Pamiętam łuny nad Zasaniem

Pamiętam łuny nad Zasaniem

Sypiałem z węzełkiem najpotrzebniejszych rzeczy, żeby w razie napadu sotni UPA uciekać w bezpieczne miejsce

Do dziś nie ustalono faktycznej liczby ofiar ludobójstwa dokonanego przez OUN-UPA na Wołyniu, w Małopolsce Wschodniej, a w końcowej fazie wojny i w pierwszych latach powojennych na ziemi chełmskiej, Podlasiu, prawobrzeżnej części dorzecza Sanu i Łemkowszczyźnie. W pojęciu OUN-UPA była to tzw. Zakierzonia, która decyzją Wielkiej Trójki przypadła powojennej Polsce. Przy różnych okazjach żongluje się liczbą ofiar: od 60 do 120 tys., a nawet do pół miliona zamordowanych Polaków. Najczęściej wymienia się także liczbę 30 tys. ofiar polskich akcji odwetowych na ludności ukraińskiej. Myślę, że jest już najwyższy czas na to, żeby ustalić prawdziwą liczbę polskich ofiar, co pozwoli ukazać proporcję naszych i ukraińskich strat. Dla ukraińskiej strony nie mogą być przeciwwagą ofiary z Pawłokomy, główny argument, wręcz symbol naszych win wobec pobratymców.

Jestem świadkiem niektórych zbrodni popełnionych przez OUN-UPA w latach 1945-1947 w dorzeczu środkowego Sanu – w gminie Dubiecko i na jej styku z obszarami gmin dynowskiej, birczańskiej i krzywieckiej. Wobec groźby napadu sotni UPA sypiałem z węzełkiem najpotrzebniejszych rzeczy, żeby w razie niebezpieczeństwa szybko uciekać. Pamiętam łuny pożarów palonych wiosek Zasania: Huty Brzuski, Brzuski, Piątkowy, Żohatyna, Borownicy, Polchowej, Iskani, Bachowa i wielu innych miejscowości. Moja rodzinna Nienadowa – czysto polska wieś położona nad Kamionką w lewobrzeżnej części doliny Sanu – była szczególnie narażona na ataki UPA, musiała więc mieć dobrze zorganizowaną samoobronę, a mimo to atakowane były jej skrajnie położone przysiółki. UPA nie podjęła frontalnego ataku na naszą wieś, gdyż miała wysokie wyobrażenie o sile miejscowej samoobrony. Kilkakrotnie atakowała sąsiadujące z Nienadową Dubiecko i inne miejscowości, m.in. Śliwnicę. Ja wymienię tylko trzy przypadki szczególnie drastycznych zbrodni, o których będę pamiętał do końca swojego życia.

Była upalna czerwcowa niedziela 1946 r. Miałem wówczas 11 lat. Po obiedzie, wraz z kuzynami, starszym o cztery lata Teodorem Grzegorzkiem („Dorciem”) i starszym o trzy lata Edziem Szymańskim, wybrałem się nad San z zamiarem zażycia letniej kąpieli. W tym czasie w prawobrzeżnej części dorzecza tej rzeki grasowały sotnie UPA, które dokonywały także groźnych wypadów na miejscowości położone na lewym brzegu. W Nienadowej, na wysokości dworu, przy ujściu Kamionki do Sanu, powyżej tzw. Czarnego Wiru, zalegała żwirowa mielizna. Przez wiele lat to miejsce stanowiło wygodne kąpielisko. Nikt inny poza nami nie przyszedł w to niedzielne popołudnie nad San. Zanim weszliśmy do wody, Edzio spostrzegł na mieliźnie jakieś kształty. Poszliśmy tam, żeby rozeznać, co to jest. Wiedzieliśmy, że rzeka często unosiła ofiary banderowskich mordów i wyrzucała je na mielizny lub na brzegi. To, co zobaczyliśmy, śniło mi się później nocami. Pięcioosobowa rodzina – ojciec, matka i troje dzieci – splątana drutem kolczastym stanowiła męczeńską „tratwę”… Ciała były nagie i okrutnie zmasakrowane. Na ich widok zwymiotowałem, moi starsi kuzyni także. Odechciało się nam kąpieli. Pobiegliśmy szybko do dworu i zawiadomiliśmy dorosłych o tym, co zobaczyliśmy na mieliźnie…
Sięgam dzisiaj do „Głosu znad Sanu” (nr 7 z października-grudnia 2007 r.), gdzie dr Andrzej Zapałowski przedstawia działania OUN-UPA w stosunku do ludności polskiej i ukraińskiej na terenie powiatu przemyskiego. Wśród mordów dokonanych przez banderowców w 1946 r. w Polchowej jest tam odnotowany odkryty przez nas przypadek. Ofiarą mordu padła wówczas rodzina Tereszczaków. „Napastnicy związali swe ofiary drutem kolczastym, wrzucili żywcem do ognia, a następnie do Sanu”…

Głośnym echem w naszym regionie odbiła się tragedia 14-osobowej rodziny Wawrzków z Polchowej, na którą 28 września 1946 r. napadli striłci UPA. Otoczyli domy i żywcem spalili mieszkańców. Ogromna skrzynia ze szczątkami spalonych ofiar przed pochówkiem została wystawiona na cmentarzu w Dubiecku jako dowód upowskiego bestialstwa. Poszedłem tam ze swoim ojcem, żeby przekonać się, do czego byli zdolni nacjonaliści z OUN-UPA. Komuś, kto nie widział na własne oczy tej skrzyni z ludzkimi szczątkami, niełatwo jest dzisiaj uwierzyć w ten makabryczny obraz ofiar ludzkiego bestialstwa. Nacjonaliści ukraińscy wzorowali się na nazistowskim ludobójstwie, a w metodach działania często prześcigali nazistów, zwłaszcza w wyszukanych rodzajach tortur, których stosowali tyle, ile jest dni w roku. Zbiorowy grób tych ofiar istnieje na dubieckim cmentarzu.

Współczesne źródła potwierdzają liczne napady UPA na Dubiecko i okoliczne wioski położone zarówno na prawym, jak i na lewym brzegu Sanu. Wioski na prawym brzegu Sanu: Iskań, Łączki, Tarnawka, Polchowa, Sielnica i inne zostały zniszczone niemal całkowicie przez sotnie UPA. Dziś ocenia się, że w Iskani spalono 234 domy, w Polchowej – 54, w Ruskiej Wsi (obecnie Wybrzeże) – 125, a w Sielnicy – 150. Samo Dubiecko doświadczyło kilku banderowskich napadów, z których dwa – 7 lipca 1946 r. i 7 czerwca 1947 r. – były szczególnie dotkliwe i niszczące. W czerwcu 1947 r., kiedy trwała akcja „Wisła”, banderowcy z sotni „Burłaka” i „Łastiwki” przekroczyli w nocy San pod Dubieckiem, znaleźli się na lewym brzegu rzeki i zaatakowali posterunek MO, ale go nie zdobyli. Przy okazji spalili domy położone w pobliżu gmachu sądu grodzkiego, w którym mieścił się także posterunek MO. Napastnicy chcieli schwytać sędziego, któremu udało się jednak zbiec. Ponadto spalili dom i sklep, a następnie udali się w lasy śliwnickie, żeby spędzić w nich dzień przed nocnym powrotem na prawy brzeg Sanu. Schwytali wówczas kilkanaście osób, które pełniły nocną wartę, w tym siedmiu ormowców. W lesie, na polanie przy „patryji” (tak potocznie nazywano wieżę obserwacyjną), banderowcy przez cały dzień w wyszukany sposób torturowali nieszczęśników, a pod wieczór dobili ich i pozostawili na polanie. Prześladowcy zdawali sobie sprawę, że Wojsko Polskie zakończy niebawem ich krwawą bandycką kampanię i że wkrótce zginą lub dostaną się do niewoli. Mieli więc jedną z ostatnich okazji zbrodniczego wyżycia się na znienawidzonych Lachach.
Pod osłoną nocy banderowcy wrócili na prawy brzeg Sanu. Następnego dnia zostali tam otoczeni w zakolu Sanu pod Dubieckiem i Nienadową. Część z nich zginęła, część dostała się do niewoli. Byłem świadkiem tego, jak grupę jeńców w liczbie czoty (odpowiednik plutonu) przeprawiono przez San pod dworem w Nienadowej, gdzie stacjonowało dowództwo pułku. Prowadzono ich przez błonia brudnych, zarośniętych, w różnorodnych mundurach. Dwaj jeńcy mieli na sobie mundury niemieckie. Niektórzy banderowcy szli z dumnie podniesionymi głowami, rzucając nienawistne spojrzenia na ludzi, którzy przyglądali się temu pochodowi.
W Dubiecku, w remizie strażackiej, wystawiono kilkanaście trumien z ciałami Polaków zamordowanych w śliwnickim lesie. Ofiary miały na sobie ślady okrutnych tortur. Mieszkańcom Dubiecka i całej naszej gminy jawił się wówczas wstrząsający obraz wołyńskiego holokaustu oraz tego zbrodniczego aktu, który rozgrywał się na obszarze Zakierzońskiego Kraju, czyli tego skrawka Polski, gdzie OUN-UPA usiłowała zbudować przyczółek „Samostijnej”.

Tamte groźne dni i noce zachowały się w mojej pamięci, a kiedy przysłuchiwałem się nabożeństwu rocznicowemu w katedrze w Łucku, wspomnienia tamtych wydarzeń nabrały szczególnego wyrazu. Jestem gorącym zwolennikiem polsko-ukraińskiego pojednania, zgodnego współżycia naszych narodów i współpracy naszych państw. W interesie Polski byłoby najlepiej, gdyby Ukraina weszła do Unii Europejskiej i została członkiem NATO. Ale dzisiaj, kiedy słyszę, że na Ukrainie kultywuje się tradycje OUN-UPA, stawia pomniki Stepanowi Banderze i innym nacjonalistycznym przywódcom, wychwala bohaterskie czyny striłciw, zaczynam wątpić w to, że Ukraińcom, którzy celowo przemilczają popełnione na Polakach zbrodnie ludobójstwa, zależy na pojednaniu z Polską i z Polakami.
Dostrzegając potrzebę pojednania i wspierając wysiłki polskiej strony rządowej, samorządowej i kościelnej w sferze stosunków polsko-ukraińskich, zastanawiam się dzisiaj nad tym, czy naszych pobratymców nie chcemy uszczęśliwiać na siłę, przyciągając ich do Unii Europejskiej. Wydaje mi się, że są bardziej stęsknieni za dźwiękiem kremlowskich kurantów niż za melodią unijnej „Ody do radości”.

Autor jest doktorem nauk humanistycznych, emerytowanym nauczycielem, b. dyrektorem liceum oraz kuratorem oświaty i wychowania

Wydanie: 32/2013

Kategorie: Historia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy