Obywatel śmieszy i straszy – rozmowa z Jerzym i Maciejem Stuhrami

Obywatel śmieszy i straszy – rozmowa z Jerzym i Maciejem Stuhrami

Przez 20 lat nie możemy wyzwolić się z Obywatela Piszczyka, z niedoróby, to jest nasza wada

Jerzy Stuhr – (ur. w 1947 r.) jeden z najwybitniejszych aktorów polskich. Popularność i uznanie przyniosły mu role teatralne, np. w „Kontrabasiście” i „Rewizorze”, a także w takich filmach jak „Wodzirej”, „Amator”, „Seksmisja”, „Obywatel Piszczyk” czy „Kiler”. Ale to tylko drobny wycinek z bogatego dorobku Jerzego Stuhra, który zajmuje się także reżyserią (m.in. „Spis cudzołożnic”, „Historie miłosne”, „Tydzień z życia mężczyzny”). Niedawno na ekrany wszedł jego najnowszy film „Obywatel”, uhonorowany Nagrodą Specjalną Jury na 39. Festiwalu Filmowym w Gdyni, w którym Jerzy Stuhr również zagrał główną rolę wraz z synem Maciejem.

Lubi pan Jana Bratka [bohatera filmu „Obywatel” – przyp. red.]?
– Jego los to komediowe rozliczenie mojego pokolenia. I mojego życia z historią Polski w tle. Było moim zdaniem bardzo ciekawe. Podoba się pani film?

Śmiech grzęźnie w gardle, proszę pana.
– Właśnie to mnie zaniepokoiło po pierwszym seansie kolaudacyjnym. Wielu znajomych zwróciło mi uwagę, że zapowiadałem rozliczeniową komedię o historii Polski, a wyszło trochę smutno. Przez 20 lat nie możemy wyzwolić się z Obywatela Piszczyka, z niedoróby, to jest nasza wada.
Krysia Janda złapała mnie po pokazie: „Jezu, jaka ta Solidarność u ciebie była marna”. No taka, Krysiu, była, czasem i marna – odpowiedziałem.

Ale przecież jednocześnie była wielka. Na legendę Solidarności chętnie bym chuchała.
– Ależ ja filmuję to, czego doświadczyłem, nie tylko w środowisku aktorskim. I zapewniam – w zakładach mleczarskich, do których w wyniku zawirowań trafia mój bohater Jan Bratek, Solidarność mogła być właśnie taka. „Janek, ty w mleczarskim środowisku żeś jest legendą” – mówią do Bratka koledzy ze zmiany. A on kolejny raz zaplątuje się w wielką historię. Kiedy pracowałem nad scenariuszem, obejrzałem po raz kolejny „Eroicę” Andrzeja Munka. Podpisałbym się obiema rękami. Jego Duduś zaplątany w niejasne strategiczne decyzje wojenne, jacyś Węgrzy chcą mu sprzedać czołg, nagle, nie wiedząc o tym, staje się emisariuszem. Historia miota nim tak jak moim Bratkiem. Od połowy lat 50. aż do 2014 r.

Pan należał do Solidarności, a nawet sprawował w niej funkcje. Czy w 1980 r. też już czuł się pan zażenowany?
– Och, jaki byłem wniebowzięty! Kiedy na festiwalu w Gdyni zobaczyłem film „Robotnicy ’80”, powiedziałem sobie: Boże, idzie wolność! Mój czas! Jedziemy do Nowej Huty, na strajk, recytować! Wsiadamy w autobus – Teresa Budzisz-Krzyżanowska, ja, Anna Polony, razem z nami jechał Ryszard Kapuściński, żeby nas zobaczyć, jak w hali A7 recytujemy wiersze. Ale ten entuzjazm powolutku zaczął się wypalać.

W jakich okolicznościach?
– Pierwszy zimny prysznic to Gdańsk. Wiedziony entuzjazmem pojechałem na I Zjazd Solidarności Artystów do Teatru Wybrzeże. Przemawiali rozpolitykowani działacze: pani Halina Winiarska, Adam Hanuszkiewicz! Usiadłem skromnie na widowni, żeby się przysłuchać. Nie minęło 20 minut i już zostałem wybrany do komisji krajowej. Tylko dlatego, że miałem popularną gębę i ktoś mnie zauważył. Pomyślałem sobie: kurde, a skąd oni wiedzą, że ja się do tego nadaję? Żeby ustalać nowy regulamin, prowadzić związki zawodowe?

Kto pana wybrał?
– Gremium! Aktorzy, reżyserzy, scenografowie z całej Polski! Ktoś krzyknął: „Zgłaszam kandydaturę Jerzego Stuhra! Kto jest za?”. Gruch! – wszyscy! I jestem wybrany. A jeśli w innych ważnych dziedzinach życia też w ten sposób wybierali do władz? Zacząłem czarno to widzieć. Ale kiedy już się w tych władzach znalazłem, trafiłem i do innych komisji krajowych. Bujak ściskał mi rękę, raz nawet Wałęsa witał uroczyście. Wypychali mnie przed szereg, żeby pokazać: proszę, tacy ludzie z nami są, sam Wodzirej. Na podstawie swoich obserwacji chciałem dociec, jakie pobudki kierują działaczami w tych gremiach dowodzących, co nimi powoduje, czy tylko ideologia? Zauważyłem, że dla wielu spośród tych ludzi, tych o najbardziej ekstremalnych poglądach, najważniejsze było, żeby po prostu rozniecić zawieruchę. „Rozpierdolić wszystko, wojna, kurwa!” – wrzeszczał jakiś akwizytor z zakładów. Dla niego to była wielka szansa, żeby wszystko gruchnęło. I jeszcze – żeby go skatowali, zamknęli, żeby wszyscy to widzieli. Patrzyłem na to i ogarniał mnie chłód. To nie była już moja bajka.

Ma pan na myśli jakieś konkretne wydarzenie?
– Widziałem na przykład film z prowokacji bydgoskiej, ten, który nagrała ubecja. Widziałem, jak Jan Rulewski prowokował kapitana milicji, czy może pułkownika: „No, uderz mnie!”; „Czy pański ojciec jest robotnikiem, proszę pana?!”; „A pan mnie zaraz pałką uderzy!”. Tamten się trzymał, ale widać, że już mu żyła chodziła. Aż wreszcie go skatowali! Pamiętam takie flesze: przychodzę do siedziby Regionu Małopolska NSZZ, a tam panie w sekretariacie odbijają zdjęcia skatowanego Rulewskiego. „A cóż to panie tak odciskają tego Rulewskiego?” – pytam. „Najlepiej się kolportuje, ludzie najchętniej biorą”. Najlepiej idzie zakrwawiony pan Rulewski, z wybitymi zębami, co się później okazały sztuczną szczęką! Pomyślałem: kurde, to nie mój ruch! Tej histerycznej polskiej skłonności do martyrologii nienawidzę u siebie i u innych.

Czyli pan też ma taką skłonność?
– Miałem. Leczę się z tego, chyba już jestem wyleczony, ale ile lat musiało upłynąć!

Wiele osób będzie miało do pana pretensje, że pan jednak ośmiesza, że to małostkowe.
– Oj, spodziewam się niezadowolenia, zwłaszcza w moim środowisku. Podejrzewam, że „Obywatel” nie będzie się podobał Andrzejowi Wajdzie. On nie przepada za ironią i sarkazmem. Już po „Spisie cudzołożnic” był rozczarowany. Zaprosiłem go na projekcję. Po filmie było spotkanie ze mną, a on usiadł w środku i nie mógł wyjść, bo cała sala widziałaby, że wychodzi. Gdyby usiadł z brzegu, toby uciekł. „Jurku, nie można tak, nie można pewnych rzeczy zbrukać” – tak później mówił. Teraz też nie spieszę się, żeby pokazywać mu ten film. Kocham Andrzeja, ale też się zastanawiam, co Andrzej myślał o Munku. Czy go kontestował? Chyba nie, przecież w swoich filmach sam wysyłał żołnierzy na konikach na czołgi. Rozumiał nasze polskie szaleństwo, niepohamowane emocje i tromtadrację. (…)

Uważa pan, że koledzy czekają, aż pan skończy, a jak nie daj Boże pośliźnie się pan twórczo, to zatrą ręce? W sensie: „A nie mówiliśmy, że to się nie uda?”. Naprawdę pan tak myśli?
– Pewnie niektórzy zatrą, ale nie jest to moja przewodnia myśl, kiedy zabieram się za film. Kiedy zaczynam pracę, to zawsze – przynajmniej do tej pory tak było – poruszam sferę swojego wnętrza, dotychczas nieeksplorowaną. To jest mój dziennik intymny, trochę nim leczę się z kompleksów, trochę z niezrozumienia pewnych spraw w życiu. Bywało, że dłużej się zastanawiałem, czy robić film, niż robiłem. „Tydzień z życia mężczyzny” – chodziłem z tym tematem parę lat! Myślałem, że to zbyt przykre, żeby pokazywać. Ale kiedy się już zdecydowałem – to nie miał mi kto pomóc. W „Historiach miłosnych” pomagała mi żona, pisała dialogi kobiet, bo ja nigdy bym nie potrafił zanalizować w ten sposób kobiety. Poza tym jest samotność, brniesz w sferę, w której nikt nic ci nie może podpowiedzieć. To jest twoje życie, twoje emocje, żywa tkanka. Moje rozumienie historii Polski. Tak ją widzę. (…)

Koledzy [w 1968 r. – przyp. red.] zaczęli chętnie zapisywać się do partii?
– W mniejszych grupach zaczęły się środowiskowe knucia. Kiedyś przyszliśmy na próbę do Teatru STU, a Trela wraz z drugim kolegą pokazują partyjne legitymacje. „Co wy wyrabiacie?” – pytaliśmy. „My im teraz pokażemy!” – odpowiadali koledzy. To była oczywiście pułapka.

Pan był już taki odporny?
– Nie ideologicznie, wtedy nawet nie chodziło o to, że to obrzydliwi komuniści. Ja po prostu nie zniósłbym dyscypliny. Nawet w demokracji, nawet teraz. Gdybym miał każdego ranka dostawać dyrektywę, co mam powiedzieć dziennikarzom, tak jak mój serdeczny kolega poseł Fedorowicz, tobym się natychmiast wypisał! Pytam ciągle Fedorowicza, jak on to wytrzymuje, że mu każą codziennie coś gadać po ich myśli. On odpowiada: „Siła wyższa”. Nie zniósłbym rozkazu!

Czy fakt, że niektórzy zapisali się do partii, rzutował na wasze kontakty towarzyskie?
– W środowisku teatralnym zupełnie nie. Mało tego, chodziło się do kolegów po prośbie. Zwłaszcza do Treli: „Jurek, załatwże mieszkanie!”. I on robił, co mógł. Dzięki Jurkowi jesteśmy teraz w pięknej szkole teatralnej, naprzeciwko Uniwersytetu Jagiellońskiego. Załatwił to jako poseł i członek Komitetu Centralnego. Potem ja w czasach mojego rektorowania zrobiłem generalny remont! (…)

Jak byliście w Londynie przyjmowani przez starą emigrację? Bo przecież to środowisko było potwornie nieufne wobec wszystkich, którzy przyjechali z komunistycznej Polski.
– Pojechaliśmy z „Dziadami” Mickiewicza. Graliśmy w katedrze w Southwark, na drugim brzegu Tamizy. A na widowni londyńscy Polacy siedzieli z egzemplarzami „Dziadów” i wertowali, co komuniści wycięli, a co zostawili. Wielu też płakało. Ale jeśli chodzi o nieufną widownię – nic nie mogło się równać z Polakami z Ameryki.

To znaczy?
– Pamiętam nasz pierwszy wyjazd do Ameryki, ze „Zbrodnią i karą” – to już było w latach 80. Przyjeżdżamy, a Polonia robi nam prezent. Przyjechali po nas cadillacami i biorą każdego z osobna, żeby zawieźć do hoteli. Ameryka! Jadę w tym cadillacu, a kierowca: „Przepraszam, że tak spytam, ale dlaczego rosyjskiego autora przywozicie do Ameryki? A nie na przykład Fredrę? Czy to nie wstyd tak Ruskiego promować?”.

Co pan odpowiedział?
– Nieśmiało: „Wie pan, to jest Dostojewski…”. „Ale, proszę pana, Rosjanin! Rosjanin!”. I nic więcej nie możesz w takiej chwili odpowiedzieć, bo już wiesz, z kim gadasz. Pozostaje tylko stwierdzić, że fajne mają te highwaye. Albo przychodzimy na mszę do kościoła. Rano organizatorzy pytają, jakiego wyznania jesteśmy: protestantów zawieźli do ich kościoła, pełna demokracja! My siedzimy w pełnym po brzegi polskim kościele katolickim. Jesteśmy rozpoznawalni, więc ludzie gapią się na nas, niektórzy, nie zważając na mszę, przepychają się po autografy. Mówię: „Panie, odejdź pan, dajże się pomodlić chociaż!”. Ja od dawna nie chodzę w niedzielę do kościoła, bo się gapią, a czasem komentują: „O, nie idzie do spowiedzi, do komunii też nie poszedł”.

W ogóle pan przestał chodzić?
– Chodzę w poniedziałek. Zwykle na msze po łacinie, bo przypominają mi dzieciństwo, kiedy służyłem do mszy w łacińskim obrządku. Do tej pory wolę: Pater noster, qui es in caelis…

Co się stało w tym polskim kościele w Chicago?
– Zaczyna się kazanie. Wchodzi ksiądz i mówi: „I do nas też przyjechali! Trzeba się przed nimi bronić, przed czerwoną swołoczą, która przyjechała tutaj ze spektaklami na festiwal! A jak oni ubrani! Trudno ich rozpoznać, bo wszystko ubrane jak człowiek!”. Nie wierzę własnym uszom. Mówię do Staszka Radwana: „Jezus, Staszek, ja zemdleję zaraz”. Już później do polskiego kościoła w Ameryce nie poszedłem. (…)

Wcześniej uczestniczył pan intensywnie w życiu rozrywkowym Krakowa?
– Pyta pani, czy się piło, tak?

O to też…
– No więc bardzo się piło. Szło się do SPATiF-u, zwłaszcza załoga Starego Teatru tam chodziła. U Pollera bywali ci z Teatru Słowackiego. Wymieniało się poglądy, piło potężnie, ale w pracy nam to nie przeszkadzało, co uważam za dość dziwne z dzisiejszej perspektywy. Wódka towarzyszyła nam w zasadzie bez przerwy. Po każdym spektaklu trzeba było odreagować, zostać ze sobą jeszcze chociaż pół godzinki, godzinkę, pogadać. Albo chodziło się na całonocne biesiady do Konrada Swinarskiego. Siedziało się w tych oparach do rana. Kiedy zacząłem wyjeżdżać, przechodziły mi koło nosa jakieś afery, plotki, roszady towarzyskie, nie wiedziałem, o czym ci ludzie dyskutują! Być może obowiązki pozakrakowskie uchroniły mnie przed nałogiem. Jurek Pilch, młodszy kolega, miał mniej szczęścia. Jak sam mówił, żeby dojść do redakcji „Tygodnika Powszechnego”, musiał przejść przez Rynek. To wystarczyło, żeby nie trzeźwieć. (…)

Ta lekcja polskiego gorzka jest jak diabli.
– Wie pani, Bratek jednak pielęgnuje w sobie wolność i uczciwość. Rozmawiam z ludźmi w Polsce i wiem, jak wielu myśli, że mieli przegrane życie. To są masy po prostu. I oni ciągle się zastanawiają, kto jest temu winien. I wskazują na kolejne osoby, systemy, układy. A ja powtarzam sobie wielką maksymę Josifa Brodskiego o różnicy między człowiekiem zniewolonym a człowiekiem wolnym – a wolność, dążenie do niej, to mój konik. Otóż człowiek zniewolony w wypadkach ekstremalnych, takich jak wojny, kataklizmy, nieszczęścia, zawsze będzie winił innych, natomiast człowiek wolny w tych samych okolicznościach zawsze będzie winił siebie. Nauczyłem się tego, że jeśli tylko coś mnie ugryzie, w pierwszej kolejności pytam siebie: Co zrobiłem nie tak? Po co tam lazłem?

Naprawdę obwinia pan sam siebie? To jest prosta droga do choroby!
– Ale na tym właśnie polega wolność! W przeciwnym razie zawsze będę uwikłany, sczepiony z kimś, zawsze to oni robią mi krzywdę. A ja się uczę, żeby nie popełniać tych samych błędów. Ta maksyma daje mi wiele siły, a poza tym wyzwala mnie z agresji. Kiedy weźmie się ją do serca, nawet najbardziej surrealistyczne sytuacje są do zniesienia.

A co surrealistycznego spotkało pana w niedawnej przeszłości?
– Już mówię. Kilka dni temu był u mnie hydraulik. Skończył robotę, rozmawialiśmy chwilę. Już płaciłem mu te 300 zł, już prawie był w drzwiach, kiedy powiedział, że wydaje za mąż córkę. Pogratulowałem. I wtedy on zapytał, czy ja się w wodzireja jeszcze bawię, bo wesele będzie na wsi. Grzecznie odmówiłem. Niedawno pod teatrem czekał na mnie pewien pan. Chciał mnie zaprosić na rozmowę jeszcze przed spektaklem, ale poprosiłem, żeby zaczekał, i porozmawialiśmy w drodze powrotnej, na ulicy: zupełnie nieznany mi człowiek. Powiedział, że ma ważny interes do zrobienia ze mną, i bardzo prosił, żebym się zgodził. Okazało się, że pan produkuje najwyższej jakości piece do pieczenia chleba. Odpowiedziałem, że nie mam nic wspólnego z chlebem. A on, że te piece mają instrukcję zawierającą komunikaty, na które musi reagować piekarz. Pan zaprogramował maszyny tak, żeby piec przekazywał je tej rzeszy piekarzy ludzkim głosem. I tak sobie pomyśleli na zarządzie, żeby ten piec mówił moim głosem. Mieliśmy się tylko dogadać finansowo.

Jak pan zareagował?
– Od razu powiedziałem, że ta propozycja absolutnie nie ma szans powodzenia! Do tej pory pan był nawet zabawny, ale w końcu zaczął mnie męczyć. Wreszcie udało mi się go zniechęcić. A potem siedziałem w domu i myślałem o tych piecach i o rzeszach piekarzy, do których przemawiam głosem Inspektora Ryby albo Shreka. Chichrałem się do siebie. Wtedy pomyślałem, że życie jest jednak niezwykle interesujące.

Wybór, tytuł i skróty pochodzą od redakcji

Rozmowa znalazła się w książce Obywatel Stuhr. Z Jerzym i Maciejem rozmawia Ewa Winnicka, Znak, Kraków 2014

Wydanie: 46/2014

Kategorie: Książki
Tagi: Ewa Winnicka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy