Optymizm na kredyt

Optymizm na kredyt

Po raporcie prof. Czapińskiego: na dobre samopoczucie Polaków ma wpływ ich… zadłużenie w bankach

Pojawiła się „Diagnoza społeczna”, raport o stanie nastrojów społecznych. Prof. Janusz Czapiński w wywiadach informuje, że Polacy mają się coraz lepiej. Są coraz bardziej zadowoleni z warunków życia. Pewnie to jest prawda. Ma źródło we względnej poprawie warunków życia, przede wszystkim poprzez coraz większą dostępności różnych dóbr. Dzięki masowemu importowi każdy pieniądz ma pokrycie w towarach dostępnych na rynku. Polacy korzystają z ogromnego rozwoju telekomunikacji i informatyki, z radykalnego rozwoju motoryzacji, z sieci wielkopowierzchniowych supermarketów i z szeroko dostępnej turystyki zagranicznej. Ma to pozytywny wpływ na nastroje społeczne. Równocześnie zwiększyło się rozwarstwienie społeczne, na przekór solidaryzmowi, który był na sztandarach walki o zmianę ustroju. Ale to jest słabo widoczne, bo grupy uprzywilejowane nadają ton w opisie rzeczywistości. Słabsi, których sytuacja się nie poprawiła, są niewidoczni w przestrzeni publicznej. Czasem próbują protestować (organizują strajki), ale

media ich wyśmiewają.

Ton debaty nadają kupujący. Warto się zastanowić, w jaki sposób finansuje się rosnącą konsumpcję. Czy jest to wynik dużej produktywności polskich firm, dochodów ze sprzedaży towarów i usług? Czy firmy płacą coraz więcej pracownikom i zniknęło bezrobocie? Raczej trudno to zauważyć. Więc kto finansuje rosnącą konsumpcję?
Jest kilka źródeł finansowania konsumpcji w Polsce. Wymieńmy główne obszary, które skłaniają do refleksji nad przyszłością.

  • Państwo ma deficyt, który w 2010 r. wynosił 45 mld zł. To znaczy, że o tyle więcej wydano na bezpieczeństwo, służbę zdrowia, emerytury i edukację, niż wyniosły wpływy. Otrzymaliśmy usługi na kredyt. Ogólnie zadłużenie kraju przekroczyło kwotę 800 mld zł i stanowi ok. 55% PKB.
  • Do Polski płyną środki z UE w wysokości 67 mld euro, przez siedem lat. Średnio ok. 38 mld zł rocznie. Finansują one głównie inwestycje infrastrukturalne, przy których zarabiają także polskie firmy (także, bo w dużym stopniu zagraniczne). Inwestycje pozwalają zarobić polskim robotnikom i inżynierom.
  • Przychody z prywatyzacji co roku wspierają budżet, w 2010 r. była to kwota 22 mld zł. Stopniowo zmniejsza się jednak wolumen dóbr do sprzedaży i wkrótce zabraknie tej pozycji w dochodach budżetu.
  • Polacy zadłużają się w bankach. W 2010 r. kredyty dla gospodarstw domowych przyrosły o 59 mld zł, a ogólnie wynoszą już 475,4 mld zł. Z tych pieniędzy finansowano zakupy mieszkań i wspomagano konsumpcję bieżącą. Warto zauważyć, że w 2010 r. kredyty dla gospodarstw domowych wzrosły o 14,2%, podczas gdy kredyty dla przedsiębiorstw zmniejszyły się o 1,1%. A kredyty dla gospodarstw domowych stanowią 60% kredytów ogółem. To znaczy, że pożyczamy więcej na konsumpcję niż na produkcję. Raporty banków nie pokazują całego zadłużenia Polaków. W kraju działa wiele prywatnych firm pożyczających pieniądze, które funkcjonują poza kontrolą instytucji nadzoru finansowego. Ludzie są zadłużeni wobec sieci handlowych,

nie płacą terminowo

czynszów, nie regulują opłat za telefony itp. Nie wiadomo, jakie kwoty są pożyczane na tym rynku.

  • Ok. 2 mln Polaków pracuje za granicą i przekazuje do kraju ok. 20 mld zł rocznie. Pieniądze te są wydawane na dobra konsumpcyjne. Paradoksem jest, że pieniądze zarobione za granicą w dużej części są wydawane w kraju, ale na towary z importu. Wystarczy zajrzeć do dowolnego sklepu, aby się przekonać, że wiele prostych wyrobów dla domu jest importowanych.
  • Nie wnikając w charakter wymiany towarowej z zagranicą, można ogólnie zauważyć, że w 2010 r. eksport wyniósł 117,4 mld euro, a import 130,9 mld euro. W rezultacie deficyt obrotów towarowych wynosił 13,5 mld euro. Decydującym czynnikiem wpływającym na charakter eksportu i importu były zmiany koniunktury na głównych rynkach, zwłaszcza na najważniejszym dla Polski rynku unijnym. Ale czynnikiem trwałym jest przewaga importu nad eksportem. Oznacza to, że więcej dóbr kupujemy za granicą, niż sprzedajemy.
  • W kraju istnieje duża szara strefa gospodarki. Chodzi o działalność gospodarczą, która ma wprawdzie legalny charakter, ale w całości lub w części jest ukrywana przed urzędami podatkowymi, celnymi, ubezpieczeń społecznych. Polega to na zaniżaniu efektów ekonomicznych przez firmy, które oficjalnie funkcjonują, ale nie ewidencjonują przynajmniej części działalności wykonywanej na własny rachunek. Do szarej strefy zalicza się nierejestrowaną pracę wykonywaną przez osoby fizyczne. Istotnym wspólnym kryterium dla wszystkich podmiotów szarej strefy gospodarki jest ukrywanie rzeczywistych dochodów. Różne są oceny wielkości szarej strefy. GUS oblicza ją na poziomie 14-15% PKB. Eksperci oceniają, że jest większa. Jaki to ma wpływ na konsumpcję? Dwojaki, bo przedsiębiorcy nie płacą podatku i mogą oferować tańsze usługi (a często potrafią konkurować tylko ceną), a klienci płacą niższe stawki za usługi.
  • Od wielu lat następuje dekapitalizacja gospodarki. Stare elektrownie produkują energię elektryczną, a nowych się nie buduje. Stara sieć przesyłu energii jest w coraz gorszym stanie i nie jest odnawiana. Kolej działa coraz gorzej, ale zmiany dotyczą głównie struktury organizacyjnej, a nie torów i taboru. Koryta rzek nie są pogłębiane ani czyszczone, co istotnie zwiększa groźbę powodzi. Jedyne wielkie inwestycje są prowadzone na drogach. Buduje się autostrady i remontuje drogi. Te prace pochłaniają dużą część unijnych pieniędzy. Ogólna dekapitalizacja infrastruktury oznacza, że używamy jej, nie odnawiając. Dopiero gdy przestanie funkcjonować, zaczniemy ponosić wydatki na odbudowę. I wówczas trzeba będzie

ograniczyć konsumpcję.

Gdyby na problemy kraju spojrzeć przez pryzmat doświadczenia gospodarstwa domowego, można przedstawić taką historyjkę. Rodzina wzięła kredyt na zakup mieszkania w wysokości 110% jego wartości. Wystarczyło więc także na meble. Kredyt na karcie kredytowej pozwolił na urządzenie przyjęcia. Dodatkowe dochody uzyskane z pracy wykonywanej po godzinach i płacone bezpośrednio do kieszeni pozwalają na sympatyczne spędzenie urlopu. Wprawdzie dług jest wielki i ma być spłacany przez 30 lat, ale póki jest praca, jakoś można go obsługiwać. Karta kredytowa pozwala co miesiąc wydawać pieniądze szybciej, niż się zarabia. A co będzie, kiedy zarobki się zmniejszą? Taka sytuacja może wystąpić i nie ma wtedy żadnego dobrego rozwiązania. Wszystko jest „na styk” i nie ma rezerwy na sytuacje nieprzewidziane.


Autor jest niezależnym ekspertem finansowym

Wydanie: 32/2011

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy