Powojenne przemiany w Polsce – fakty i mity

Powojenne przemiany w Polsce – fakty i mity

Nie wolno burzyć, trzeba budować i drobnymi krokami dojść do demokratyzacji życia politycznego

Jako dziecko, do 12. roku życia żyłem w II Rzeczypospolitej. Pamiętałem z okresu przedwojennego – a szczególnie dobrze to poznałem, kiedy w Zwiadzie Konnym AK przemierzałem wzdłuż i wszerz całą Wileńszczyznę – jak beznadziejna nędza na wsi i w małych miasteczkach Wileńszczyzny była w tym czasie normalnością. Jak ogromny odsetek ludności był analfabetami i podpisywał się trzema krzyżykami. Czym był przednówek. Jak wyglądało życie wielodzietnej rodziny, tłoczącej się w jednej izbie z klepiskiem glinianym zamiast drewnianej podłogi, w chacie krytej słomą, z małymi oknami i zaśnieżoną zimą ubikacją obok stodoły. A takich chat były dziesiątki i setki. Jak ogromny procent dzieci w całym dzieciństwie nie miał choćby jednej pary butów.

Moje dzieciństwo było inne, ale ja widziałem i nie mogłem tego nie pamiętać. I choć wydaje się to dziś paradoksem, to ja, były żołnierz AK, żyjący w Polsce Ludowej przez 13 lat na fałszywych, nielegalnych dokumentach, ale pełen życia 20-latek, który tu w Polsce, pracując, kończy gimnazjum w wieczorowej szkole w Brodnicy i rozpoczyna na Uniwersytecie Warszawskim studia – byłem dumny z odbudowy zburzonej przez Niemców Warszawy, z odbudowy zniszczonych miast i miasteczek, z likwidowania analfabetyzmu, z migracji milionów chłopów z nędznych wiejskich chałup do miejskich mieszkań z łazienką i ubikacją. Migracja chłopów ze wsi i miasteczek do odbudowywanych i budowanych miast! Kto dziś o tym pamięta? Dzieci i wnuki owych przesiedleńców, dzisiejsza inteligencja, jakże często dziś twórcy kultury i sztuki, uczeni, inżynierowie, politycy i wysocy rangą urzędnicy, najczęściej odcięli się od swoich korzeni, zapomnieli, kim byli ich dziadkowie, babki, ojcowie i matki, i w jakich to czasach zmienił się ich status społeczny, komu i jakim czasom zawdzięczają swoją dzisiejszą pozycję społeczną.

Porywało mnie to, a zapewne i wielu innych, że uczelnie wyższe wypełniały się tymi, którzy w innym ustroju pozostaliby bez szans. Sądziłem, że idee Stefana Żeromskiego z „Popiołów” i „Przedwiośnia”, które były dla mnie szlachetne i wielkie, znajdują swój finał, a jeśli jeszcze nie znajdują go dziś, to muszą znaleźć w niedalekiej przyszłości. Choć, dziś to wiem, było w tej ocenie wiele utopii, być może naiwnej wiary w szansę nowego nieznanego, ale, jak wierzyłem, sprawiedliwszego ustroju. Ta wizja nie tylko mnie porywała.

Miliony młodych Polaków, takich jak ja, pełnych aktywności i dobrej woli, nie chciało pozostawać na marginesie wydarzeń i podobnie jak ja wiązało swoje emocje z nieznaną, a więc może z lepszą przyszłością.

„Kto w młodości nie był utopijnym socjalistą, ten najczęściej będzie łajdakiem na starość”, nie bez racji chyba powtarzali słowa kanclerza Bismarcka dawni Piłsudczycy i inni. Dziś rozumiem, że jest to kwestia wrażliwości, która w jakże różnym stopniu rozwija się u każdego z nas. Ale podobnie myślących były naprawdę miliony.

Są fakty, ale są i utrwalone mity.

Mitem jest, że opór przeciw nowemu ustrojowi był powszechny. Miliony Polaków, z nadzieją na lepsze życie, popierało ten nowy, nieznany ustrój. To dzięki zmianom powojennym tysiące bezrolnych lub małorolnych otrzymało ziemię z rozparcelowanych majątków, to tysiące przenosiło się z ubogich Kurpi i Podkarpacia oraz innych dzielnic Polski na Mazury, na Ziemie Zachodnie. Tam zajmowali piękne gospodarstwa rolne, przydzielane im za darmo. Z radością witano parcelacje majątków i nacjonalizację przemysłu. Z radością przyjmowano brak tak tragicznego przed wojną bezrobocia czy otwarcie nowych szkół powszechnych. Z entuzjazmem witano bezpłatne szkoły średnie i wyższe, pamiętając o czasach przedwojennych, gdzie odpłatność za szkolnictwo średnie i wyższe było podstawowym ograniczeniem, dla milionów niedostatecznie zamożnych, dostępu do tych szkół.

Tak jak mitem jest, że w czasie okupacji niemieckiej wszyscy Polacy walczyli z okupantem. Prawda jest nieco inna. I tej gorzkiej prawdy nie można zamiatać pod dywan, nie można oszukiwać młodzieży. Prawdę trzeba znać! Dziś wiemy, że w czasie okupacji część Polaków przeszła przez straszne, trudne do wyobrażenia tortury i obozy, że straciła życie, a jeśli przeżyła, pozostały u nich niegojące się blizny. Część walczyła w oddziałach leśnych Armii Krajowej, w Armii Ludowej, w Batalionach Chłopskich. Ale to była „część”.

Dziś wiemy, po ujawnieniu dokumentów, że prawdą jest, iż ok. 150 tys. Polaków współpracowało też z Gestapo. Ile tzw. donosów do Gestapo napisali Polacy na Polaków? Konspiracyjne organizacje Polski Podziemnej kierowały swoich członków do pracy na poczcie, aby przechwytywać listy adresowane do Gestapo. Donosy pisane były przez Polaków najczęściej na swoich sąsiadów. Około 20 tys. pracowało w tzw. polsko-niemieckiej granatowej policji. To z tej policji wywodzą się tzw. szmalcownicy, to ta policja eskortowała prowadzonych do getta lub na śmierć Żydów. Ilu Polaków przywłaszczyło sobie pożydowskie mienie? Część Polaków żyła spokojnie, żeniąc się i rodząc dzieci, a inna część nawet bogaciła się, prowadząc intratne handlowe interesy lub zdobywając złoto od przechowywanych bogatych Żydów. Taka jest prawda, choć dziś niemiła. Faktów nie można wymazywać z historii. Prawda jest jedna, chwalebna czy bolesna, ale prawda, z którą należy żyć. Dziś nie chce się odróżniać dramatycznych czasów lat wojny i okresu bezpośrednio powojennego, kiedy wojenne okropności jeszcze się wlekły, kiedy zaistniały sprzyjające warunki do rabunków i samowolnie wymierzanej sprawiedliwości, kiedy państwo musiało osądzić zbrodnie okupacyjne i samowolne pofrontowe rozliczenia, od późniejszych czasów życia w odbudowywanej z gruzów Polsce. Nie chce się odróżniać wczesnego okresu powojennego od czasów po 1956 r., od czasów lat 70., kiedy wyrastał nowoczesny przemysł i miliony mieszkań. Tworzy się uogólnienia i nowe fałszywe mity. Dlaczego tylko ocet stał na półkach w latach 80., nie zrozumie dzisiejsza młodzież, którą karmi się kłamstwami, powtarzanymi często przez osoby, które na przełomie lat 70. i 80. nie były już dziećmi i powinny tamte realia rozumieć.

Iluż jest dziś nieznających historii i karierowiczowskich dziennikarzy, którzy ten jakże złożony proces istnienia państwa polskiego, podkreślam, przecież jedynego istniejącego w Europie państwa polskiego, działającego z konieczności w takich, a nie innych sojuszach i układach politycznych, opisują w zafałszowany i prymitywny sposób. Tak łatwo jest dziś przekreślić nie tylko wysiłek i wyrzeczenia całego powojennego pokolenia Polaków, ale także efekty tych wysiłków, ich znaczące w wielu dziedzinach sukcesy, dorobek gospodarczy, naukowy, kulturalny i społeczny. Podkreślam: konkretny dorobek wielu dziesięcioleci.

Jak łatwo jest wygasić przeszłość, opluć ją lub wykpić, upokarzać całe pokolenie Polaków, które z poświęceniem i zapałem przystąpiło do gojenia ran wojennych, do odbudowy zrujnowanych domów, szpitali, kościołów, dróg i całej infrastruktury.

Byłem świadkiem tamtych wydarzeń, miałem otwarte oczy. To w czasach, które dobrze pamiętam, m.in. organizowano kursy pisania i czytania, likwidując analfabetyzm. To w tamtych czasach doprowadzano prąd elektryczny nie tylko do miasteczek, ale do wsi i osiedli. Hasła: „likwidacja analfabetyzmu” czy „elektryfikacja kraju” były nośne i znajdowały powszechne poparcie. Ile osób z ogromnym zaangażowaniem się włączało w odbudowę małych miast i miasteczek, w odbudowę zniszczonej infrastruktury, w organizację szkolnictwa, służby zdrowia, nauki. Jak nośnym i szlachetnym hasłem było: „Tysiąc szkół na tysiąclecie państwa polskiego”. Ile stworzono szkół wyższych, ile wybudowano szpitali, muzeów, teatrów, ile odbudowano zniszczonych pałaców i innych zabytków.

Z uwagą i aprobatą czytałem napisaną ocenę prof. Andrzeja Friszkego, olsztynianina, historyka pracującego w placówce Polskiej Akademii Nauk. W swojej książce „Polska. Losy państwa i narodu 1939-1989” (Warszawa 2003), m.in. tak pisze: „Ustrój polityczny został uznany jako rzecz dana obiektywnie, niezmienna, nie-zależna od woli społeczeństwa, konsekwencja podziału świata i powojennych przemian wewnętrznych. […]. Ogromna część społeczeństwa dokonywała porównania współczesnego poziomu życia z poziomem życia swoich rodziców oraz ich samych w młodości i dochodziła do wniosku o dokonanym postępie”.

Były wiceminister kultury polskiego rządu, już po przemianach ustrojowych, humanista i społecznik Michał Jagiełło kiedyś powiedział: „Było, jak było, ale to było nasze państwo, innego nie było”.

Czy mnie osobiście nie raził brak demokracji i niedemokratyczne, autorytarne rządy, tworzone przez rządzącą mniejszość partyjną? Chyba nie.

Po pierwsze, wyrosłem w czasie wojny, w okresie ugruntowanego kultu dla hasła „cel uświęca środki”.

W latach 80. Roman Korab-Żebryk, ostatni były dowódca mojej 1. Brygady Armii Krajowej „Juranda” i autor „Operacji wileńskiej AK” (Warszawa 1985), wręczył mi swoją książkę z dedykacją: „Ten przeciw nam, który nie idzie z nami”. Czy było to zawołanie demokratyczne? A to były słowa hymnu, który w swoim czasie, w latach okupacji, był dla mnie świętością, ale i nakazem.

Ponadto uważałem, że są sytuacje, szczególne warunki, które sprzyjają temu, by decyzje były podejmowane szybko, ale też, by były one skuteczne. Na przykład, jak to się dzieje przy stole operacyjnym. Chirurg operujący nie postępuje demokratycznie, nie przeprowadza dyskusji podczas zabiegu. Zespół operujący nie głosuje, chirurg działa autorytarnie, a jednak jego działanie jest akceptowane, bo tego wymagają okoliczności.

Okoliczności po wojnie wydawały mi się zupełnie szczególne. Nie byłem ani politykiem, ani znawcą rozwiązań ekonomicznych. Uważałem, że należało wybierać między tym, co jest realnie możliwe a mrzonkami, które w określonych warunkach są tylko „chciejstwem”. Uświadomiona konieczność jest też wyborem.

Powrót do przedwojennych stosunków społeczno-politycznych, do narodowych, bliskich faszyzmowi rządów, wydawał mi się niemożliwy. Byłem przekonany, że uzasadnione jest poszukiwanie nowych, niestosowanych dotąd stosunków społeczno-politycznych, które pozwolą wyrównywać szanse mieszkańcom zacofanych wsi i zacofanym w ich codziennym życiu robotnikom. Nacjonalizacja majątków, banków, fabryk, wprowadzanie do dworów i pałaców szkół lub szpitali – były działaniami bardzo mi bliskimi. Wynikało to z mojej wrażliwości na istniejące rozwarstwienie społeczne.

Nie miałem wówczas i nie mam dziś wątpliwości, że po wojnie w Polsce dokonywane były historyczne przemiany: odbudowa kraju z powojennych ruin, zmiana ustroju społecznego, zmiany gospodarcze, które kraj typowo rolniczy przekształcały w kraj przemysłowo-rolniczy, ofensywa ideologiczna, która odsuwała Kościół i endecką prawicę od rządzenia i kształtowania umysłów, przede wszystkim od umysłów młodych ludzi. To były fakty, które widziałem i ceniłem. Trzeba było działać szybko i skutecznie.

Czy nie warto zrezygnować z pewnych nawet demokratycznych form rządzenia, aby po tak strasznej i niszczącej wojnie działać szybko i skutecznie, bo w dobrej przecież sprawie, myślałem?

Wszystkie powojenne działania uznawałem z jednej strony za uświadomioną konieczność, przejściową, powojenną, bo po II wojnie światowej, po ustaleniach zwycięzców w tej wojnie nie można było inaczej, ale z drugiej strony, one mi gdzieś tam w głębi mojej duszy odpowiadały i w drodze wyboru, mimo wielu spostrzeganych i drażniących wypaczeń i defektów, z przekonaniem podpisywałem się pod hasłami nowego ustroju.

Byłem przekonany, że w Polsce nie ma żadnego komunistycznego ustroju, że jest on inny, niż był na wschodzie, a jest to socjalizm, polski, już nie utopijny, lecz realny socjalizm, który na tym etapie i w tych warunkach geopolitycznych może i musi być wcielany w życie, choć trzy czwarte świata za wszelką cenę pragnie go zlikwidować wszystkimi możliwymi sposobami. Polski realny socjalizm, dziś w prymitywny sposób nazywany „komuną”, pozwalał milionom rolników mieć własne gospodarstwa, być właścicielami ziemi, czyli gospodarstw do 50-100 ha, pozwalał mieć własne domy, prowadzić o określonej wielkości warsztaty wytwórcze, gospodarstwa ogrodnicze itp. Czy tak było w sąsiedniej Litwie, czyli na mojej dawnej Wileńszczyźnie, lub w jakiekolwiek republice radzieckiej? A mogliśmy podzielić los Litwy, Łotwy i Estonii, które przed 1939 r. miały taki sam status polityczny jak Polska.

Wierzyłem, że przyjdzie kiedyś czas na daleko idące zmiany ustrojowe. Ale trzeba do tego dojrzeć, trzeba działać rozważnie, odpowiedzialnie. Nie wolno burzyć, trzeba budować i drobnymi krokami dojść do demokratyzacji życia politycznego. Rozumiałem, że mój w tym udział musi być zminimalizowany, bo mam inne kwalifikacje, inne zadania życiowe, inną pasję i inne obowiązki.

Każde wydarzenie zrywów społecznych w 1956, 1968, 1970 i 1980 było mi bliskie, choć bolesne. Uważano mnie za rewizjonistę, ale nie przeszkadzało mi to, aby uznawać siebie za socjalistę, za człowieka lewicy.

Fragmenty książki Tadeusza Krzymowskiego Strzępy autobiografii i refleksje starego fizjologa racjonalisty nad życiemWydawnictwo UWM, Olsztyn 2018.

Fot. archiwum

Wydanie: 24/2019

Kategorie: Książki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy