwyżki uposażenia. Do tej pory takie postulaty były tłumione argumentami o „etosie i powołaniu” pracy poselskiej, pracy społecznej dla „dobra publicznego”. Co innego przyszły zawodowiec, technik prac ustawowych. Zwłaszcza że los posła nie zależy tylko oceny jego parlamentarnej pracy przez kierownictwa klubu, lecz od kaprysów elektoratu. Ta niepewność dalszego ciągu kariery zawodowej może sprzyjać też pokusom korupcyjnym.
Platforma Obywatelska w czasie wyborów obiecywała „tanie państwo”, odejście od systemu etatystycznego, klientyzmu społecznego. Proponowane przez nowe władze Sejmu rozwiązania to klientyzm polityczny w czystej postaci. Tworzenie kasty zawodowych parlamentarzystów. Uzależnionych od partyjnych kierownictw decydujących o czołowych miejscach na listach wyborczych, czyli reelekcji. Obciążających podatkowo kosztami podatników. Dla zdrowia polskiego Sejmu niezawodowcy, jak Ołdakowski, muszą pozostać.

Wydanie: 47/2007

Kategorie: Blog

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy