Ostatni film Robina Williamsa

Ostatni film Robina Williamsa

Apokalipsa może się dokonywać na naszych oczach, my jej nie widzimy, bo jesteśmy zajęci swoimi małymi problemami

Dito Montiel – amerykański reżyser i scenarzysta filmowy

„Bulwar” jest reklamowany jako ostatni film z Robinem Williamsem. Jak pan zapamiętał tego aktora?

– Robin bardzo profesjonalnie i poważnie podchodził do pracy. Zastanawialiśmy się, jak jego bohater powinien postąpić w poszczególnych sytuacjach. Dopisywaliśmy mu biografię, przewidywaliśmy jego przyszłość. Niesamowicie wczuwał się w rolę, chciał pojąć człowieka, w którego się wcielał.

Co zdecydowało o obsadzeniu go w głównej roli?

– Jeśli chodzi o aktorów, dla mnie zawsze najważniejsze są jakość gry i umiejętności. Przykładem tego może być Shia LaBeouf, z którym zrobiłem mój ostatni film, pokazywany w Wenecji „Man Down”. Jest bardzo dobrym aktorem, ale zupełnie nieprzewidywalnym. Kiedy patrzy się, jak wchodzi w rolę, nie wie się, czy staranuje ciebie, kamerę, czy to, co ma staranować według scenariusza. Z nim nigdy nie czujesz się pewnie ani bezpiecznie. Jest nieokiełznany.

To znaczy, że nie traktuje swojej pracy poważnie?

– Przeciwnie, zbyt poważnie. Niektórym reżyserom to podejście może się wydać irytujące albo aroganckie, ale ja je rozumiem. Doceniam, kiedy komuś tak bardzo zależy na realizacji naszego wspólnego celu.

Co zainspirowało pana do napisania scenariusza „Man Down”, filmu rozliczającego Amerykanów z udziału w ostatniej wojnie na Bliskim Wschodzie?

– Najbardziej wpłynęło na mnie doniesienie prasowe o żołnierzu, który z Afganistanu wrócił do USA. Kiedy jechał taksówką, w pewnym momencie miał wrażenie, że został porwany. Nie potrafił odróżnić rzeczywistości od wyobraźni, chciał walczyć z kierowcą, uciekać, bronić się. Zainteresował mnie ten moment, kiedy ów żołnierz zorientował się, że jednak jest w USA i jest bezpieczny. O tym chciałem zrobić film, dlatego zdecydowałem się, żebyśmy w pierwszej połowie patrzyli na świat oczami bohatera, a w drugiej – innych ludzi. I żebyśmy zobaczyli, jak różni się świat widziany przez kogoś cierpiącego na zespół stresu pourazowego i przez osobę, która nie doznała okrucieństwa wojny.

„Man Down” to kolejny film pokazujący zespół stresu pourazowego, z którym zmaga się męski bohater. Kobiety, które wspierały operację na Bliskim Wschodzie, nie mają z nim problemów?

– Zespół stresu pourazowego ma genezę nie tylko w wojnie, ale też w wielu innych traumatycznych okolicznościach, takich jak gwałt czy pobicie. Jednak w mediach mówi się głównie o tym wojennym, bo on pojawia się masowo, kiedy ludzie w dużej liczbie wracają z kontyngentu. Po wojnie w Afganistanie i Iraku ten temat znów został wzięty na tapetę, donosiły o nim media. Słyszałem wiele dyskusji, ale nigdzie nie natrafiłem w tym czasie na reportaż ani program o osobach, które cierpią na niego z powodu np. gwałtu. Zespół stresu pourazowego został zarezerwowany dla mężczyzn.

Osoby, które były na wojnie, nadzorowały pracę na planie?

– Wiele z nich było obecnych codziennie. Przede wszystkim sprawdzały, czy bohaterowie zachowują się wiarygodnie, i dbały o to, by nie przekłamać sposobu walki czy poruszania się przez wojsko, taktyki. To dziwne, bo film jest przecież udawaniem. A ci ludzie nie pozwalali nam udawać. Chcieli, żeby w momencie gdy bohater wykopuje drzwi, bał się, co jest za nimi, tak samo mocno jak żołnierz, który musi to zrobić na wojnie.

Jaki był pański cel, kiedy kręcił pan „Man Down”?

– Zależało mi przede wszystkim na tym, żeby pokazać, że ludziom, którzy nie uczestniczą bezpośrednio w konflikcie zbrojnym, zawsze wydaje się on czymś z innego świata. Odnosimy wrażenie, że nas nie dotyczy. To mit. Tak naprawdę fakt, że moi rodacy biorą udział w wojnie, jest wynikiem procesu, w który jestem uwikłany. Bo przecież ktoś ich na tę wojnę wysłał. A decydentów podejmujących takie decyzje ktoś wybrał. Nie znoszę tych tanich wymówek w rodzaju „to nie jest moja władza, bo ja na nią nie głosowałem”. Ta władza rządzi i to ona decyduje o kształcie naszego życia. Jeśli wypowiada komuś wojnę, robi to w imieniu całego narodu. A jeśli z tej wojny wracają ludzie z zespołem stresu pourazowego i nie potrafią odróżnić fikcji od rzeczywistości, również my jesteśmy zagrożeni ich działaniem. Musimy wziąć odpowiedzialność za posprzątanie bałaganu zrobionego przez wojska USA i sprzymierzeńców, którzy wysłali na Bliski Wschód swoje kontyngenty.

Strony: 1 2

Wydanie: 20/2016

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy