Pan tu chyba zostanie na dłużej

Pan tu chyba zostanie na dłużej

Jan Suzin o początkach pracy w telewizji

Zaczęło się zwyczajnie. W szarobury jesienny dzień, jeden z tych, co to nie wiadomo, czy właśnie się zaczyna, czy właśnie się kończy. Miastoprojekt. Smutna instytucja, zwana przez architektów „centralnym Sing Singiem”. (…) Skończyłem jeden projekt, miałem dostać drugi, kiedy na mojej desce pojawiła się gazeta. Czy był to „Express Wieczorny”, czy „Życie Warszawy”, już dziś naprawdę nie pamiętam. (…)

A inserat, który właśnie czytałem w tej gazecie, brzmiał mniej więcej tak: „Naczelna redakcja programu telewizyjnego ogłasza konkurs na spikera telewizyjnego. Kandydaci powinni…”. I tak dalej, i tak dalej. Telewizja? W Warszawie? Oczywisty nonsens. Przecież to w Polsce nie istnieje. (…) A jednak. Kilka dni później spotkałem w tramwaju niewidzianą od kilku lat znajomą. W trakcie banalnych typowych pytań „jak żyjesz, co robisz” usłyszałem nagle coś, co mnie zelektryzowało.

– Pracuję w telewizji – powiedziała ona.

Nim zdążyłem ją o cokolwiek spytać, musiała wysiadać. Zdążyła mi tylko rzucić:

– Janek, ogłosiliśmy konkurs na spikerów, zgłoś się, chybabyś się nam nadał.

I już jej nie było. (Dziewczyna, którą spotkałem wtedy w tramwaju, nazywa się Olga Lipińska). O wszystkim w życiu decydują przypadki. Tu złożyło się ich kilka naraz. I ta dziewczyna, i ta gazeta, i – co może najdziwniejsze – chwilowa przerwa w pracy, dzięki której inż. Jan Suzin potężnie się nudził.

Patrzyłem to przez okno na Ogród Saski, to na pustą rysownicę i licho mi podsunęło myśl o telewizji. Zacząłem sobie pomalutku wyobrażać, jak powinien wyglądać taki poszukiwany „spiker telewizyjny”.

To, że musi mieć bezbłędną dykcję, musi swobodnie poruszać się po bezdrożach języka ojczystego i paru innych, że powinien mieć raczej niski, sympatyczny i kulturalny timbre głosu było jasne dla każdego, kto choć raz w życiu słuchał radia. Ale wygląd? Jak ma u licha wyglądać facet, który przez długie wieczory, miesiące, a nawet lata będzie mi w moim mieszkaniu mówił: „Dobry wieczór”? Ma być wysoki, niski, gruby, chudy, czarny, rudy? A może łysy? Tego właśnie w roku 1955 nie potrafił sobie wyobrazić nikt. I nic zresztą dziwnego, bo i nikt, poza nieliczną grupką prominentów, nie wiedział nawet, jak wygląda telewizor! I może właśnie dlatego słowo „telewizja” tak mnie zafascynowało. (…)

Był to potężny magnes. I chyba dlatego wysłałem zgłoszenie.

W niespodziewanie krótkim czasie przyszło zaproszenie na eliminacje do „Konkursu na spikerów telewizyjnych”. (…)

Już od szatni uderzał gwar przytłumionych rozmów, zapach świetnej ekspresowej kawy i pudru, ponieważ charakteryzatornie mieściły się tuż obok kawiarenki. Już prawie byłem w ogródku! (…)

I doczekałem się wreszcie chwili, w której i mnie zaproszono przed oblicze dostojnego jury. Przewodniczył mu Władysław Sheybal, reszty nie znałem. Zapamiętałem jedynie zabójczo  przystojnego szatyna, o którym ktoś w korytarzu powiedział, że to „młody, ale bardzo zdolny reżyser, Hanuszkiewicz”, ale i to nazwisko nic mi nie mówiło.

Patrzyłem na nich z wielkim szacunkiem, jak na kapłanów wiedzy tajemnej, ale jednocześnie zupełnie bez tremy, gdyż moje ewentualne szanse wejścia kiedykolwiek w ich grono oceniałem już teraz na zero. Jedyne, co mnie w tej zabawie już tylko interesowało, to studio, które za wszelką cenę chciałem zobaczyć.

Może właśnie dlatego byłem na pełnym luzie. Gawędziliśmy sobie o tym, o owym, miło, kulturalnie, sympatycznie, nawet chyba udał mi się jakiś żart, bo rozstawaliśmy się rozbawieni. Potem padło sakramentalne „zawiadomimy pana pisemnie”, co mnie specjalnie nie uradowało, bo zdanie to w przełożeniu na polski oznacza „żegnaj na wieki”. Ale przeżyłem to po męsku.

Kiedy, idąc śladami Dantego, porzuciłem już wszelką nadzieję, niespodziewanie poczta przyniosła mi druczek, w którym Naczelna Redakcja Programu Telewizyjnego uprzejmie zawiadamiała, że zostałem zakwalifikowany do drugiego etapu konkursu na spikera – do próby kamerowej w studiu. Tu już rzecz zaczynała wyglądać nieco poważniej. Należało przygotować fragment prozy, poezji i nauczyć się na pamięć załączonych tekstów. Z wierszami od dzieciństwa nie miałem kłopotów, z prozą było nieco gorzej, więc sięgnąłem do mojej ulubionej „Lalki” – trafiłem akurat na opis urody panny Łęckiej i może dlatego do dziś pamiętam, że „panna Łęcka była niepospolicie piękną kobietą”.

Tym razem w kawiarence na placu Wareckim nie było już tłoku. Było zaledwie kilka osób, niektóre grubo uszminkowane. Po wstępnych eliminacjach z 2 tys. kandydatów została jedynie garstka. A więc stało się! Trafiłem do finału! (…) Zaraz też i mnie zaproszono do charakteryzatorni, gdzie wielce sympatyczna pani zaczęła mi nakładać zupełnie nową twarz. Bo w tych grubych warstwach szminki, nieodzownych dla ówczesnych prymitywnych kamer, można było wyrzeźbić dosłownie wszystko. I rzeczywiście. Po dość długich zabiegach wyjrzał ku mnie z lustra nie bardzo mi znany, ale za to dość przystojny facet.

– Szkoda, że tylko raz w życiu – powiedziałem do tej miłej pani charakteryzatorki.

A Marysia Zachwiejowa – bo to ona przecież była – spojrzała na mnie tak jakoś dziwnie i powiedziała cicho:

– O nie, to nie jest tylko ten jeden raz. Pan tu chyba zostanie na dłużej.

Był to niewątpliwie dobry znak. Ale przecież jeszcze o niczym nie świadczył. Wszedłem do kawiarenki. Od jednego ze stolików podniósł się równie jak ja wyszminkowany „przystojniak”, sympatycznie wyglądający szatyn, i ściskając mi dłoń, powiedział:

– Poznajmy się, jestem Eugeniusz Pach.

A potem już razem oczekiwaliśmy na rozwój wypadków.

Wreszcie nadeszła wielka chwila! Wywołano moje nazwisko. I już za chwilę miałem po raz pierwszy w życiu wejść do tajemniczego sanktuarium nieznanej sztuki. Do studia.

Studio telewizyjne 1955 r. Tajemnicze pomieszczenie pełne tajemniczych i nieznanych przedmiotów. Atmosfera jak na strychu u babci, a i technika zapewne podobna. Gęstwa kabli, stojaków, dekoracji. I światła. Ogromna ilość świateł. Temperatura jak w piekarni. W środku studia dwie kamery – dwa duże pudła z pomalowanej na szaro blachy. W każdej kamerze dwie dziury. Jedna z przodu, na obiektyw, druga z tyłu, na wizjer, w którym – jak się później dowiedziałem – operator widział obraz do góry nogami. (…)

Jurorów ani śladu. Urzędowali tym razem za wielką szybą, gdzieś wysoko, jak się domyśliłem – w reżyserce. Nie było ich ani widać, ani słychać, za to oni widzieli i słyszeli wszystko, bo gdy tylko usiadłem przed kamerą, znajomy głos powiedział przez głośnik:

– Dzień dobry panu. – Był to głos Hanuszkiewicza. – Jestem dokładnie za obiektywem stojącej przed panem kamery – skorygował mnie, gdym usiłował niezbyt zgrabnie skłonić się w stronę wielkiej szyby pod sufitem. – Co pan dla nas dziś przygotował?

I tak się zaczęło.

Opowiedziałem ze szczegółami o zaletach urody panny Izabeli Łęckiej, a przy okazji po raz pierwszy miałem możność się przekonać, jak piekielnie trudną sztuką jest mówienie najprostszych choćby tekstów do kamery. Wreszcie, gdym z trudem przebijał się przez zawiłe meandry jakiegoś wierszyka, odezwał się głośnik. Znów Hanuszkiewicz, gdyż on to właśnie był szefem tych kamerowych prób:

– Stop! Mamy awarię w programie. Jest dziura. Niech pan spróbuje ją załatać.

Pełne zaskoczenie. Ale po chwili już mówiłem:

– Mam przyjemność państwa zawiadomić, że telewizja właśnie sprowadziła z Paryża całą serię filmów dla dorosłych, które już od jutra nadawane będą w późnych godzinach nocnych.

Chóralny śmiech jurorów dotarł do studia nawet przez szybę.

Na zakończenie znów usłyszałem sakramentalne „powiadomimy pana na piśmie”, ale tym razem byłem zadowolony. Bo – bez względu na to, czy i o czym mnie zawiadomią – dopiąłem swego. Byłem w telewizji, widziałem studio i ludzi, którzy teraz z bliska wydawali mi się całkiem normalni. A miła pani w charakteryzatorni, pracowicie zeskrobując ze mnie uprzednio nałożony kolorowy „tynk”, powiedziała półgłosem:

– Podobno był pan świetny. – Dzięki czemu już wtedy miałem możność sprawdzić, jak szybko w telewizji rozchodzą się wieści. (…)

Zaczęliśmy w dziesiątkę. Tyle właśnie osób wyłonił „do współpracy” konkurs, na który zgłosiło się ponad 2 tys. kandydatów. Zawody mieliśmy różne, każdy inne, a wiedzę o telewizji zerową. Znaliśmy jako tako język ojczysty, znaliśmy trochę języków obcych, nie paraliżowała nas lufa obiektywu i staraliśmy się nie dać się zjeść w kaszy. I to było mniej więcej wszystko, czym dysponowała nowa kadra zupełnie nowego i nikomu nieznanego zawodu.

Z tym bagażem trudno by było zabłysnąć na antenie, więc ostro się za nas zabrano. Rozpoczęło się szkolenie. Na dziesiątkach wykładów uczono nas techniki telewizyjnej, aktorstwa, zachowania przed kamerą, wreszcie dykcji i interpretacji. Tu nieubłaganym katem naszych nieuporządkowanych aparatów mowy był Adam Hanuszkiewicz. W nieskończoność musieliśmy powtarzać jakieś idiotyczne zdania, dzięki którym do dziś wiem, że „z czeskich strzech szło Czechów trzech” i że „nim zapadł zmierzch, jeden bez śladu w gąszczach sczezł”. Ale nikt nie narzekał. Biegaliśmy pilnie na wykłady i ćwiczenia i zabawa ta – bo była to przecież wielka zabawa – wciągała nas coraz bardziej. A pasjonujące rozmowy z naszymi wykładowcami na temat przyszłego kształtu rodzącej się właśnie telewizji zdawały się nie mieć końca.

Oczywiście przesiadywaliśmy również w studiu. W dni „bezprogramowe” w środku, a w „programowe” w przeszklonym, przylegającym do studia korytarzyku, przeznaczonym dla gości „z zewnątrz”. Była tam długa, wąska kanapka, z której można było wygodnie obserwować wszystko, co się działo w studiu (później ten korytarzyk przemurowano i skrócono, pozostawiając jedynie maleńkie miejsce na „dziuplę” spikera). W tamtych czasach, A.D. 1955, spiker nie miał swojego stałego miejsca, a tym bardziej kamery. Jedynie na początku było przygotowane krzesełko i stolik, ale gdy tylko ruszyła realizowana właśnie na żywo inscenizacja, zabierano w pośpiechu krzesełko i stolik oraz obie kamery. Odtąd spiker był zdany tylko na własną czujność i refleks. Musiał sprawnie i bezszelestnie przesuwać się w plątaninie kabli z takim wyczuciem, aby we właściwym momencie znaleźć się w pobliżu tej właśnie kamery, do której za chwilę zacznie mówić. A mówić musiał tak długo, jak długo kamerzyści w rozwianych fartuchach przesuwali drugą kamerę na następny plan. (…)

Z czasem zaczęło nas, kandydatów na spikerów, ubywać. (…) Mój debiut wypadł 26 listopada 1955 r. (…)

Na moim pamiętnym pierwszym dyżurze nic szczególnego się nie wydarzyło. Być może dlatego, że przez poprzedzający go tydzień niemal codziennie byłem na próbach i dokładnie wiedziałem, gdzie mam stanąć i do której kamery mówić. A kiedy wreszcie na ekranach, a właściwie ekranikach, ukazała się charakterystyczna sylwetka pana Hulot, odetchnąłem z ulgą. Najtrudniejsze było już za mną. Zaraz też wsypali się do studia koledzy, komentując gorąco każde słowo i każdy gest. Taki był zwyczaj. Przyglądaliśmy się bacznie pracy kolegów i od razu wyciągaliśmy wnioski. Chcieliśmy jak najprędzej uzyskać pełny i prawidłowy obraz dobrego spikera telewizyjnego, ale jak ten spiker miał naprawdę wyglądać, nie wiedział nikt. Nawet nasi profesorowie.

Na ogół pierwsze antenowe eksperymenty nie wychodziły nam najlepiej. Ja np. założyłem sobie, że spiker jako osoba coś zapowiadająca musi być niesłychanie poważny i uroczysty. I starałem się taki być, tyle że wychodziło mi to jakoś smutno. Koledzy, najwyraźniej nie doceniając założonego efektu artystycznego, pytali, czym się zamartwiam. I w żaden sposób nie mogłem ich przekonać, że chodzi mi tylko o efekt tzw. powagi chwili. Dopiero kilka miesięcy później spotkana w studiu pani Hanka Bielicka spytała:

– Czemu pan jest taki smutny? Nie spróbowałby się pan tak leciutko, od środka, uśmiechnąć?

Spróbowałem. I chwała kochanej Hani za to! To był mój pierwszy krok do pozytywnych osiągnięć w tym zawodzie. (…)

Mijały miesiące, w czasie których pracowicie uzupełnialiśmy naszą wiedzę o nowej profesji. To wciąż był jeszcze świat magii, ale już powoli zaczynaliśmy go pojmować. Zaczynaliśmy poznawać aparaturę i ludzi oraz wtapialiśmy się w garstkę szaleńców, którzy uparli się, by zrobić telewizję. A nasza niewielka spikerska grupka nadal topniała. Niebagatelny wpływ na to miały wówczas pierwsze nieliczne sygnały od odbiorców. Nie zapominajmy, że telewizorów w Warszawie – czytaj: w całej Polsce – było ok. 500, z których większość, pokryta kurzem, stała w sklepach. Nie było jeszcze zainteresowania tym towarem. Ale już wtedy istniała grupka „telewidzów entuzjastów”, którzy po każdym niemal programie zasiadali do pisania, nadsyłając nam potem sążniste epistoły. Więcej chyba pisano o naszym maleńkim, trzygodzinnym programie, niż dziś się pisze o programie trwającym niemal całą dobę przez okrągły rok. Niektóre z tych prywatnych recenzji były nawet całkiem sensowne. Pisali np. państwo Sz. – oboje literaci – że „spikera z dnia tego i tego (czyli mnie) telewidzowie nie powinni już więcej oglądać”. Pod wpływem takich właśnie „pobożnych życzeń” ubywało nas z każdym dniem.

Aż zostaliśmy tylko dwaj. Rzeczowy i nigdy nietracący głowy archeolog Eugeniusz Pach oraz rozwichrzony i trochę bujający w obłokach architekt Jan Suzin. (…) Potem już przez długi czas pozostawaliśmy na antenie we czwórkę: para „starych” spikerów – Barbara Marszelówna i Stanisław Cześnin – i my dwaj. Sporadycznie pojawiali się ludzie różnych zawodów, ale przeważnie nie na długo.

A program niepostrzeżenie powiększał swoją objętość. Z dwóch dni w tygodniu zrobiły się trzy, potem cztery i pięć. Zanosiło się na rzecz zupełnie nieprawdopodobną, że już wkrótce będzie szedł codziennie! Trzeba się było na coś zdecydować. (…)

Fragmenty książki Jana Suzina Nieźle się zapowiadało, Wydawnictwo Arkady, Warszawa 2021

Fot. archiwum TVP

Wydanie: 46/2021

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy