Wilk z szuflady

Wilk z szuflady

Nigdy niepublikowana debiutancka powieść Marka Hłaski

Uliczka była brudna. Uliczka przycupnięta drewnianymi, zapadłymi koślawo w ziemię domkami jak wszystkie inne ulice Marymontu: piaszczyste i krzywe, krzywe – jakby je ktoś pijanymi wyznaczał krokami.

Pasowały jednak te płotki i do krzywej latarni na rogu, i do ciemnego sklepu z piwem i warzywami. Schodziło się doń po wygryzionych, skrzypiących schodkach, piszczały drzwi, jęczał przeciągle dzwonek i gruba sklepiczarka Masołowska podnosiła znad kontuaru wyblakłe, senne oczy.

Pachniały mocno i mdławo warzywa, muchy kołysały się na lepach, a z blaszanego szyldu Haberbuscha1 uśmiechał się reklamowo zażywny, rumiany staruszek z kuflem pienistego piwa w ręku. W miejscu nosa odprysnęła emalia i patrząc na staruszka, odnosiło się wrażenie, że szczury odgryzły mu wspomniany organ. Bo po ulicy przemykały tłuste, spasione szczury: chyba tylko one jedne syte na tej ulicy.

Najwięcej ich było w śmietnikach, pomiędzy którymi rozkraczały się Cygańskie Budy, przy ulicy, która nazywała się dumnym imieniem Marii Kazimiery2. W śmietnikach dzieci babrały się radośnie, wyszperywały stamtąd niepojęte skarby: puszki po sardynkach, nadtłuczone butelki i poszczerbione, wyłysiałe grzebienie.

To wszystko. Zwykła ulica, marymoncka ulica. Nawet nie można napisać, że bruk był wyboisty i dziurawy – wcale go nie było.

Podczas gwałtownych jesiennych lub wiosennych deszczy ulica zamieniała się w olbrzymią czarną kałużę, po której dzieci puszczały łódki zrobione z gazety.

Było to zależnie od umowy: Morze Czarne, Ocean Atlantycki lub Zatoka Cudnej Przygody. I nad brudną kałużą unosiły się duchy straszliwych korsarzy, wąsatych, z kindżałami za pasem, płynęły buńczuczne fregaty, rozbrzmiewały krwiożercze okrzyki, huczały groźnie salwy spiżowych dział.

A armatą był mały, chudy Icek od Grynszpanów, który oprócz gruźlicy i wyświechtanej jarmułki na rudym łebku miał jeszcze cudowny dar naśladowania głosów ptaków, strzałów, a także tramwaju z wiaduktu. Rudek umarł którejś październikowej, rozchlapanej nocy, umarł – z wyrazem zdziwienia w niebieskich, prawie lazurowych oczach, oczach zgoła nieżydowskich, oczach – koloru nieba nad Zatoką Cudnej Przygody. Przygody, gdzie spieniona woda rozbija się o postrzępione, ostroszczyte skały, gdzie białe mewy biją skrzydłami o fale i wiatr huczy w dumne, korsarskie żagle.
Rozmaicie biegły uliczki marymonckie: w dół, łagodnie spływały do Wisły, i pięły się piaszczysto z wysiłkiem pod górę. Okrążały się wzajemnie łukiem i krzyżowały ze sobą jak ludzkie nieszczęścia. Stanowczo ludzie z Marymontu nie mieli zmysłu estetycznego – ludzie z ulicy Godowskiej, furmani ze stajni Lewańskiego na Szlacheckiej, szewcy z Pekinu na Warszawskiej i ci, dla których nie było miejsca pod słońcem – bezrobotniaki z Cygańskich Bud, których głównym zajęciem był brak zajęcia, i z innych, takich samych ulic: biednych, głodowskich3. A na ulicy Potockiej chlapało się w kałużach stadko kaczek, mlaskając płaskimi, czerwonymi dziobami. Na kaczuszki dybał w skupieniu kot siedzący na płocie. Mrużył do słońca zbójeckie oczy i wysuwał koniuszek ostrego języka. A na ulicy Kamedułów, gdzie jedną stroną ulicy waliły się rudery, a drugą płynęła mętna łacha, wyciągał się w niebo czerwony komin Warszawskiej Fabryki Wyrobów Blaszanych Bielany, którą ludziska nazywali – Blaszanka4.

Przy tych ulicach krzywych i prostych, idących z góry na dół i z dołu do góry, długich i krótkich, prowadzących od jednej bidy do drugiej, w tym całym pokurczonym labiryncie głodu stały domki i domy rozmaite. Domy chwackie5 i bogackie, murowane, przemawiające do oka solidną czerwienią cegły, stawiane pod winkiel i pion staranną rzemieślniczą ręką, i drewniane, krzywe chałupiny stojące z boku: zastrachane i jakby zawstydzone takim sąsiedztwem, a na ostatku jeszcze ni to domy, ni to budy, sklecone byle jak i nie wiadomo z czego, połatane blachą i skrawkami papy znalezionej na budowie, po prostu czort wie co, najeżone nieprzyjaźnie zardzewiałymi rurami od piecyków. I to stojące gdzie? Jak na pusty śmiech i urągowisko – przy ulicy Potockiej, ulicy, zdawało się z nazwy – hrabiowskiej.

Na tej hrabiowskiej ulicy nigdy żaden hrabia nie mieszkał ani chyba nawet nie przechodził, bo musiałby ugrząźć w piachu i we własnym wstydzie. Owszem, trochę dalej – w Pekinie na Warszawskiej ulicy – był taki jeden, co twierdził, że pochodzi z nieślubnych hrabiów, tylko go zła matka porzuciła.

A obok, na ulicy Szlacheckiej, mieszkali dwaj bracia Zielińscy, o których pieśni śpiewano po więzieniach jak Polska długa i szeroka. Ci nie mieli żadnych pretensji do hrabiowskich tytułów i pałek: trzymali za mordę całą dzielnicę, a ulice, po których chodzili, były starannie omijane przez granatowych.

W cieniu ich sławy żyli sobie w krótkich przerwach pomiędzy więziennymi odsiadkami bracia Michalszczaki – złodzieje dolinowi, czyli fachowo mówiąc – szopenfeldziarze6, oraz ojciec z synem Kosiorki – szpicle, żyjące z łaski pana komisarza Pogorzelskiego. Wyżej, na samym szczycie piaszczystej ulicy, mieszkał najsłynniejszy z najznakomitszych: bandzior Leon, którego zdrobniale, pieszczotliwie przezywano – Loluszka, bo podobno był to człowiek o gołębim sercu i zanim począł z nożem chodzić po prośbie, to dziesięć lat chodził za pracą: – „Ślusarz jestem, wielmożni panowie, na wojnie byłem, medal mam…” – ale się nie doprosił.

Cóż więcej można jeszcze napisać o pięknej dzielnicy Marymont?

Na Potockiej, koło wodociągu, drzemał całymi dniami magistracki dziad i pobierał od kobiet po groszu za kubeł wody7. Tym, co często i gęsto nie mieli ani grosza bożego, dawał bardzo rzadko za darmo, bo serce miał niemagistrackie.

Przy Potoku – knajpa Turalskiego, nieco dalej, na Bielanach – słynny Bochenek, gdzie nierzadko ludzie roznosili się na nożach o drobiazgi8.

Było także boisko sportowe, założone przez tak zwane dobre panie z Koła Polek, gdzie RKS Marymont rozgrywał mecze piłki nożnej z Makabi, rozgrywał nie tylko za pomocą piłki9. Drużyna żydowska wychodziła po meczu na czworakach, a w następną niedzielę rewanżowała się analogicznie w rodzinnej Falenicy czy Otwocku.

Poza tym wiadomo: jesienią grząskie błoto, zimą jeszcze chłodniej i głodniej, aby tylko człowiekowi na gorsze, latem gorąco i jeszcze gorzej, bo nie było śniegu, do którego chodzili bezrobotni na magistrackie odgarnianie, a wiosną – niebo czyste i przejrzyste, niebo wesoło roześmiane.

Ale niebo jest wysokie, bardzo wysokie, i nie widzi twarzy ludzi, którym błękitnieje. Jednak jesienią, kiedy niechętne i szare wisiało ciężko nad Marymontem, wszyscy tęsknili do tamtej bezkresnej ultramaryny: i robotnicy od pana dyrektora Więckowskiego z Blaszanki, ordynarnie wzbogaconego chama, który ich oszukiwał po pańsku, i robotnicy ze Śmigłówki10, których oszukiwał i żałował po chamsku trochę par excellence inteligentny, szpakowaty pan dyrektor, i ci, dla których nie było miejsca pod słońcem – z Cygańskich Bud, i smutny nożownik Loluszka, którego oszukał cały świat, a przecież papiery miał, na wojnie był i order dostał – za ojczyznę.

1 Spółka Akcyjna Zjednoczonych Browarów Haberbusch i Schiele – jeden z największych browarów w przedwojennej Polsce, założony w 1846 r.
2 Budy – zwyczajowa nazwa prymitywnych budynków zamieszkiwanych przez ludzi skrajnie ubogich; ulica Marii Kazimiery biegła pierwotnie przez cały Marymont. Zaczynała się nieco poniżej pętli tramwajowej, wychodząc na Kamedułów dopiero w Lesie Bielańskim.
3 Ulica Godowska pierwotnie była lewą odnogą ulicy Kamedułów; ulice Szlachecka, Warszawska – nieistniejące już krótkie ulice biegnące prostopadle do ulicy Potockiej, na lewo od Barszczewskiej; Pekin – zwyczajowe określenie miejsca przeludnionego, także noclegowni; stajnia Lewańskiego – nie udało się ustalić, czy to miejsce autentyczne. W spisie właścicieli posesji ulicy Szlacheckiej z końca lat 20. nazwisko Lewański nie występuje.
4 Blaszanka – Zakłady Przemysłowe Bielany, założone w 1931 r., mieszczące się przy ulicy Kamedułów 71, na rogu Tczewskiej. Głównymi udziałowcami byli Kazimierz Socha i Antoni Więckowski. Specjalizowały się w produkcji chłodnic samochodowych, karoserii i gaśnic. Obecnie ulica Kamedułów to Gwiaździsta; łacha – dawne koryto rzeki wypełnione stojącą wodą. Tu: Łacha Potocka.
5 Chwacki – śmiały, odważny.
6 Złodziej dolinowy – kieszonkowiec; szopenfeldziarz – złodziej sklepowy.
7 Na ulicy Potockiej mieściła się placówka opracowująca eksperymentalne metody oczyszczania ścieków. Proces wprowadzania wodociągów przebiegał na Marymoncie niezwykle powoli, stąd publiczny punkt poboru wody; magistrat – inaczej: majstrat, potoczne określenie wykonawczego organu władz miasta, także: siedziba władz.
8 Bar Turalskiego mieścił się przy ulicy Potockiej 48; restauracja Bochenek – znana w całej Warszawie restauracja na Kamedułów w okolicach Kolegium Księży Marianów. Cieszyła się dobrą sławą, zdolna była pomieścić kilkaset osób.
9 Koło Polek – kobieca organizacja patriotyczna udzielająca pomocy materialnej polskim żołnierzom. Z czasem działalność zgromadzenia objęła także wspieranie inicjatyw edukacyjnych i kulturalnych; RKS Marymont Warszawa – założony w 1911 r. klub piłkarski, związany ze środowiskiem socjalistycznym; Makabi Warszawa – żydowski klub sportowy założony w 1915 r.
10 Śmigłówka – potoczna nazwa Fabryki Śmigieł, Wyrobów Drzewnych i Metalowych Włodzimierz Szymański i S-ka, położonej na sąsiadującej z Blaszanką działce. Śmigłówka zajmowała się produkcją między innymi śmigieł dwupłatowych i kajaków.


„Wilk” to historia Ryśka Lewandowskiego, chłopaka z Marymontu, dorastającego w 20-leciu międzywojennym. Rysiek mieszka w biednej dzielnicy, a środowisko lumpenproletariatu to głównie złodzieje i bezrobotni, szukający okazji do zarobienia. Młody człowiek marzy o lepszym życiu, choć nie do końca wie, jak ma ono wyglądać. Zapatrzony w westerny, szuka wzorca do naśladowania.
Powieść Hłaski odkrył w archiwum Ossolineum i doprowadził do jej wydania wówczas student polonistyki Radosław Młynarczyk

Wydanie: 39/2015

Kategorie: Książki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy