Pamiętajcie o mnie, ja tu jestem!

Pamiętajcie o mnie, ja tu jestem!

Facebook jest sceną, na której niekiedy toczy się alternatywne życie

Jakub Kuś – psycholog internetu z Uniwersytetu SWPS i badacz oddziaływania mediów społecznościowych na psychikę.

Porozmawiajmy o jasnych i ciemnych stronach Facebooka. Ja na nim się nie udzielam, to może nawet lepiej dla naszych rozważań.
– Z Facebookiem jest trochę tak jak z antybiotykiem – na niektórych działa, na innych nie. Teza, że to medium, które doprowadzi do diametralnej zmiany funkcjonowania społeczeństwa, jest trochę przesadzona. To tylko strona internetowa, aplikacja, która wstrzeliła się w odpowiedni czas. Ma zaledwie 13 lat, a masowo korzysta się z niego może od ośmiu, czyli od momentu upowszechnienia internetu mobilnego. W związku z tym możemy mieć aplikację w telefonie, która będzie nas trzymała na krótkiej smyczy.

Dzięki książce „Sfejsowani” amerykańskiej psycholożki Suzany Flores odkryłam, że Facebook tworzy nowy świat, alternatywny.
– Facebook może nie tworzy tego świata, ale jest sceną, na której niekiedy toczy się alternatywne życie.

I nie można go opuścić. Bo facebookowicz zrósł się z tamtą rzeczywistością, ma tam znajomych, przyjaciół, wrogów, punkty odniesienia.
– To prawda, trudno opuścić FB. Jest to szczególnie trudny krok dla nastolatków. Mamy tu do czynienia ze zjawiskiem FOMO – od angielskiego fear of missing out, lęku przed wypadnięciem z obiegu, przed przeoczeniem czegoś. Dla nastolatków obecność na FB jest obowiązkowa. Gdyby ich tam nie było, nie wiedzieliby, co się dzieje w życiu ich znajomych, nie obejrzeliby zdjęć, wpisów, być może nie byliby zapraszani na imprezy, urodziny. A na pewno znacznie trudniej byłoby im zdobyć te informacje.

Mówimy o ponoszeniu konsekwencji.
– Owszem. I taki młody człowiek, który może nawet sam z siebie nie chciałby tak funkcjonować, ma dylemat – żyć w zgodzie ze sobą i nie zakładać konta na FB, ale w konsekwencji być wyobcowanym społecznie i potraktowanym jako „niedorozwinięty cyfrowo i wirtualnie”, czy jednak stworzyć profil, jak wszyscy.

Znam młodych ludzi, którzy jako prekursorzy nowych trendów ignorują FB.
– Rzeczywiście, jest to pewna nowość, tworzy się ruch antyfacebookowy. Sam także znam wiele takich osób, ale rzadko dotyczy to nastolatków.

Czyli to choroba, którą wszyscy się zarazili, a najbardziej najmłodsi.
– Czytałem już o tzw. cyfrowych detoksach, wyjazdach, gdzie zabiera się ludzi bez komórek i gdzie pozbawieni są internetu. Jeśli osoby, które kompulsywnie korzystają z Facebooka, kilkadziesiąt razy dziennie sprawdzając, co tam się dzieje, nie mogą tego robić, mają wręcz objawy odstawienne, jak inni uzależnieni. Pojawia się lęk, nerwowość, problemy z koncentracją. Paliwem uzależnienia od FB jest dążenie do popularności, chęć bycia nawet w mikroskali osobą znaną, docenianą, kimś, kogo znajomi uważają za interesującego człowieka.

Taką potrzebę łatwiej zrealizować w wirtualnej rzeczywistości niż w realu.
– Staje się to dużo prostsze. Mamy młodego chłopaka, który jest nieśmiały i nie ma dużo znajomych, ale ma naturalną ludzką potrzebę bycia akceptowanym społecznie. I może on poświęcić dziennie dwie-trzy godziny, aby zrobić fajne zdjęcie w atrakcyjnym miejscu. Jeśli umie je jeszcze obrobić w programie graficznym i wymyślić inteligentny podpis, a potem wrzuci na FB, ma zapewniony wizerunek, oddźwięk w postaci lajków i komentarzy. Ten mechanizm jest mocno uzależniający.

Czy każdy to ma?
– Nie. Jest to pewna cecha osobowości, zwana przez psychologię samoświadomością publiczną, kiedy często myślimy o sobie jako obiekcie społecznym, zastanawiamy się nad tym, jak często ludzie nas obserwują, co o nas myślą, jak nas oceniają. Facebook pozwala uzyskać tę ocenę od razu i nie na podstawie tego, jacy jesteśmy naprawdę, ale na podstawie naszej kreacji. I tutaj zaczynają się problemy, jak taki człowiek zaczyna naprawdę siebie postrzegać.

Czyli?
– Wyobraźmy sobie, że ktoś stworzył na Facebooku wizerunek osoby bardzo kompetentnej, dowcipnej, spotykającej się z ciekawymi ludźmi. Może i częściowo jest to prawda, ale on tworzy swój cyfrowy portret. A w rzeczywistości w ogóle może nie być szczęśliwy.

Ludzie, którzy mu kibicują, niekoniecznie muszą znać o nim prawdę.
– Bywa i tak, co prowadzi do problemów z tożsamością. Ale powiedzmy, że znajdzie się grupa ludzi, którzy znają prawdę, i dojdzie do konfrontacji wizerunku wirtualnego z rzeczywistym.

Może to delikwenta zdołować.
– Nawet wywołać depresję. Są badania, które pokazują, że na zaburzenia depresyjne narażone są zwłaszcza osoby, które lubią tylko biernie przeglądać Facebooka. Pooglądać, co robi jeden, drugi znajomy, a sami nic nie umieszczają, uznając niekiedy, że ich życie jest mniej ciekawe. Ciągłe interesowanie się tylko innymi, zwłaszcza w przypadku młodego człowieka, może doprowadzić do obniżenia samooceny.

Na skutek porównywania się z innymi.
– Tak. Ale ci inni nie pokazują porażek, tylko same sukcesy, piszą o bardziej lub mniej podrasowanych osiągnięciach.

A nie ma takiego miejsca na FB, gdzie ludzie dzielą się także porażkami?
– Są, ale to margines. Wracając jednak do użytkownika, który tylko obserwuje sukcesy innych, można powiedzieć, że on obrywa „pasmem szczęścia” innych ludzi. I kiedy sam przychodzi do domu zmęczony, nie wyszło mu w pracy, ma problemy osobiste, a potem otwiera Facebooka i widzi, że innym wszystko się udaje – myśli, że z nim coś jest nie tak. A to iluzja. Ludzie za bardzo wierzą, że to, co widzą na FB, jest prawdą.

Ale chyba FB ma też pozytywną stronę. Można dzięki niemu czegoś się nauczyć, opanować nowe umiejętności, np. kontaktowania się z innymi.
– Nie chcę demonizować Facebooka. Bo sposób podchodzenia do zamieszczanych tam treści i negatywne konsekwencje to jedno. Ale znam sporo badań pokazujących drugą stronę medalu – jak korzystanie z FB pomaga np. w wyjściu z samotności, daje mniej lub bardziej iluzoryczne, ale wsparcie społeczne. Jeżeli ktoś się zdecyduje napisać na FB, że coś złego mu się przydarzyło, spotkała go tragedia, źle się czuje, ma kłopot i podzieli się tym, zawsze dostanie jakąś odpowiedź. Choćby: „jesteśmy z tobą”, „jest nam przykro”, „jesteśmy z tobą myślami”. To daje wsparcie.

Bo panuje niepisana zasada, aby się wspierać.
– Tak. Jeśli 50 osób napisze: „Trzymaj się, jesteśmy z tobą”, dla niektórych będzie to większe poczucie wsparcia niż telefon od jednej bliskiej osoby. Rozmawianie o FB jest więc wchodzeniem na grząski grunt, bo każda jego wada może być przekuta w zaletę i odwrotnie.

Z jednej strony, mówi się, że nadmierne korzystanie z FB i innych portali społecznościowych wpędza w samotność, bo oducza prawdziwych kontaktów. Z drugiej – dla niektórych takie miejsce to lek na ich izolację społeczną. Gdyby pan chciał mnie zachęcić do korzystania z FB, jakich argumentów by użył?
– Kiedyś z moim kolegą Marcinem Szulżyckim zrobiliśmy dwukrotnie badanie, w którym sprawdzaliśmy typy użytkowników Facebooka. Udało nam się wyróżnić grupy ludzi na podstawie konkretnych zachowań. Jedną nazwaliśmy facebookowymi celebrytami, drugą świadomymi autoprezenterami, była też grupa graczy, którzy mają zainstalowane różne gry na FB. Odkryliśmy również pokaźną grupę poszukiwaczy informacji. Dla tych ostatnich Facebook nie jest przestrzenią, w której ludzie muszą opowiadać znajomym pięć razy dziennie, co robią, jaką kawę piją i gdzie siedzą. Mogą go natomiast potraktować jako zbiór wiedzy o pewnej grupie ludzi lub wydarzeniach, które się dzieją na świecie. Tak bym panią zachęcił do aktywności na FB.

To propozycja dla kogoś, kto nie ma ochoty wiązać się emocjonalnie z tym miejscem.
– Kto traktuje je po prostu jako jedną ze stron internetowych z różnymi informacjami. I to jest zdrowe podejście. Nie dajmy się wciągać w gonitwę za popularnością, za lajkami.

Nie rozumiem tego informowania non stop, jaką ktoś pije kawę. Zastanawia mnie, kim są ci, którzy codziennie na FB fotografują kawę, swoją codzienność i pokazują ją innym. Jaka potrzeba za tym stoi? A może to ekshibicjonizm?
– Może trochę… Andrzej Stasiuk napisał kiedyś w felietonie, co robimy w internecie, o kompulsywnym wysyłaniu zdjęć z codzienności, i nazwał to „wysyłaniem dowodów na istnienie”. Bardzo trafne ujęcie. To może trochę neurotyczne zachowanie, ale w wielu sytuacjach prawdziwe. Widzę od razu zalęknionego człowieka, który się boi bardzo wielu rzeczy: samotności, braku akceptacji, depresji. Z jednej strony, są to przesycone lękiem mechanizmy zwracania na siebie uwagi. Ale z drugiej – dla człowieka w tym konkretnym momencie uzyskanie aprobaty może być ratunkiem.

I paliwem do życia.
– Właśnie. Powiedzenie takim ludziom, że to jest złe, bo nie należy w ten sposób się komunikować, byłoby nieodpowiedzialne. Bo oznaczałoby to pozbawienie ich szansy na wejście w jakieś relacje, ponieważ oni nie wyjdą z domu do pubu i nie podejdą tam do nieznajomych. Są zbyt nieśmiali, a komunikacja na Facebooku pozwala osłonić się wirtualnym parasolem bezpieczeństwa.

Co pan myśli o ogromnej liczbie znajomych u niektórych facebookowiczów?
– Brytyjski psycholog i antropolog Robin Dunbar z Oksfordu wykazał w badaniach, że człowiek może utrzymywać stały kontakt maksymalnie ze 150 osobami. Kilkuset znajomych na FB, czy tysiąc, to zazwyczaj tylko przypadkowe kontakty. W moim przekonaniu dużym niebezpieczeństwem dla dzieci, które dorastają z portalami społecznościowymi, będzie zmiana pojęcia znajomy. Ludziom zacznie się mylić, kto jest przyjacielem, a kto przypadkowym znajomym. Właściwie już obserwujemy początki tego zjawiska. Najgorzej mają nastolatki, kompletnie nieprzygotowane do relacji w wirtualnej rzeczywistości, którą niby znają od urodzenia. Na lekcjach informatyki uczą się bowiem tylko obsługi komputera, a nie dostają żadnej wiedzy o internecie jako przestrzeni społecznej. Sama specyfika komunikacji internetowej oraz to, że komunikujemy się przez ekran komputera, przez smartfona, sprawia, że myślimy o drugiej osobie w sposób bardziej powierzchowny i w ogóle nie traktujemy jej serio.

Łatwiej wtedy kogoś skrzywdzić, zranić.
– Albo przejść obok. Nawet jeśli zaobserwujemy na forum internetowym, że jakiś internauta pada ofiarą agresji – np. widzimy obelżywy komentarz skierowany do kogoś, niewiele osób zareaguje, choćby pisząc wspierający komentarz typu „nie przejmuj się tym”.

Dlaczego tak się dzieje?
– Wynika to z badań nad tzw. rozproszeniem odpowiedzialności. To jeden z bardziej przygnębiających obszarów badań psychologii społecznej, gdzie okazuje się, że im więcej osób obserwuje jakiś wypadek, krzywdę, tym mniej zareaguje. Bo każdy myśli, że ktoś inny to zrobi, a „ja się śpieszę”.

Tak jak w realnym świecie.
– Jeśli wchodzimy na stronę i widzimy chamski komentarz, to mając świadomość, że widzi go jednocześnie kilka tysięcy ludzi, opuszczamy to miejsce, nie chcąc sobie zawracać tym głowy. Agresywnych hejterów w internecie nie jest dużo, maksymalnie kilka procent, a mówi się, że agresja jest wszechobecna. Nie jest wszechobecna – jest dopuszczalna. To, że inni nie reagują, sprawia, że będzie nam się wydawało, iż hejtu jest masa.

Czego więc powinno się uczyć dzieci?
– Na pewno czegoś takiego, że cyfrowa krzywda boli tak samo jak ta doznana w rzeczywistości, poza komputerem, czyli naprawdę. Jeśli kogoś obrazimy w internecie, to tak, jakbyśmy mu to powiedzieli w oczy. Poza tym powinno się uczyć zasad korzystania z internetu, bo na razie panuje tam anarchia – każdy może robić to, co chce. Jeśli nie przyjmiemy jakichś norm zachowania, to się w przyszłości zemści.

Kim są ludzie, którzy robią karierę dzięki internetowi, bez którego nic by nie osiągnęli? Mam na myśli twórców blogów, na których się zarabia niesłychane pieniądze, albo pojawiające się nagle gwiazdy piosenki. Na czym polega ten fenomen?
– To jest kwestia ostatnich 15 lat, od kiedy mamy tzw. Web 2.0, portale społecznościowe, blogi itp. Odtąd każdy może stać się twórcą, nadawcą, producentem treści, autorem. Żeby zaistnieć w internecie, mógłbym tylko wyjąć telefon, nakręcić filmik i zamieścić go na YouTube. Jeżeli byłyby sprzyjające okoliczności, obejrzałoby go kilka milionów. Prawda, że to nietrudne? A dawniej musiałbym pójść do telewizji, wygrać jakiś casting na własny program, a i tak obejrzałoby mnie może kilkanaście tysięcy widzów. Dzięki internetowi możemy docierać do ludzi bez telewizji, i to do większej liczby odbiorców. Pytanie, czy ludzie z jakiegoś powodu sławni będą potem umieli udźwignąć tę sławę, co z nią zrobią. Znam przykłady osób, które pogubiły się w pogoni za kolejnym tysiącem wyświetleń.

Czy osoby robiące karierę dzięki sieci mają jakąś szczególną cechę, która współgra z internetem?
– Na pewno trzeba być otwartym na innych, mieć poczucie, że ma się coś do powiedzenia. A potem to szybka sprawa – kręcimy filmik i wrzucamy do sieci. Nie trzeba nad tym pracować, poświęcać czasu na montaż. Dlaczego jedni to robią, a drudzy nie – jednoznacznej odpowiedzi nie mam. Tak czy inaczej, teraz wszyscy mają równe szanse.

Wydanie: 19/2017

Kategorie: Psychologia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy