Ostatni dzwonek ostrzegawczy

Ostatni dzwonek ostrzegawczy

Wybory w Meklemburgii-Pomorzu Przednim są punktem zwrotnym dla CDU

Korespondencja z Berlina

Przebywająca 4 września w Chinach Angela Merkel była prawdopodobnie wdzięczna za każdy kilometr dzielący ją od zamku w Schwerinie, gdzie ogłoszono pierwsze wyniki sondażowe wyborów do landtagu w Meklemburgii-Pomorzu Przednim. Szefowa CDU do końca żywiła nadzieję na utrzymanie drugiego miejsca w zdominowanym przez socjaldemokratów kraju związkowym. Stało się inaczej. SPD obroniła wprawdzie pozycję lidera, osiągając 30,6% głosów (5% mniej niż w poprzednich wyborach), ale drugie miejsce zdobyła populistyczna AfD (20,8%), wyprzedzając nieszczęs-
nych chadeków, którzy uzyskali zaledwie 19% poparcia. Rządząca dotąd w Meklemburgii „wielka koalicja” utrzymała więc teoretycznie przewagę, uzyskawszy 42 z 71 mandatów.

Czy jednak SPD będzie chciała wznowić sojusz z wypaloną CDU? Czerwono-czerwony sojusz z partią Die Linke, która zdobyła 13,2% głosów, wydaje się całkiem prawdopodobny. Wykluczyć można zaś koalicję z Zielonymi, którzy nie przekroczyli progu wyborczego (4,9%). Oprócz Die Grünen marzenia o miejscach w landtagu mogą pogrzebać także liberałowie z FDP (3,8%) i neonazistowska NPD (3,2%), której część elektoratu powędrowała do AfD. Mimo że jej nadzieje na udział w rządzie są raczej płonne, Alternatywę dla Niemiec należy zaliczyć do zwycięzców. Wskutek wewnątrzpartyjnych zatargów jeszcze niedawno populiści tracili poparcie, dziś świętują. – Wyparcie CDU z drugiego miejsca jest wisienką na torcie. Być może to początek końca rządów Angeli Merkel – zastanawiał się Leif-Erik Holm, rzecznik AfD w Schwerinie.

Bolesna nauczka

Oświadczenie Holma jest o tyle celne, że wybory w Meklemburgii stały się punktem zwrotnym, otwierającym wielkie pole do dyskusji, szczególnie z perspektywy CDU. Merkel wprawdzie tym razem nie nabrała wody w usta i wzięła na siebie odpowiedzialność za fatalny wynik, ale zaznaczyła, że w sprawie imigrantów nadal podąża słuszną ścieżką.

Tymczasem w kręgach bawarskich chadeków zapanował szok, obóz Horsta Seehofera kipiał oburzeniem. – To była kolejna bolesna nauczka. Jeśli nie wprowadzimy teraz górnych granic dla uchodźców, to kiedy? – pytał Andreas Scheuer, sekretarz generalny CSU, po zamknięciu lokali wyborczych. Do gaszenia ponownie wznieconego chadeckiego pożaru przystąpił Peter Altmaier. – Nie wiem, dlaczego mielibyśmy je wprowadzić, przecież decyzje rządu federalnego owocują, do Niemiec napływa coraz mniej imigrantów – przekonywał szef Urzędu Kanclerskiego w programie „Hart aber fair”.

Merkel oczywiście wie, że jej kurs powinien zostać szerszej przedyskutowany, o czym świadczy choćby fakt, że wciąż unika odpowiedzi na pytanie, czy będzie po raz czwarty ubiegała się o fotel kanclerski. – Musimy teraz powoli odzyskać zaufanie naszych wyborców – mówiła jeszcze w Chinach.

Powoli? 18 września mieszkańcy Berlina pójdą do urn, aby wybrać przedstawicieli swoich okręgów. Współrządzącej w stolicy CDU grozi ten sam czarny scenariusz, który przytrafił się w marcu SPD. W wyborach do badeńskiego landtagu partia Sigmara Gabriela spadła na czwarte miejsce.

W szeregach niemieckiej chadecji szefowa rządu uchodziła dotąd za gwarantkę sukcesu, lokomotywę wyborczą. Merkel wciąż cieszy się poparciem połowy rodaków. Umiejętnie wykroiła kawałek zielonego tortu nożem, który wcześniej wbiła w plecy socjaldemokratom, słowem – zagospodarowała centrum. W ten sposób zepchnęła Die Grünen na lata do opozycji, SPD zaś mogła powrócić do władzy jedynie jako Juniorpartner, któremu kanclerz dyktowała warunki. Z ciepłym uśmiechem i chłodnym umysłem zaskarbiła sobie sympatię nieprzekonanych i zdemobilizowała wyborców lewicy. Mamiąc urokiem socjaldemokracji, odbierała ich jej lub sprawiała, że podczas wyborów część elektoratu pozostawała w domu. Dopóki ta strategia się sprawdzała, dopóty Merkel udawało się przekonać partyjnych kolegów do bezalternatywności wytyczonej linii i wszyscy grali pod jej batutą.

Po wyborach w Meklemburgii sytuacja się zmieniła. Zapalczywym krytykom z CDU/CSU przeszkadza nie tyle mierny wynik, ile fakt, że po prawej stronie wyrósł poważny konkurent w postaci AfD, której nie sposób już pomijać milczeniem. W podobnej niechwale odchodził w 2005 r. Gerhard Schröder, który ze swoją Agendą 2010 stracił wielu członków SPD na rzecz nowej formacji Die Linke. Wszak w Schwerinie socjaldemokraci cieszą się niesłabnącą popularnością, „cios meklemburski” nie był zatem wymierzony w SPD czy w „wielką koalicję”, lecz przede wszystkim w CDU i samą Angelę Merkel.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 37/2016

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy