Okno życia to 72 godziny

Okno życia to 72 godziny

Jak wygląda ratowanie ofiar trzęsień ziemi


Dr Wojciech Wilk – współzałożyciel i prezes Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej, kieruje medycznym zespołem szybkiego reagowania PCPM, działającym w ramach systemu Światowej Organizacji Zdrowia; niegdyś pracownik, obecnie ekspert ONZ.


W potocznym wyobrażeniu ziemia drży dziś wyłącznie od wystrzałów armatnich. Wojna zdominowała percepcję, ale natura robi swoje. W ostatnich kilkunastu dniach doszło do poważnych wstrząsów w Timorze, Peru i Chinach. Dla organizacji humanitarnych stan pogotowia trwa cały czas, ale rozumiem, że nie każde trzęsienie ziemi wymaga reakcji.
– W ich przypadku istotne są dla nas trzy czynniki. Po pierwsze, siła. Dziś mierzymy ją w magnitudzie, przy czym każda z tych wielkości jest 10 razy większa niż poprzednia. Trzęsienie ziemi o magnitudzie 9 jest zatem 1000 razy silniejsze od tego o magnitudzie 6. Drugi czynnik to głębokość. Jeśli do rozładowania naprężeń w skorupie ziemskiej dochodzi nie więcej niż 20 km od powierzchni, a już szczególnie 10 km i mniej, wstrząsy będą bardzo odczuwalne. I w tym momencie dochodzi trzeci czynnik – gęstość i rodzaj zasiedlenia obszaru dotkniętego kataklizmem. W 2011 r. w Japonii mieliśmy jedno z najsilniejszych trzęsień ziemi w historii pomiarów. Zniszczenia przez nie wywołane były minimalne. To, co działo się później w Fukushimie, było efektem tsunami.

Dokonania japońskich inżynierów są już legendarne. Ale nawet oni nie byli w stanie zapobiec katastrofie, która w 1995 r. nawiedziła Kobe. W trzęsieniu ziemi zginęło wówczas 6,5 tys. mieszkańców.
– Do wstrząsów doszło pod półtoramilionowym miastem. A śmiertelne żniwo zebrały przede wszystkim walące się wiadukty i inne elementy infrastruktury. Budynki mieszkalne, spełniające wyśrubowane japońskie standardy bezpieczeństwa, przetrwały.

Co prowadzi do wniosku, że skutki trzęsień ziemi są związane z zamożnością dotkniętych nimi regionów. Bogatsze kraje mają własne zespoły ratunkowe i medyczne, biedniejsze muszą liczyć na pomoc zagraniczną. W kwietniu 2015 r. w takiej sytuacji znalazł się Nepal.
– A my, Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej, właśnie wtedy zakończyliśmy kompletowanie zespołu ratunkowego. Odwiedzałem przy tej okazji media i gdy czekałem na wejście do studia TVN, na skrzynkę w telefonie przyszedł mejl z Globalnego Systemu Informowania o Katastrofach (Global Disaster Alert and Coordination System, GDACS).

Czyj jest ten system?
– Prowadzi go ONZ przy współfinansowaniu Unii Europejskiej. W alercie mowa była o trzęsieniu ziemi w Nepalu o magnitudzie 8,8, na głębokości 10 km. Musiałem wyłączyć komórkę, wszedłem na wizję, ale z tyłu głowy miałem ten alert. Odpaliłem komórkę zaraz po nagraniu. W skrzynce był już drugi alert – ta sama siła i głębokość. Byłem pewien, że tak płytkie rozładowania naprężeń musiały spowodować dużo ofiar na powierzchni. I że Nepal będzie potrzebował natychmiastowej pomocy medycznej. W ciągu dwóch-trzech godzin zebraliśmy pierwszy zespół ludzi i kupiliśmy bilety na następny dzień na lot do Nepalu. Taki zespół medyczny powinien liczyć 15-20 osób, ale nas było sześcioro.

Problemy z mobilizacją?
– Skąd! Szybko pojawiły się informacje, że na skutek wstrząsów pękła nawierzchnia pasa startowego w Katmandu, stolicy kraju. A to jedyne lotnisko w Nepalu. Ryzyko, że lecąc samolotem komercyjnym, nie dotrzemy na miejsce, było zbyt duże. Wówczas utrzymywanie 15-20 osób, powiedzmy przez tydzień w Katarze, gdzie czekalibyśmy na jakiś lot, było poza naszymi możliwościami finansowymi.

Zespół musiał być lekki, mobilny – właśnie z uwagi na konieczność lotu samolotem komercyjnym.
– Od początku budowaliśmy go z założeniem, że będziemy się przemieszczać głównie zwykłymi liniami lotniczymi. Widzieliśmy, jak długo trwał proces decyzyjny, żeby wysłać samolot rządowy z grupą ratowniczą na Haiti – kilka dni. Tymczasem w przypadku trzęsień ziemi pomoc medyczna jest potrzebna jak najszybciej. „Okno życia” na wyciągnięcie ludzi spod gruzów to 72 godziny. Potem śmiertelność bardzo szybko rośnie. W szóstej dobie od wstrząsów przeżywalność osób zawalonych nie przekracza 3%.

W tym samym czasie do Nepalu wybierał się też zespół poszukiwawczo-ratowniczy straży pożarnej.
– Strażacy polecieli czarterowanym samolotem, który mieli tylko dla siebie, my zabraliśmy się z Qatar Airways. I gdy dotarliśmy do Kataru, okazało się, że loty do Katmandu są poopóźniane albo anulowane.

Dramat.
– Nasz samolot miał startować z kilkugodzinnym opóźnieniem. Poszedłem do stanowiska przebukowywania biletów i poprosiłem o rozmowę z szefem zespołu. Dowiedziałem się, że trzy godziny przed naszym planowanym lotem do Katmandu leci inny samolot Qatar Airways, pusty. W stolicy Nepalu czekało wówczas na wylot ok. 5 tys. spanikowanych pasażerów, których należało jak najszybciej ewakuować. Przebukowaliśmy więc bilety i wsiedliśmy do szerokokadłubowego airbusa, gdzie oprócz naszej szóstki była tylko załoga i kilkoro pasażerów.

Pamiętam informacje z mediów, że trzęsienie ziemi dotknęło głównie Katmandu, są powalone budynki, tysiące ofiar.
– Na bazie tych danych polska straż pożarna i inne jednostki ratunkowe wysłały do Nepalu tzw. ciężkie zespoły poszukiwawczo-ratownicze, składające się z minimum 80 osób, mające do dyspozycji psy i przede wszystkim sprzęt do cięcia stali i betonu oraz wszystko to, co niezbędne do wyciągania ludzi spod gruzów wielopiętrowych budynków. My też założyliśmy, że będziemy działać głównie w gruzach Katmandu. Pamiętam więc swoje zdziwienie, gdy samolot podchodził do lądowania. Patrzyłem przez okno, myśląc: „Przecież tu nie ma żadnych zniszczeń”.

Wylądowaliście i?
– Pierwsze, co powinien zrobić zespół ratunkowy, to zameldować się w specjalnym punkcie przyjęć. W Katmandu pracownik ONZ, który ten punkt obsługiwał, przyleciał pół godziny wcześniej. Nie było więc mowy, byśmy dostali informacje na temat bieżącej sytuacji i konkretny przydział. Wiadomo było tylko, że poza stolicą są poważne zniszczenia i sporo ofiar.

Co zrobiliście?
– Mieliśmy szczęście, bo dzięki znajomym odebrał nas Nepalczyk, który zajmował się oprowadzaniem polskich turystów. Zabrał nas do domu, skąd po szybkim prysznicu ruszyłem na rekonesans po Katmandu. Uszkodzonych bądź zawalonych budynków było raptem kilkadziesiąt – w mieście zamieszkanym przez 1,5 mln ludzi.

Najwięcej ofiar pochłonęło zawalenie się wieży w centrum Katmandu, z której można było podziwiać panoramę miasta.
– Zbudowano ją z glinianych cegieł, więc na skutek wstrząsów po prostu się rozsypała. Na miejscu były już ekipy, więc udałem się do lokalnego centrum koordynacyjnego (On-Site Operations Coordination Centre, OSOCC) na parkingu przy miejscowym biurze ONZ. Tam skierowano mnie do ministerstwa zdrowia.

Katmandu było wówczas miastem duchów.
– Sklepy pozamykane, pustki na ulicach, niewielki ruch samochodowy. Wszyscy, którzy mogli, wyjechali do rodzinnych miasteczek i wiosek, żeby pomagać poszkodowanym rodzinom. Na piechotę dotarłem do ministerstwa zdrowia, gdzie złożyłem wymagany dokument rejestracji zespołu medycznego. Tam poproszono mnie, byśmy pojechali do regionu Sindhupalchok. Był poniedziałek rano.

Sindhupalchok to prowincja przylegająca od wschodu do Katmandu.
– „Nie mamy kontaktu z ludnością w 11 dolinach górskich”, przyznali urzędnicy resortu zdrowia. Następnego dnia nasi ratownicy medyczni wynajęli motocykle i pojechali do Sindhupalchok. W samej stolicy prowincji wielkich zniszczeń nie było. Lokalne władze informowały za to o dramatycznej sytuacji niżej, wokół miasta Melamchi, dokąd nie dotarły jeszcze zespoły ratunkowe.

Co z tą wiadomością zrobiło ministerstwo zdrowia?
– Pod koniec tego dnia zobaczyłem przed gmachem resortu dużą korkową tablicę, a na niej mapę Sindhupalchok. W plamę oznaczającą stolicę prowincji wbito pinezkę, z której na sznurku zwisała karteczka z napisem „Polish Medical Team”. Tak dowiedziałem się o przydziale. W środę załadowaliśmy się na samochody i pojechaliśmy do Melamchi. W linii prostej to może 45 km, ale jechać trzeba było naokoło. I gdy zagłębiliśmy się w dolinę, ukazały się apokaliptyczne widoki. Wioska po wiosce – wszystkie leżały w gruzach. Nie przetrwał żaden dom zbudowany w tradycyjny sposób, czyli z kamieni. Ocalały tylko budynki, których elementy nośne wykonano ze zbrojonego betonu. Było ich naprawdę niewiele.

To był już piąty dzień po trzęsieniu ziemi – fetor rozkładających się ciał musiał wam mocno dokuczać.
– Momentami był nie do zniesienia. Mimo to miejscowi próbowali odzyskać z gruzowisk jakieś okna, drzwi i inne przydatne przedmioty.

Pewnie wciąż szukano przysypanych.
– Oczywiście. W Melamchi skierowano nas do pobliskiej bazy armii nepalskiej. Lądowały tam małe helikoptery, przewożące rannych z okolicznych wsi. Następnie większe maszyny – należące do armii indyjskiej – zabierały poszkodowanych do Katmandu. Przed naszym przyjazdem każdy ranny przywieziony z górskich wsi był potem transportowany do Katmandu. Tymczasem w wielu przypadkach nie miało to sensu.

Niewielkie rany można było opatrzyć na lądowisku.

Potrzebny był sensowny triaż, by nie zapychać szpitali w stolicy.
– Nie tylko dlatego. Osoba, która była tam wysyłana, z reguły nie miała przy sobie pieniędzy, więc jej powrót do rodzinnej miejscowości był wyzwaniem.

Zajęliście się więc selekcją pacjentów.
– Rozstawiliśmy namioty na lądowisku, gdzie przez kolejne pięć dni przywożono rannych z doliny. Lekarze i ratownicy na miejscu pomagali lżej poszkodowanym, natomiast osoby z cięższymi obrażeniami przygotowywali do dalszego transportu lotniczego. Indyjski śmigłowiec Mi-17, na pokładzie którego mieściło się osiem par noszy, przylatywał dwa-trzy razy dziennie.

Mi-17 ma potężną moc.
– Po tym jak wznoszący się helikopter porwał nasze namioty, przed każdym kolejnym startem trzymaliśmy je z całych sił, przy wydatnej pomocy nepalskich żołnierzy. O zakotwieniu schronień w betonie nie było mowy.

W przypadku klęsk żywiołowych często korzysta się z zasobów armii, nawet obcych państw. Jak to działało w tym przypadku?
– Bardzo dobrze. Siedemnastki, które przylatywały do naszej bazy, przywoziły pomoc humanitarną, głównie jedzenie, a zabierały rannych. W żadną stronę nie leciały na pusto. Widać było, że ktoś to wszystko sensownie koordynował. W Nepalu działali wtedy także wojskowi z Chin i USA. Amerykanie zresztą mieli pecha – nad Himalajami rozbił się jeden z ich śmigłowców. Zginęło wówczas kilku wojskowych medyków i załoga.

Najwyższe góry świata wymagają od pilotów doskonałych umiejętności, a od maszyn potężnej mocy rotorów.
– Któregoś razu wylądował u nas Mi-17, który wcześniej zabrał z więziennego szpitala pięciu rannych. My zaś przygotowaliśmy do transportu siedmiu ludzi w bardzo ciężkim stanie. Wymagali pilnej ewakuacji medycznej do Katmandu. Kapitan indyjskiej maszyny załamał ręce i mówi: „Wszystkich nie wezmę, a wrócić po resztę nie zdążę. To Himalaje, tu nie lata się w nocy”. Ja na to, że rozumiem, ale ci ludzie do rana nie przeżyją. Trochę nawet się pokłóciliśmy, więc poprosiłem Nepalczyków, żeby nosze z siódemką naszych rannych położyli przed nosem helikoptera. „Dobra, wybieraj, których czterech ma umrzeć”, usiłowałem zagrać va banque. Nie udało się – pilot zabrał tylko trzy osoby. Przekonani, że nasi pacjenci umrą, jakiś czas później usłyszeliśmy charakterystyczny dźwięk rotorów. Było tuż przed zachodem słońca, a mimo to siedemnastka wróciła po rannych.

Z kolejnych podobnych dylematów wyratowali was sąsiedzi.
– Kilka dni po naszym przyjeździe w dole doliny pojawił się czeski zespół medyczny. Czesi rozlokowali się w częściowo zniszczonym budynku kliniki i mieli więcej sprzętu niż my. Od tej pory osoby, które wymagały obserwacji, a nie załapały się na transport do Katmandu, zwoziliśmy samochodem do doliny.

Zwykle po kilku dniach intensywność działań ratowniczych spada.
– W siódmym dniu pobytu w Melamchi nie przyleciał żaden helikopter. Nic się nie działo. Lecz dobrze wiedzieliśmy, że koniec ostrej fazy nie oznacza, że nie ma już co robić. Medycy znów wsiedli na motocykle i ruszyli do okolicznych wsi. Dom po domu sprawdzali, czy ktoś nie potrzebuje pomocy. To samo robiły inne zespoły ratunkowe, które zaczęły docierać do doliny. W pewnym momencie ekipa z Tajlandii przywiozła nam kobietę z zawałem serca. Wezwałem przez telefon satelitarny helikopter z Katmandu, ale pacjentka wymagała natychmiastowego działania. Nam tymczasem rozładował się defibrylator – i nie było żadnego sposobu, by go naładować. Zawołałem więc przez radio Czechów, którzy szybko pojawili się ze sprzętem. Gdy go odpalili, maszyna przemówiła: „Odstupte se od pacienta”. Wiadomo, jak na Polaków działa język czeski – poczułem, jak wraz ze śmiechem schodzi ze mnie napięcie.

Pacjentka przeżyła.
– Tak, została dostarczona do indyjskiego szpitala polowego. Na wszelki wypadek poleciał z nią nasz ratownik. Reszta, koszmarnie zmęczona, spakowała się i zjechała do Katmandu, a potem do kraju.

W tym czasie na miejsce dotarł kolejny wasz zespół.
– Nastąpiło drugie trzęsienie ziemi, bardzo silny wstrząs wtórny na wschód od prowincji, gdzie pracowaliśmy. Spowodował on dodatkowe zniszczenia i konieczne było przesunięcie operacji ratunkowej na nowy obszar.

Ekipa przyleciała samolotem transportowym C-130 Polskich Sił Powietrznych.
– Polski rząd zorganizował przerzut pomocy humanitarnej, zebranej przez Caritas i PCK. Zostało trochę wolnego miejsca, akurat by się zmieścił zespół ratunkowy PCPM. Nie obyło się jednak bez kłopotów, bo lotnisko w Katmandu ma tylko osiem miejsc postojowych. A władze nepalskie nadal zmagały się z kłopotem w postaci zagranicznych turystów koczujących w porcie lotniczym, wciąż utrzymując priorytet dla samolotów pasażerskich. Nam to wcześniej pomogło, ale druga ekipa zahaczyła najpierw o Delhi. C-130 z Polski, tak samo jak inne samoloty, musiał czekać w stolicy Indii na zielone światło z Katmandu.

Wasz team jeszcze miał czym się zająć, ale szybko okazało się, że pomocy doraźnej – typu koce czy materace – przywieziono do Nepalu za dużo.
– Był już początek maja, a pod koniec czerwca zaczyna się pora monsunowa. Przez dwa miesiące spada 1,5 m deszczu na metr kwadratowy, czyli mniej więcej tyle, ile w Polsce w ciągu dwóch-trzech lat. Najlepszy koc nie stanowi wówczas żadnego zabezpieczenia, jeśli ludzie nie mają dachu nad głową. Namioty też nie były żadnym rozwiązaniem, bo nie były w stanie wytrzymać naporu wody – jak nie z góry, to z dołu. Konieczne było znalezienie rozwiązania odpornego na te warunki i bezpiecznego w przypadku wstrząsów wtórnych. A przy tym w miarę taniego.

Bambus nadaje się idealnie.
– Jeżdżąc po zniszczonej dolinie, natknąłem się na ogromną stodołę, wysoką na 10 m, w której mieszkało kilka rodzin, pozbawionych wcześniej domów. Wykonany z bambusa budynek nie poddał się wstrząsom. Bambusowych konstrukcji nie zbija się gwoźdźmi, tylko się je wiąże, całość więc – poza tym, że trwała – jest w miarę elastyczna. Przyszło mi do głowy, że o to chodzi – że rozwiązaniem są chatki z bambusowymi ścianami, przykryte blachą falistą. Ostatnim dużym projektem PCPM w Nepalu była budowa ponad 30 takich domów w dwóch wsiach.

Podczas trzęsienia ziemi zginęło prawie 9 tys. osób. Rannych było trzy razy tyle. W sumie pomogliście 450 osobom, zbierając przy okazji masę doświadczeń. Co było dalej?
– Po powrocie z Nepalu otrzymałem mejl ze Światowej Organizacji Zdrowia, a w nim zaproszenie dla zespołu ratunkowego PCPM do przejścia certyfikacji w ramach systemu Emergency Medical Team. Przejrzałem wytyczne dla tego systemu – pokrywały się z tym, co robiliśmy i zamierzaliśmy robić. Chodziło w nich o dwudziestokilkuosobowy team, wyposażony w sprzęt o wadze do kilku ton, zdolny dotrzeć na miejsce samolotem komercyjnym. Podjęliśmy więc wyzwanie zbudowania EMT pierwszego poziomu, którego zadaniem jest triaż i stabilizacja rannych, a następnie pozostanie w miejscu katastrofy przez kilka tygodni, jako zastępczy ośrodek zdrowia dla osób chorych i cierpiących na wtórne konsekwencje kataklizmu.

Ten proces zajął wam cztery lata.
– W tym czasie waga naszego wyposażenia wzrosła z 400 kg do prawie 5 ton, a liczba namiotów z dwóch do dziesięciu. Ze względu na coraz bardziej wygórowane wymagania WHO zespół wzbogacił się o sale do przyjmowania porodów, sale dla lżej i ciężej rannych, systemy dekontaminacji chorych na choroby zakaźne, izolatki, systemy spalania śmieci medycznych, oczyszczania wody, no i zaplecze socjalno-obozowe dla 20 osób.

Jak mały szpital polowy.
– Jesteśmy 29. certyfikowanym medycznym zespołem szybkiego reagowania na świecie. Siódmym prowadzonym przez organizacje pozarządowe.

Fot. archiwum PCPM

Wydanie: 24/2022

Kategorie: Świat, Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy