Opiłki i okruszki

Opiłki i okruszki

Teraz coraz więcej kobiet mu się podoba, co z tego, skoro nie ma już szans i nie wypada. Nie wypada też dlatego, że nie ma szans

2009
Patrzył na wagę jak na osobistego wroga. Bał się, co mu powie. Wiedział, że nie mieści się w spodniach i w koszulach, lustro też nie miało litości, brzuch zdawał się coraz większy. Gdy stał pod prysznicem i patrzył prosto na dół, nie widział już swojego przyrodzenia, a rok temu widział. Niedobrze. Mniej więcej raz dziennie, na ogół rano przed prysznicem, pod wrażeniem swego brzucha postanawiał – od dzisiaj zaczynam się odchudzać. Bywało, że trzymał się dzielnie z niejedzeniem do południa, a nawet do popołudnia, tragedia zaczynała się wieczorem, kiedy ogarniał go wilczy apetyt. Obżerał się wtedy, myśląc: Ostatni raz tak się objadam, od jutra piję tylko gorącą wodę. Co gorsza, miał problem z zasypianiem. Nie spał już z żoną w jednym łóżku, bo podobno chrapał. Jeśli po dwóch godzinach rzucania się na łóżku szedł do kuchni i zjadał musli z mlekiem, zasypiał jak niemowlę. Kiedy tak rzucał się na łóżku, nie mogąc zasnąć, zwykle czas zapełniał erotycznymi myślami. Wspominał wszystkie kobiety, z którymi się kochał, robił to z nimi jeszcze raz w myślach, za każdym razem jakoś po nowemu, więc nigdy mu się nie nudziło. Czasami wyobrażał sobie, że robi to z żoną. Coraz bardziej jestem zaplątany w sobie, myślał, wywikłam się, jak umrę. Tej nocy jakimś cudem zasnął bez jedzenia. Obudził go chrobot klucza w zamku. Żona spała, nieświadoma, że ktoś próbuje się włamać do ich mieszkania. Poczuł nagle wielki lęk i chęć, by zakopać się jak najgłębiej w kołdrze. Odważny za dnia, w nocy był tchórzem. Pobiegł jednak do kuchni, wyjął z szuflady najdłuższy nóż i zaczął skradać się do drzwi. Klucz nadal chrobotał w zamku.

– Kto to? – zwołał tak grubym i stanowczym głosem, na jaki było go stać.

Chrobot ustał, ale czuł, że po drugiej stronie drzwi ktoś jest. Podążył do łazienki, by włożyć szlafrok i ponownie z nożem w dłoni stanął przy drzwiach. Było cicho. Nagle ujrzał, że spod drzwi wypływa jakiś płyn, zastanawiał się, co to jest, po chwili był już pewien, że to mocz.

– No jeszcze tego brakowało – powiedział do siebie. To zabrało jednak część grozy sytuacji, za to wzbudzało jego gniew. Gwałtownie otworzył drzwi, zwalił się na niego pijany sąsiad. Zdawał się nieprzytomny. Usłyszał jęk od strony sypialni, żona stała w koszuli nocnej z zaciśniętymi dłońmi przy ustach.

– Kto to, on żyje?

– Pijany sąsiad spod dwudziestki, najgorsze, że nasikał.

– Po co żeś otwierał drzwi?

– Po co, po co – przedrzeźniał ją. – Dobierał się kluczem do zamka.

Wziął sąsiada za nogi i wyciągnął na korytarz. Ten korytarz zdawał się dłużyć w środku nocy i milczał przeciągle. Poszedł pod dwudziestkę i zadzwonił. Nikt nie otwierał, dzwonił kilka razy, nic. Nie są tacy głupi, żeby otwierać, mruknął. Wrócił do mieszkania, leżący poruszył się i jęknął, zdawało mu się, że wyraz twarzy ma radosny, nawet kpiący.

– Ja tych szczyn nie będę sprzątać – powiedziała żona.

– Ja też nie – odparł. – To tak zostanie, posprząta, jak oprzytomnieje.

Jakby nigdy nic poszła do łóżka, w trudnych sytuacjach zawsze go zostawiała samego. Wziął szmatę i wytarł kałużę. Potem płukał ją, krzywiąc się z obrzydzenia. Nagle poczuł, że ktoś patrzy na niego. Patrzyła waga. Zrzucił szlafrok, koszulę, wysikał się, zupełnie nagi i zdesperowany wszedł na nią. Zawahała się. Wyrok był druzgocący: 92 kilogramy. O pięć kilogramów więcej niż rok temu. Przekroczył czerwoną granicę setki. A to skurwiel jadowity, bydlę jedno, pomyślał o sąsiedzie, niech go szlag trafi, niech zdechnie na tym korytarzu.

2011
Coraz rzadziej jeździł samochodem, parkowanie w mieście stało się koszmarem. Nauczył się w autobusie czytać, czytał, nawet stojąc w tłoku. Teraz też jedną ręką trzymał się poręczy, w drugiej miał otwartą książkę, do której zerkał. Zwrócił uwagę na dziewczynę, siedziała obok okna, też czytała. Nastolatka. Kiedyś nie zwróciłby na nią uwagi. Nie była ładna wedle jego dawnych gustów, ale teraz coraz więcej kobiet mu się podoba, co z tego, skoro nie ma już szans i nie wypada. Nie wypada też dlatego, że nie ma szans. Szczupła, bardzo szczupła, ale nie wychudzona, uroda charta. Jasne włosy, mały kolczyk w nosie i na wardze. Jak to się czuje przy całowaniu? Starał się podejrzeć, jaką książkę czyta, głupi romans czy coś poważnego? Na pewno ma chłopaka, tacy beznadziejni są chłopcy w jej wieku, poczuł, że mu zazdrości tej dziewczyny, na pewno jest niedoświadczonym, bezradnym kochankiem, gorszym niż on… Nie mógł się już skupić na czytaniu, obserwował dziewczynę. Musiała poczuć jego spojrzenie, oderwała się od książki, spojrzała na niego i w popłochu zerwała się z miejsca.

– Bardzo pana przepraszam, nie zauważyłam, proszę usiąść.

– Nie! – powiedział stanowczo. – Proszę siedzieć.

Była uparta, nie chciała już siadać na powrót, on też uparł się nie korzystać z jej grzeczności. Rozejrzał się, miał wrażenie, że ludzie patrzą na niego ze współczuciem, myślą, żałosny stary, nie może pogodzić się ze swoim wiekiem i się kryguje. Tak się spłoszył tymi spojrzeniami, że jednak usiadł i pogrążył się w książce, ale tylko udawał, że czyta, słowa nie układały się w zdania.

2013
Do sanatorium w Ciechocinku przyjechał kilka dni temu. Przebywał tu w dzieciństwie z babcią. Pyszny był kefir, nie ma teraz takiego kefiru, piło się go ze szklanych butelek, ten smak ma w pamięci. I tężnie, zapach soli, drewniane słupy pokryte białym kożuchem, lizał sól namiętnie, pamięta fontannę w postaci grzybka, woda przelewała się przez jego brzegi z oceanicznym szumem. Niedawno znalazł starą fotografię z Ciechocinka, stoi pod parasolką z dziewczynką w jego wieku, w krótkich niezgrabnych portkach, ona w sukience w groszki, patrzą na siebie. Już nawet nie wie, czy naprawdę pamięta tę dziewczynkę, czy tylko zna ją z fotografii. Pamięć przeszłości zwykle jest niepewna i pełna zakłamań. Z Kasią już nigdy się nie spotkał. Jeśli żyje, to jest o rok starsza od niego, już dawno po klimakterium, może po kilku mężach, z pomiętym i pokrzywionym życiem.

Czuł się w tym Ciechocinku samotnie, a jednak chronił się przed ludźmi, męczyli go. Czasami zdawało mu się, że czuje zapach nudy, ten, który pamiętał z wczesnego dzieciństwa. Nie mógł się skupić na lekturze książek, wziął ich dużo, tak na wszelki wypadek. Zauważył, że z biegiem lat coraz więcej rzeczy robi na wszelki wypadek, wychodzi na pociąg o pół godziny wcześniej niż kiedyś, na wszelki wypadek bierze w podróż lekarstwa, których potem nie używa, więcej koszul i majtek na wyjazd, niż potrzeba, domyślał się, że ze strachu przed życiem, który był teraz większy niż kiedyś. Miał przecież mniej sił i energii i już wiedział, jak wszystko jest kruche i przemijające.

Z zabiegów najbardziej lubił masaże. Masażystki były młode i ładne, miały silne, sprawne dłonie. Starał się nie rozmawiać z nimi, chociaż chętnie mówiły, skupiał się tylko na swoim ciele i na przyjemności. Ciało było już zużyte, sfatygowane, ale nadal czułe na dotyk.

Cały Ciechocinek kojarzył mu się teraz ze szpitalem geriatrycznym. Przed wyjazdem znajomi śmiali się, że jedzie romansować. Taką opinię mają sanatoria. Samotność, wolny czas i poczucie, że to ostatnia okazja na cielesną i duchową bliskość, sprzyjają flirtom i romansom. Przyjeżdżają tu ludzie, ciągnąc za sobą choroby i ruiny swojego życia. Jak nie pozwolić sobie na grę w złudzenia.

Tego dnia miał być wieczorek zapoznawczy. O, nie ma mowy, pomyślał, potem wahał się, pójdę tylko jako obserwator, tak dla zgrywu, będzie potem o czym opowiadać znajomym i czym straszyć żonę. Nie chciał być jednym z tych podstarzałych, żałosnych kuracjuszy. Czuł się lepszy, głupio mu było z tą wyższością, a jednak czuł ją całym sobą i był wobec niej bezradny.

Usiadł w kącie, zamówił herbatę i patrzył spode łba na podstarzałych zalotników uwijających się wśród stolików, przy których szczebiotały, oczekując na awanse, wystrojone kuracjuszki. W pobliżu siedziała samotna kobieta, pewnie w jego wieku, może trochę starsza, zawsze dziwił się, jak starzy są ludzie w jego wieku. Musiała być kiedyś ładna. W myślach zawędrował całkiem daleko po śladach jej dawnej urody. Spostrzegła, że się jej przygląda, i uśmiechnęła się. Trochę się spłoszył, ale zaraz też się uśmiechnął.

– Pan od dawna tutaj? – zagadnęła.

– Od wczoraj.

Zaczęli rozmawiać, po chwili przysiadł się do niej. Wytworzyła się szybko bliskość, opowiedzieli sobie nawet w skrócie swoje życia. Była wdową, wyszła z raka, nie była zgorzkniała, była pogodna i śmiała. Powiedział, że kilka lat temu miał wypadek samochodowy, ledwie wyszedł z życiem, miał wtedy uraz głowy i uszkodzony bark i teraz ten bark się odzywa. Pokazał bliznę na czole. Opowiedział jej dokładnie o tym wypadku. Zdawała się serdecznie poruszona. Nagle zapytała, czyby z nią nie zatańczył? Nie wypadało odmówić. Ostatni raz tańczył tango w młodości, z dziewczyną, której nie znał, która mu się tak łatwo oddała, i która go potem tak brutalnie odtrąciła. Minęło tyle lat, a nadal tęskni za nią, tamtą dawną, niezmienioną przez czas. Potem tango wyszło z mody, bo wszystko przyśpieszyło, także taniec. Starsza pani ładnie pachniała, jakoś podobnie do tamtej dziewczyny, której imię zapomniał i nie pamiętał, jaki kolor miały jej oczy. Poczuł podniecenie do tamtej dziewczyny, a ono przelało się na obecną, one obie zaś jakimś cudem scaliły się w jedną osobę.

Szli potem do swoich pokoi, które były blisko siebie, jaki przypadek.

– Może zajdziesz do mnie? – Sam siebie zaskoczył tą propozycją. I że przeszedł z nią samowolnie na ty.

Spojrzała na niego zdziwiona, jakby z wyrzutem, i pokręciła przecząco głową.

W pokoju zajrzał w lustro i wykrzyknął do swojej gęby: – Jesteś stary dziad, już nawet staruszki cię nie chcą, wygłupiłeś się, jaki wstyd! – Wstydzę się! – krzyknął na cały głos.

Fragmenty książki Tomasz Jastruna Opiłki i okruszki, Czarna Owca, Warszawa 2020

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 9/2020

Kategorie: Książki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy