Saksy Śmierci

ZA PIĘĆ DWUNASTA

Wszyscy chcą się rozerwać, czytać o fajnych rzeczach, miłości, seksie, namiętnościach. Mogą też być zbrodnie, bo to ciekawe. Prawie nikt nie lubi, by przypominano mu, że umrze. Napisałam w swojej powieści: „Świadomość, że kiedyś umrę, łączy się z pewnością, że obudzę się nazajutrz”. Nic bardziej mylnego, choć to jest naturalne. Jednak trzeba mieć jasność w naszym życiowym tunelu. Czasami światło w tunelu jest ratunkiem, pokazuje wyjście, innym razem jest niestety pociągiem, z którym nie mamy szans. Tyle ponurego wstępu.
Przeczytałam w „Gazecie Wyborczej” wywiad z panią doktor, która mówi o chorobach podeszłego wieku. Ta rozmowa jest przerażająca. Wydaje mi się, że może trzeba trochę oględniej straszyć. Mnie specjalnie nie przeraziła, bo w tym „śmiertelnym materiale” pracuję od lat. Nie pisałabym o tym, ale rozmawiałam z dziewczyną, której babcia zaczęła właśnie 86. rok życia, nie ma strasznej demencji, zaczęła jednak zapominać, a to gdzie położyła klucze, to znów nie pamięta, co wczoraj jadła na obiad, co wnuczka studiowała. Jest ciągle sprawna, robi wokół siebie wszystko, co trzeba, bierze prysznic, wychodzi na zakupy, gotuje sobie. Ogląda telewizję. Czyta książki i gazety. To prawdziwa inteligentka. ŕ propos, nawyk operowania umysłem spowalnia chorobę! Mózg nie rdzewieje tak szybko. Niestety, przeczytała ten wywiad, w którym panuje nastrój koszmaru, bo pani doktor twierdzi, a wie, co mówi, że nie ma lekarstwa na alzheimera, nic nie da się zrobić. No to babcia powzięła decyzję. Lepiej, mówi, zanim się zacznie koszmar dla rodziny, bo stracę świadomość siebie i tego, co robię, także pod siebie, a więc zanim zmieni mi się tożsamość w taki sposób, że was wykończę – zwróciła się do córki – zaaplikuję sobie garść leków.
Otworzyła szufladę i pokazała, co ma. A starzy ludzie mają w szufladach tony leków. Córka zaczęła ją uspokajać, że nie ma na razie niebezpieczeństwa, ale nie dała się uspokoić. Autorytet lekarza działa! Jednym słowem – babcia chce strzelić samobója! Twierdzi, że nikt takiej starej o to nie posądzi, ksiądz nie pochowa jej pod płotem, ale z honorami, bo nie będzie wiedział, a Bóg ją rozgrzeszy. Skoro nie może uchronić ludzi od takich cierpień, to przynajmniej musi ich zrozumieć! Niesamowita staruszka!
Gazety mogą pisać o chorobach, dziennikarze mogą straszyć, bo prasa jest wolna.
Pamiętam, jak po mojej operacji mąż i syn chowali przede mną gazety, które wieszczyły, ile jest zgonów z powodu raka piersi. Jasne, redaktorzy chcieli dobrze, bo profilaktyka, bo kobiety nie chcą się badać, bo się boją. Trochę mnie to męczyło, budziłam się w nocy i myślałam o śmierci. Dla mnie to jednak dość normalne. Pisałam o śmierci już na samym początku twórczości. Przerabiam to stale. Dotyka mnie bardziej śmierć bliskich niż moja, choć też się boję. Straszniejsza jednak jest świadomość tego, kim możesz się stać, gdy cię walnie pan Alzheimer! Wiemy o tym, bo każdy z nas zna kogoś, kto ma taką osobę w domu albo sam się opiekuje, albo drży o to, czy ojciec lub matka się nie oddala w psychiczny obcy byt. A potem już niebyt. Mówić nam o tym, że nie ma żadnego ratunku, że nie unikniemy koszmaru, jeśli to dotknie nas lub naszych bliskich, w niczym nam nie pomoże, a zdołuje wielu ludzi. Czy, do cholery, nikt nie robi badań nad lekiem na to zło? Czy nie ma nadziei?
A potem dziwi się Kościół, dziwią politycy, że większość z nas, bo ok. 75%, przyzwoliłaby na eutanazję. Wszyscy z nią walczą, bo to wbrew naturze, prawom boskim, a dlaczego żaden ze znaczących polityków nie powalczy o godne chorowanie? O opiekę, o możliwość oddania kogoś takiego, kto kiedyś był nam bliski, a teraz jest niebezpieczny, nienawidzi nas, bije? Dlaczego nie walczą o to, by były domy opieki nad takimi chorymi? Bo Bóg tak chciał?
Pocieszyłam się, gdy Pratchett pokazał swój film „Decydując się na śmierć”. Pratchett to brytyjski autor powieści SF, autor słynnej serii „Świat dysku”. Sprzedał 50 mln książek! Jest naprawdę spełniony i bogaty.
Zajął się filmem dokumentalnym, nakręcił śmierć „na życzenie” faceta chorego na stwardnienie zanikowe. Znajdźcie sobie w Google, co to takiego. Chory wypił truciznę i umarł, żona siedziała obok, była blisko, trzymała go za rękę. Był spokojny, pogodzony. Pratchett mimo protestów pokazał ten film. Uważa, że czas skończyć z obłudą, bo nie każdy ból można uśmierzyć. Reżyser filmu wie, o czym mówi. Sam jest chory na alzheimera i zamierza wybrać sobie moment śmierci. Powiedział podczas wykładu w Royal College of Physicians w Londynie: „Umrę na własnych warunkach, w wybranym przez siebie momencie, w fotelu, w moim ogrodzie, ze szklaneczką brandy, słuchając muzyki Thomasa Tallisa z iPoda. Moje życie, moja śmierć, mój wybór”.
Anglicy na razie muszą wyjeżdżać po dobrą śmierć do Szwajcarii, tam można to zrobić. Jadą na ostatnie wakacje, na saksy śmierci.

19 czerwca 2011

Z blogu Krystyny Kofty na portalu Onet.pl http://krystyna-kofta.blog.onet.pl/

Wydanie: 26/2011

Kategorie: Blog, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy