Aparat gotowy do zdjęcia – rozmowa z Aleksandrem Jałosińskim

Aparat gotowy do zdjęcia – rozmowa z Aleksandrem Jałosińskim

Wychodziłem ze skóry, żeby fotografie były dobre

Aleksander Jałosiński – fotoreporter, ur. w 1931 r., ukończył studia w Uniwersytecie Warszawskim, dziennikarstwo fotograficzne zaczął uprawiać pod koniec 1957 r. Pracował w kilku warszawskich redakcjach, takich jak „Express Wieczorny”, „Polska”, „Sztandar Młodych”, „Kultura”, „Szpilki”, „Polityka”, „Przegląd Tygodniowy”, „Teatr”, „Prawo i Gospodarka”. Laureat nagród w konkursach ogólnopolskich. Uważa, że reporterskie zdjęcia najlepiej prezentują się na łamach prasy i tam jest ich miejsce.

Skąd pan miał aparat?
– Mój pierwszy aparat dostałem od ojca w czterdziestym trzecim roku. To był malutki voigtlander bessa, znakomity aparat 6 × 4,5 rozmiar klatki…

Dlaczego ojciec dał panu aparat?
– Po prostu interesowałem się fotografią, to była dla mnie jakaś tajemna wiedza: kawałek papieru wsadza się do talerza, do jakiejś podejrzanej zupy, a potem powoli wyłania się obraz. Moje pierwsze wywoływanie filmu odbyło się właśnie w 1943 r., w talerzu do zupy. (…)

Co pan fotografował?
– Pierwszy negatyw wywołany w talerzu, odbitka opłukana i wysuszona… Nie pamiętam, co to było. Potem zrobiłem sobie autoportret. Taki chłopiec siedzi na kamieniu… Robiłem zdjęcia koleżanek, dziewczyn. Człowiek się wpatrywał godzinami w zdjęcie pierwszej dziewczyny, to było coś niesamowitego. (…)

Jak długo był pan fotoedytorem w „Polsce”?
– Do sześćdziesiątego czwartego roku.

To bardzo długo, sześć lat.
– Sześć lat, ale to była dla mnie ciężka szkoła – podkreślam: szkoła – dlatego że ja byłem już technicznie na poziomie profesjonalnym, natomiast dziennikarstwa się uczyłem. Nie było to dziennikarstwo klasyczne, bo to był jednak salonowy miesięcznik propagandowy, ale techniczną pracę redakcyjną poznałem bardzo dobrze… W pewnej chwili w „Sztandarze” zwolnił się etat. Leszek Łożyński przyszedł do mnie i powiedział: „Słuchaj, jest etat, musimy kogoś przyjąć”. Ja się natychmiast zgodziłem, w ciągu trzech minut. Etat w gazecie takiej jak „Sztandar Młodych”! Codzienna gazeta, bogato ilustrowana. Jeszcze przez jakiś czas pracowałem tu i tu. Ale to krótko trwało, naczelny chciał mnie wywalić. Nie dałem mu tej przyjemności, sam odszedłem.

Został pan fotoreporterem „Sztandaru Młodych”, dostał pan sprzęt redakcyjny…
– Miałem wąskotaśmową prakticę i exaktę, która już była muzealnym aparatem… (…)

Pierwsze zadanie, na które pojechał pan jako fotoreporter?
– Pierwsze zadanie było nieudane – to był pożar operetki naprzeciwko redakcji. Tam szalałem, dokonywałem cudów, żeby zrobić efektowne zdjęcia. Nie udało mi się. Pamiętam, zastępca naczelnego powiedział mi, żebym się nie martwił, bo na pewno trafi mi się jakiś przyzwoitszy pożar. A pierwsza wielka wyprawa to był jubileusz Uniwersytetu Jagiellońskiego, tydzień pobytu w Krakowie.

Pojechał pan sam?
– Tam były chyba ze dwie dziennikarki. Z tym że myśmy się tylko mijali w drodze, na imprezach. One czasami mówiły mi, co by chciały mieć na zdjęciach, o czym piszą, dawały nazwiska, kiedy trzeba było kogoś konkretnego do wywiadu sfotografować. A poza tym miałem rozkład imprez i robiłem to, co było ciekawe z punktu widzenia fotografa.

A jak pan robił reportaże dla „Sztandaru Młodych”, to chyba się zdarzało panu jeździć z tak zwanym piszącym reporterem?
– Oczywiście, bardzo często. Każdy piszący miał swojego ulubionego fotoreportera. Było nas tam trzech. Basia, kierowniczka działu kultury, chętnie jeździła ze mną, Natalia brała raczej Leszka. To były takie przyjaźnie, które powodowały, że ludzie jeździli razem.

Jubileusz UJ to wydarzenie wyjątkowe. A normalna praca? To przecież dziennik.
– Jak w gazecie – jest planowanie numeru. Swoją drogą, mnie zawsze imponowało, że redakcja miała z dużym wyprzedzeniem informacje o mających nastąpić imprezach. To była gazeta bardzo bogato ilustrowana, która potrzebowała bardzo dużo zdjęć. W wydaniu niedzielnym było można eksperymentować i te eksperymenty były chętnie przyjmowane. Nie było walki między grafikami a fotografami. No, może raz była awantura, bo my, fotoreporterzy, zarzucaliśmy grafikom, że nam psują zdjęcia przy kadrowaniu. I wtedy ustalono, że fotoreporter ma być obecny przy łamaniu i makietowaniu wydania niedzielnego. To było bardzo pożyteczne. Bo jak mówiłem, że dane zdjęcie jest najważniejsze w reportażu, to ono musiało wejść i było wtedy duże. Ale… ten problem w czasopismach zawsze istniał.

Zanim pan poszedł do „Sztandaru”, musiał pan najwyraźniej robić zdjęcia dla innych tytułów. Ta seria portretów Marii Dąbrowskiej to sześćdziesiąty pierwszy rok…
– To było tak, że czasopismo „Zwierciadło”, w którym pracowali moi przyjaciele, zaplanowało cykl rozmów z pisarzami. Sekretarzem redakcji była moja koleżanka i ona mi to zaproponowała. Zrobiłem dwa cykle – Dąbrowską i Andrzejewskiego.

A dlaczego panu to zlecili? Pan był początkującym fotoreporterem.
– Po prostu po znajomości. Zresztą nie zawiedli się, bo zdjęcia nie były złe. Ja zawsze wychodziłem ze skóry, żeby były dobre. „Pierwszy rok pracy – mówiłem sobie – uważaj, żeby nie robić chały, żeby nie robić rzeczy, które się wyrzuca do kosza”.

Pan nie miał też jeszcze doświadczenia w obcowaniu z ludźmi…
– Dlatego gdybym dzisiaj poszedł do Marii Dąbrowskiej, toby był zupełnie inny fotoreportaż. A ja tam, w Komorowie, zdjąłem buty, chodziłem w skarpetkach po całym domu i nie śmiałem wydusić z siebie: „Niech pani tu usiądzie, niech pani zrobi to czy tamto”. Chodziłem za nią, a ona robiła, co chciała. Bałem się nią kierować. Mówię sobie: „Cholera, taka pisarka, taka osoba, a ja będę jej coś nakazywał”. Zrobiłem bardzo dużo zdjęć Dąbrowskiej. Jest takie zdjęcie: siedzi na kanapie, twarz w dłoniach, w czerni, bardzo nastrojowe.

I ono poszło?
– Nie, nie poszło. Skąd?!

Kiedy pan poszedł do Andrzejewskiego, to było mniej więcej tak samo?
– Pomyślałem: „Sam nie pójdę, wezmę cztery piękne studentki”. Mówię dziewczynom: „Chodźcie, będziecie miały zdjęcia z pisarzem Andrzejewskim”.

Pomysł egzotyczny! Pod wieloma względami.
– Teraz to ja wiem, że był egzotyczny. Ale przedtem wprowadziłem mu do mieszkania cztery piękne dziewczyny.

Chciał je pan z nim fotografować?
– Tak. I rozmowa z pisarzem, pisarz wśród studentów. W każdym razie skończyło się to awanturą. On w ogóle odmówił współpracy.

Jestem ciekaw, co powiedział?
– Nic nie powiedział, tylko kiedy go chciałem ustawiać czy prosić, żeby robił to czy tamto, to kompletnie odmówił współpracy. Taki fotoreportaż w mieszkaniu, gdy bohaterem jest jeden facet, jest szalenie trudny, bo to jest sztuczna sytuacja. Potem, kiedy robiłem takie tematy, a pisarzy zaliczyłem dziesiątki, szedłem do mieszkania i nic, słowa nie mówiłem, co ten ktoś ma robić. On się zachowywał tak, jak zaplanował na ten dzień. A ja chodziłem za nim, fotografowałem, nic nie mówiąc.

I jak się skończyło z Andrzejewskim?
– Poskarżyłem się w redakcji temu redaktorowi, który wymyślił cały ten cykl i był z nim zaprzyjaźniony. Zadzwonił do niego i go strasznie opieprzył, a mnie polecił się umówić na nowy termin. Ja oczywiście już bez tych babek, poszedłem sam. Było bardzo miło. Robił wszystko, o co go prosiłem, wiedziałem, że mogę go rozstawiać po kątach, jak tylko mi się będzie śniło. Wyprowadziłem go z synem nawet do parku naprzeciwko jego domu. Wyszliśmy na dwór z parasolem, padał deszcz. Teraz redakcje drukują najczęściej to zdjęcie. I bardzo pięknie wszystko poszło.

A zdjęcia reporterskie, uliczne, takie jak „Szatan z siódmej klasy” na przykład?
– Zawsze aparat miałem pod pachą, zawsze. Niezamknięty ani w torbie, ani w futerale: aparat gotowy do zdjęcia. Szedłem na róg Marszałkowskiej i Alej Jerozolimskich i patrzę, a tam plakat – „Szatan z siódmej klasy” – i na płocie z tym plakatem wisi chłopak.

(…) Kiedy naprawdę zaczął pan fotografować?
– Cały czas robiłem zdjęcia, nawet pracując w bibliotece. To było robione w niedzielę. Taki jeszcze byłem nieprzyuczony, świeży – przecież tam stał tabor cygański, w tle był pałac, a mnie zafascynowały te dzieci. A gdybym zrobił i pałac, i ten tabor cygański, to byłby dokument. Malowane wozy, w tle pałac wilanowski – to byłby dziś rarytas. A mnie to nie przyszło do głowy. (…)

Jest pan na początku swojej pracy w „Sztandarze Młodych”, jeździ pan z koleżanką reporterką. Co się dzieje, kiedy przyjeżdża taka para dziennikarz plus fotograf? Czy jako „państwo z prasy” są przyjmowani jakoś szczególnie?
– Na ogół tematy były już zaklepane. Najpierw telefon, trzeba było ustalić, jaki temat, do kogo jedziemy, musiał być zamówiony hotel. Teraz to nie jest problem, a kiedyś w Rzeszowie na przykład nie było ani jednego hotelu. Kiedyś z kolegą spaliśmy w hotelu komitetu wojewódzkiego. To był stary dom, kamieniczka taka, pokoje w amfiladzie, wewnętrzne drzwi zamknięte na klucz, łóżka drewniane. Spaliśmy z Andrzejem w szerokim łożu. Cisza. I odgłosy z sąsiedniego pokoju: skrzyp-skrzyp, skrzyp-skrzyp. Słucham i nie wierzę własnym uszom, ale szept taki głośny: „Towarzyszko, lewa noga wyżej”. (…)

Jak ludzie reagowali, jak przyjeżdżała taka dwójka dziennikarzy „z samej Warszawy”?
– To robiło wrażenie. Siła rażenia prasy centralnej była olbrzymia. Na przykład jeśli zakład pracy miał jakieś osiągnięcia, to taki fotoreportaż, produkcyjniak, jak go nazywaliśmy, natychmiast wywoływał echo w ministerstwie. Dyrektor zaraz jechał do zjednoczenia i go tam pokazywał, zjednoczenie zresztą wiedziało pierwsze, bo trzeba było mieć jego zezwolenie, żeby zrobić reportaż. Przemysł był podzielony na sektory, każdy sektor miał tak zwane zjednoczenie, czyli główny zarząd. Strasznie to było piętrowe. Zakład był telefonicznie uprzedzany, miało się pismo, zezwolenie na zdjęcia ze zjednoczenia. Rano się wchodziło, po południu się wychodziło. Dziennikarka lub dziennikarz piszący siedzieli z dyrektorami, z tymi kierownikami rozmawiali, a ja chodziłem po hali i robiłem zdjęcia. „Sztandar Młodych” był gazetą bardzo poważaną. Jak dyrektor miał coś na sumieniu i pojechaliśmy to sprawdzić, nie było litości, oni trochę się nas bali.

Pamięta pan jakiś reportaż interwencyjny?
– Z tego czasu nie, dopiero ze stanu wojennego. Komisarzem wojskowym w Sanoku był mój przyjaciel w randze majora lotnictwa. Zadzwonił do mnie i mówi: „Słuchaj, przyjedź do mnie, jest tu temat, który musisz zobaczyć koniecznie”. Zawiózł mnie do szkoły w małym miasteczku. To było chyba Nisko. Pokazał – szkoła rozgrzebana totalnie, podłogi zrujnowane, ławki rozsypujące się. Jest wrzesień, koniec września, w tym bajzlu dzieci się uczą. Ja przeprowadziłem tylko krótką rozmowę i zrobiłem masę zdjęć. Cała kolumna w gazecie pokazywała grozę tej sytuacji.

W której gazecie?
– To była „Rzeczpospolita”. I proszę sobie wyobrazić, następnego dnia jest teleks od wojewody, że to wszystko jest wymyślone, że to jest nieprawda, że ja zaszalałem, że nagiąłem sytuację. A ja pokazuję więcej zdjęć i mówię: „Słuchajcie, co ja mogłem tu nagiąć?”. Po trzech dniach przychodzi już nie teleks, ale list od tegoż wojewody z przeprosinami, w którym jest takie zdanie, że to, co pokazał fotoreporter, to było nic w porównaniu z tym, co oni tam zobaczyli. Ale skoro o interwencji, to pamiętam inną z czasów „Sztandaru Młodych”. Interweniowała ambasada sowiecka, w zabawnej sprawie. Zrobiłem fotoreportaż z Biblioteki Narodowej w Moskwie, tzw. Leninki. I zrobiłem panoramę czytelni. Dawniej trzeba było zrobić kilka zdjęć i umiejętnie to zestawić, skleić. I ja to jak trzeba złożyłem, skleiłem i zawiozłem do drukarni. Tam oczywiście to się rozkleiło i drukarze, nie przyglądając się temu, przykleili jakkolwiek i wydrukowali. I potem patrzę, a tu jest ta sama dziewczyna dwa razy – po lewej stronie i po prawej. Ambasada to zobaczyła i powiedziała: „Manipulujecie materiałem prasowym!”.
W każdym razie autorytet prasy był wtedy ogromny. Kiedy w terenie pojawiali się wysłannicy jakiejś centralnej gazety, na wszystkich padał blady strach i starali się jak najbardziej pomóc. Dobre przyjęcie, samochody do dyspozycji – wszystko było.

To nie utrudniało pracy?
– Nie, to zresztą już sprawa piszącego reportera. Ja miałem swoją robotę. I zawsze dostawałem opiekuna. Nie wszędzie, ale jak był jeden opiekun, to uzgadniałem z nim, co mogę fotografować. I po takich zdjęciach był robiony protokół. (…)

No tak, bo szpiegostwo przemysłowe, wiadomo.
– Jeżeli miałem dwóch opiekunów, to wiedziałem, że w tym zakładzie jest jakaś trefna produkcja. I mnie już pilnowali, mówili, w jakim kierunku nie mogę robić szerokich planów czy panoram jakiejś hali produkcyjnej. Bardzo często mieli chyba też nielegalne albo przynajmniej nieoficjalne zachodnie maszyny i to ukrywali.

Nie dziwi mnie to.
– Albo taka historia: przeczytałem w jakiejś lubelskiej gazetce, że pewna lubelska spółdzielnia krawiecka robi 100% produkcji na eksport. No to byłem ciekaw, co to za spółdzielnia. Pojechałem tam natychmiast, zrobiłem zdjęcia – maszyny, hale – i wróciłem do Warszawy. I tu zaraz mnie wezwali do pałacu Mostowskich i zapytali: „Po co właściwie pan tam pojechał? Pana majtki interesowały, koszule, które tam się produkuje?”. Okazało się, że tam produkowali gacie dla wojsk Paktu Warszawskiego.

Wojskowe?
– Tak. I stąd te sto procent eksportu, i ten strach dyrekcji.

Jednak dali panu zrobić zdjęcia, tak?
– Tak. Tak mnie prowadzili, że do tych gaci nie dotarłem, wszystko zależało od przewodnika. Bardzo często zdarzały się przepychanki z tymi przewodnikami. Przewodnik krzyczał: „Niech pan nie robi tam, niech pan nie robi!”. Ja mówiłem: „No dobrze, nie będę robił”. Ale potem jednak robiłem. (…)

A czy zdarzyło się coś takiego, że zdał pan sobie sprawę w pewnej chwili, że sfotografował pan jakąś ustawkę kompletną, coś nieprawdziwego, jakąś potiomkinówkę, coś, co zbudowano na pański przyjazd?
– Nie, nie, takich rzeczy nie było, bo za Gomułki, w latach 60., jak był zakład produkcyjny, to tam szła produkcja i nie było lipy. Rozmawiałem przecież z robotnikami i miałem pełną swobodę, oni chętnie dzielili się uwagami, a inżynierowie mnie uczyli ekonomii, mówili, na czym naprawdę to wszystko polega. Gorzej było za Gierka. Te fabryki kupowane za granicą, te zachodnie linie produkcyjne, wielkie skrzynie z maszynami. Hali jeszcze nie było, a maszyny przyjeżdżały. I te olbrzymie skrzynie stały w błocie, na deszczu.

To ciekawe, mówi pan, że pana uczyli czegoś w tych fabrykach…
– W stoczni mnie na przykład dokładnie nauczyli, jak wygląda przemysł stoczniowy. Ja obsługiwałem całe Wybrzeże – Szczecin, Gdynię, Gdańsk. Miałem nawet stałą przepustkę do Stoczni Gdańskiej. Przyjeżdżałem na wszystkie wodowania. Tam cała produkcja szła do Związku Radzieckiego.

No właśnie, w ZSRR, skoro o tym mowa, pan bywał?
– Owszem. Najciekawszy wyjazd zaliczyłem, kiedy byłem w „Sztandarze Młodych”. Przyszło zaproszenie z „Komsomolskiej Prawdy” i mnie tam posłali. W Moskwie dostałem opiekuna, dziennikarza fotografującego. To był członek KC Komsomołu, czyli odpowiedzialny towarzysz. On mnie od razu zainstalował w hotelu i zabrał do siebie do domu. To był wtorek. Zjedliśmy obiad.

Pan znał rosyjski?
– Tak, maturę zdawałem po rosyjsku. Po obiedzie Misza, mój opiekun, mówi: Tiepier’ wypijom. Wyciąga flachę koniaku, stawia na podłodze, kładziemy się na dywanie, zagrycha leci, małżonka nam donosi cały czas, a my pijemy i co robi Misza? Misza zaczyna mi streszczać wszystkie uchwały kolejnych zjazdów WKP(b).

Naprawdę?
– Naprawdę. Im więcej pijemy, tym więcej mija tych zjazdów. W pewnym momencie straciłem kontakt z rzeczywistością, on chyba też. Nie wiem, czy to był ósmy zjazd, siódmy czy piąty. I obudziłem się w piątek rano nakryty kocem, Misza leżał niedaleko mnie, żona się w ogóle nie wtrącała. Towarzysze sobie rozmawiali, więc tak nas ponakrywała, poszła sobie spać. Obudziłem się po paru dniach, proszę zwrócić uwagę. Jest piątek, wracam w poniedziałek, a nie mam nic zrobionego, nie mam tematu. Mówię: „Misza, co to będzie, nic nie zrobiłem, a takie miałem wielkie plany”. On na to: „Zrobimy. Chodźmy do redakcji, ale pieszo”. Myślę: „Rany boskie, on mieszka na przedmieściu i pieszo do centrum Moskwy”. Ale potem okazało się dlaczego. Po drodze były wyścigi konne, a na wyścigach konnych był już czynny bufet z piwem. On jak do wodopoju do tego piwa szedł, bo po prostu go suszyło. Idziemy na te wyścigi, ja patrzę, a tam jest wielki plac. Tłum ludzi, cały plac zapełniony i wszyscy pijani w dodatku. Tłum, setki, setki ludzi pijanych. Co to było? Pobór do armii. Żaden dygnitarz rosyjski nie dałby mi zgody na robienie zdjęć z poboru do armii sowieckiej. Mówię: „Misza ty postój, daj mi piętnaście minut”. Błyskawicznie, żeby mnie nikt nie zauważył, obleciałem ten plac i zrobiłem masę zdjęć. Jak się rodzina żegna, jak chłopak przymierza czapkę wojskową, takie scenki. Nie zbliżałem się nawet na krok do wojskowych, żeby mnie nie legitymowali, boby mnie od razu zabrali stamtąd. Fotografowałem tylko cywilów, żadnych żołnierzy, tylko jeden facet przymierzał czapkę wojskową. A na jednego poborowego przypadało 30 osób, takie grupy rodzinne ich odprowadzały. No i potem wróciłem do Miszy, poszliśmy do tej redakcji, a tam szybko załatwili mi dwa tematy. Pierwszy to ta Biblioteka Narodowa im. Lenina w samym centrum Moskwy. To było ciężkie przeżycie, bo tam na każdym piętrze i półpiętrze stał milicjant, wszędzie, w całym gmachu. I drugi temat, w sobotę – elektrociepłownia. W „Sztandarze”, poza biblioteką, poszedł materiał pod tytułem: „Jak Misza szedł do wojska”. To było w niedzielnym wydaniu, w dużym formacie. (…)

Pan, chyba jako jedyny spośród wszystkich kolegów, zajmował się fotografowaniem napisów – absurdalnych albo grających jakąś rolę w opisie polskiej sytuacji.
– Rzeczywiście, chyba robiłem to pierwszy. Bo uważałem, że to jest informacja. Zwłaszcza jeżeli coś ilustruje, tak jak esej prof. Szczepańskiego, socjologa, o etosie pracy. Napisał bardzo ciężki, trudny do zilustrowania temat – socjologia pracy, etos pracy. Ja dostałem tekst, pracowałem nad tym tekstem całą dobę, myśląc, jak to zilustrować. I oczywiście olśnienie – mam niewykorzystane zdjęcia z Rakowa.

To „Pracuję, gdy jestem wolny”?
– Tak. „Pracuję, gdy jestem wolny”. Tabliczka w oknie zakładu fryzjerskiego. Profesor, jak to zobaczył, zachłysnął się z zachwytu, bo to przecież na tym polegało. Szczepański przemycił w tym swoim tekście o etosie pracy, że człowiek, pracując, musi mieć poczucie wolności. Albo: napis: „Przemysł terenowy świadczy usługi dla ludności”, na drugim planie, a na pierwszym sznur i od lewej do prawej strony na całe zdjęcie wiszą majtki, same majtki. To było bardzo śmieszne. Są zdjęcia, które same się opisują przez zetknięcie dwóch światów, zupełnie przypadkowych.

„Używalność noży tylko przy bufecie” – pamiętam te napisy, one były dość powszechne, ale tylko pana znam jako osobę, która w tamtym czasie je fotografowała.
– Wtedy ludziom na co dzień nic to nie mówiło, nikt nie reagował, nóż na sznurku przy stoliku to było normalne. Ale dla mnie to było fascynujące.

A ocenzurowano pana kiedyś w widoczny sposób?
– Nie, przyznam się, że nie miałem szczęścia, bo to byłoby ciekawe wspomnienie kontaktu z cenzurą, ale też nie pokazywałem zdjęć, z których cenzura nie byłaby zadowolona. Zresztą cenzura była redakcyjna.

Właśnie o tym mówię, nie chodzi mi o Mysią.
– Cenzura była redakcyjna i nieraz słyszałem: „Co pan? Pan zwariował? Ja tego nie wydrukuję!”.

A pamięta pan, co to było?
– Nie, nie pamiętam. Bardzo często były takie sytuacje, że chciałem zrobić zdjęcie, i dawałem spokój, bo myślałem sobie: „Cholera, przecież tego mi nikt nie wydrukuje”. I to była największa głupota, bo powinienem właśnie dlatego je zrobić, że nikt by mi tego nie wydrukował przez wiele lat. (…)


Tytuł i skróty pochodzą od redakcji

Cała rozmowa z Aleksandrem Jałosińskim znalazła się w książce Łukasza Modelskiego Fotobiografia PRL. Opowieści reporterów, Znak, Kraków 2013

Wydanie: 34/2013

Kategorie: Książki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy