Państwo straciło kontrolę nad służbą zdrowia

Państwo straciło kontrolę nad służbą zdrowia

Gospodarka lekami to temat, którego politycy i media unikają jak ognia

O tym, że dojdzie do strajków i protestów, wiadomo od 22 lutego br., gdy minister Zbigniew Religa w czasie spotkania premiera Marcinkiewicza ze Związkiem Zawodowym Pielęgniarek i Lekarzy, „Solidarnością” i OPZZ obiecał 4 mld zł na podwyżki płac.
Niewiele one zmienią. Podstawowe zarobki polskich medyków pozostaną osiem, dziewięć razy niższe niż ich unijnych kolegów. System opieki zdrowotnej, dostępnej dla wszystkich, trzyma się kosztem pielęgniarek i personelu laboratoryjnego, który niewolniczo haruje za głodowe pensje, a także postępującej dekapitalizacji budynków oraz wyposażenia szpitalnego.
Nasz kraj wśród państw OECD zajmuje ostatnie miejsce pod względem poziomu wydatków na ochronę zdrowia w relacji do PKB. Jest to 3,86%. I rekord świata – przy tak niskim poziomie wydatków system jednak działa. Zdarza się, że pacjenci leżą w szpitalach na podłogach, ale to nie Indie, gdzie umiera się w rynsztoku.
Czy będzie lepiej, jak obiecuje rząd, gdy wpompujemy weń więcej pieniędzy? Nie! Bo służba zdrowia to worek bez dna. Stany Zjednoczone wydają rocznie na ten cel setki miliardów dolarów. Około 14% PKB. A mimo to 40 mln obywateli amerykańskich pozbawionych jest ubezpieczenia zdrowotnego. Niemcy, przeznaczając ok. 240 mld euro, także narzekają. Rząd – bo walczy z rosnącym deficytem, obywatele – bo w ich ocenie jakość usług medycznych pogarsza się z roku na rok, i lekarze – którzy podobnie jak ich polscy koledzy demonstrują i strajkują, domagając się podwyżek płac.
W Wielkiej Brytanii zbudowany po II wojnie światowej przez laburzystów system opieki zdrowotnej do lat 80. uchodził za wzorowy. Nie może się podnieść po zreformowaniu go przez premier Margaret Thatcher. To nie przypadek, że polscy lekarze i pielęgniarki są na Wyspach rozchwytywani. Godząc się na niższe zarobki, ratują finanse publiczne rządu Jej Królewskiej Mości. Jeden z brytyjskich dzienników obliczył nawet, że bardziej opłaca się organizowanie wycieczek pacjentów z Londynu do klinik stomatologicznych w Łodzi, opłacenie im kosztów noclegów i wyżywienia w hotelach niż podjęcie leczenia na miejscu. Turystyka medyczna jest już Polską specjalnością. I to w sytuacji, gdy ze swoimi wydatkami lokujemy się między takimi potęgami gospodarczymi jak Uganda, Trynidad i Tobago czy Egipt.

Zaoszczędzić na lekach

W 1999 r. rząd AWS-UW dopuścił się niesłychanego oszustwa – wprowadził kasy chorych. Oficjalnie miały one uzdrowić sytuację. Mniej oficjalnie – zdjąć z polityków odpowiedzialność za stan służby zdrowia.
Bo dziś to nie jest gestia ministra Religi. Dlaczego? Bo nie ma pieniędzy, którymi dysponuje prezes Narodowego Funduszu Zdrowia. Ale nawet Jerzy Miller w kwestii zarobków lekarzy i personelu medycznego nie jest kompetentny – bo należy to do dyrektorów szpitali i przychodni, którzy podpisują umowy z NFZ i dzielą środki.
Od pierwszego dnia istnienia kas chorych wprowadzone zmiany widoczne były gołym okiem. Media szeroko opisywały kryte miedzianą blachą luksusowe siedziby i gabinety „kasiarzy”, zakupy limuzyn i organizację kosztownych szkoleń na koszt podatników.
Jeszcze w listopadzie i grudniu 1998 r. nadchodzącą koniunkturę wyczuli dyrektorzy szpitali i przychodni. Wiedząc, że z 1 stycznia 1999 r. zobowiązania ich placówek z mocy ustawy zostaną przejęte przez skarb państwa, wybrali się na zakupy. Długi służby zdrowia wzrosły z 5 do 7,5 mld zł. Minister finansów, Leszek Balcerowicz, nie zdążył nawet zaprotestować. Minęło kilka lat, a szpitalne długi ponownie szacowane są na 8-10 mld zł. W 2005 r. pojawiła się wypowiedź prof. Romualda Hollego ze Szkoły Głównej Handlowej, który dowodził, że mogły one sięgnąć nawet 14 mld!
W 2001 r. idący po zwycięstwo SLD obiecał likwidację skompromitowanych kas. Na wniosek min. Mariusza Łapińskiego zastąpił je NFZ, ale nie zadbał o rzecz podstawową – pieniądze. Co gorsza, wzrok Łapińskiego przyciągnęły patologie dziejące się na wartym kilkanaście miliardów złotych rocznie rynku leków. Minister liczył, że dociskając koncerny farmaceutyczne, trochę zaoszczędzi. Odszedł w niesławie jako złodziej i aferzysta, za to sygnał wysłany jego następcom był czytelny – tych spraw nie tykajcie!
Państwo polskie odebrało w tym czasie jeszcze jedną lekcję. Pod koniec 2001 r. między rządem Leszka Millera a koncernami farmaceutycznymi wybuchł spór. Główny Urząd Ceł zarzucił im zawyżanie wartości importowanych leków i naruszanie przepisów marżowych. W efekcie do budżetu nie trafiały ogromne kwoty. Łapiński szacował, że mogło chodzić nawet o 5 mld zł. Sprawę badał międzyresortowy zespół ds. kontroli cen na leki pochodzące z importu i uznał, że celnicy słusznie kwestionowali deklarowaną na granicach wartość medykamentów. Koncerny odwołały się do Naczelnego Sądu Administracyjnego i przegrały. Wyrok NSA potwierdził nadużycia w ponad 100 przypadkach! Po czym zapadła cisza.
Na początku tego roku premier Marcinkiewicz wspomniał w Sejmie, że w 2005 r. złoty się umocnił, a ceny medykamentów nie spadły. Obiecał, że rząd coś z tym zrobi… i wszystko zostało po staremu.
Znamienne, że przed wyborami Prawo i Sprawiedliwość opowiadało się za bezpłatną służbą zdrowia. Ówczesny poseł, a dziś wiceminister Bolesław Piecha mówił to podczas dyskusji zorganizowanej 2 czerwca 2004 r. przez Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy. Także Platforma Obywatelska i Unia Wolności uznawały, że nakłady na służbę zdrowia ze środków publicznych są zbyt niskie i powinny wzrosnąć – ok.
15-20% (UW, PO). PiS chciało, by było to 50%! Była to taka sama bajeczka jak wizja 3 mln nowych mieszkań.
Trudno się dziwić, że w tej sytuacji lekarze radzą sobie, jak potrafią. Przede wszystkim mitem jest, że pracują za grosze. Pensje podstawowe są niskie, ale gdy doliczymy dyżury, kilka etatów i prywatną praktykę, okaże się, że lekarz zarabia od kilku do kilkunastu tysięcy złotych.
To środowisko znakomicie przystosowało się do warunków gospodarki rynkowej.
Na początku lat 90. w przychodniach specjalistycznych i szpitalach pojawiły się fundacje świadczące na należącym do tych placówek sprzęcie usługi medyczne. Rządzącym to odpowiadało. Tnąc wydatki, dowodzili, że troska o zdrowie jest prywatną sprawą obywateli. Pozbawieni pomocy państwa dyrektorzy szpitali sięgnęli po kredyty, wiedząc, że gdy poziom zadłużenia przekroczy rozsądne granice, każda władza ugnie się pod falą protestów.
System ochrony zdrowia zaczął się rozpadać. Rosły szpitalne długi, które stały się lukratywnym interesem dla rodzimego sektora bankowego. Gdy karne odsetki przekraczały 50% rocznie, opłacało się je „hodować”. W procederze tym, za czasów prezes Hanny Gronkiewicz-Waltz, uczestniczył pośrednio NBP! Dowody leżą w aktach sprawy opatrzonej sygnaturą I C 1213/98 w Sądzie Okręgowym w Warszawie.
Wprowadzenie w 1999 r. kas chorych, a potem NFZ nie mogło niczego zmienić, ponieważ brakowało i nadal brakuje pieniędzy. Sądzę, że gdzieś na końcu tego procesu ostatnie szpitale i przychodnie zostaną sprywatyzowane, a na porządne leczenie stać będzie najbogatszych.

Budżety koncernów

Tematem, którego politycy i media unikają jak ognia, jest gospodarka lekami. Według raportu przygotowanego przez Grupę Ekspertów Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej w czerwcu 2004 r. na zakup medykamentów wydawaliśmy 12,2 mld zł rocznie, z czego 6 mld szło na leki refundowane. To ogromny, rosnący z roku na rok biznes. Kręcą się wokół niego ludzie z bardzo grubymi portfelami.
Pamiętam, jak 28 kwietnia 1998 r. w sali numer 14 sejmowego budynku „G” miało się odbyć seminarium na temat konsolidacji dystrybucji leków w Polsce, którego organizatorami byli spółka ORFE SA oraz posłowie AWS, Zygmunt Berdychowski i Władysław Kielian. Nie odbyło się, bo ówczesne kierownictwo AWS doszło do wniosku, że to zbyt nachalny przykład lobbingu.
Premier Marcinkiewicz winien ozłocić każdego, kto wskazałby mu, jak z kilkunastu miliardów złotych wydawanych rocznie w Polsce na leki ująć 2-3 mld bez uszczerbku dla pacjentów. Specjaliści zajmujący się ekonomiką leków wiedzą, co należy zrobić. Ale nie są szaleńcami. Te
2-3 mld zł oszczędności to dla koncernów farmaceutycznych strata. Lepiej opłacić specjalistom udział w konferencjach naukowych na Seszelach, Bermudach lub w Australii. Autorzy cytowanego raportu dwa lata temu pisali: „Kuriozalnym jest wręcz, iż jedyna informacja o lekach, jaka dociera do lekarza, pochodzi od przedstawicieli handlowych firm farmaceutycznych. Piśmiennictwo jest także sponsorowane przez koncerny farmaceutyczne. Obecnie w Polsce mamy niemal całkowity brak obiektywnej informacji o lekach, skierowanej do lekarzy i farmaceutów”.
Obiecujący lekarzom i pielęgniarkom ratunek min. Religa nawet nie pisnął o potrzebie zmian w gospodarce lekowej państwa. Słusznie! Gdyby to zrobił, za jakiś czas media zrobiłyby z niego pedofila i „łowcę skór”. Nie jest tajemnicą, że budżety koncernów farmaceutycznych przeznaczone na lobbing, promocję i reklamę należą do najwyższych. Przeznaczając 1% z owych 12 mld zł, które w 2004 r. wydano w Polsce na leki, można obalić każdy rząd.

Bezkarność lekarzy

Obronność, polityka międzynarodowa, bezpieczeństwo wewnętrzne i ochrona zdrowia to podstawowe zadania cywilizowanego państwa. Słabe państwo nie oferuje obywatelom wiele. I pomyśleć, że po 1945 r. zrujnowana wojną Polska odbudowała szpitale, wykształciła, i to nieźle, liczną kadrę medyczną, ograniczyła, a potem prawie zlikwidowała zagrożenie gruźlicą. W każdej szkole była zatrudniona pielęgniarka, wprowadzono obowiązkowe szczepienia, budowano sanatoria. Polska medycyna w latach 60. i 70. miała w świecie wysoką pozycję. A dziś? Dziesiątki tysięcy polskich lekarzy pracuje w bogatych krajach Zachodu. Budżet państwa do studiów każdego z nich dołożył od 50 do 100 tys. zł. Stać nas na wykształcenie armii medyków pracujących w brytyjskich, szwedzkich i niemieckich szpitalach, nie stać na utrzymanie w kraju.
Dlaczego? Ponieważ dawno utracono kontrolę nad tym, co się dzieje. 27 maja 2002 r. w przyjętym przez rząd Leszka Millera programie „Narodowa Ochrona Zdrowia” zapisano, że jego realizacja będzie możliwa, jeżeli „przywróci się konstytucyjną odpowiedzialność rządu za prowadzenie polityki zdrowotnej państwa”. Dokładnie to samo przed ubiegłorocznymi wyborami głosiło Prawo i Sprawiedliwość. Zdaniem posła, a dziś wiceministra, Bolesława Piechy, NFZ powinien być finansowany z budżetu. Prof. Religa nie podziela tego poglądu. Woli utrwalać istniejący system i wprowadzić odpłatność za wizyty.
Gdy w 1998 r. rząd premiera Buzka pracował nad wprowadzeniem kas chorych, posłowie SLD gromko domagali się wyższej niż dziś składki. Gdy w 2001 r. wygrali wybory – natychmiast o tym zapomnieli.
Gdyby nawet obecny rząd od przyszłego roku zwiększył wydatki na służbę zdrowia do 6% PKB, osiągnie niewiele. Reforma Religi nie zakłada przywrócenia wysokich standardów moralnych obowiązujących w tej „służbie”. Nadal będziemy świadkami tolerowania bezkarności lekarzy. Nie ponoszą oni przecież odpowiedzialności ani za branie łapówek, ani za błędy w sztuce, ani za to, że piją na dyżurach.
Ostatnio policja wykryła w Wałbrzychu wielką aferę korupcyjną w tamtejszym oddziale Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Zamieszani w nią byli lekarze orzecznicy. W Łodzi toczy się proces „łowców skór” – także z udziałem lekarzy. Miłośników horrorów odsyłam na stronę internetową http://kitle.prv.pl/ zawierającą „czarną listę” polskich medyków wraz z opisami deliktów, których się dopuścili wobec pacjentów.
Może środowisku lekarzy warto przypomnieć zasadę, że kto płaci, ten wymaga. Chcecie podwyżek? Proszę bardzo! Ale za wymuszanie łapówek i błędy w sztuce winny powinien tracić prawo wykonywania zawodu i lądować za kratami.
Cóż, min. Religa wie, że nic to nie da, a za kilka lat, gdy zacznie brakować specjalistów, zmuszeni będziemy zatrudnić lekarzy z Białorusi, Ukrainy i Kazachstanu. Początkowo w „szarej strefie”, potem legalnie.
W 2005 r. w jednym z zachodnich województw dwoje utalentowanych dentystów spod Kijowa, w odrażających i urągających wszelkim standardom czystości warunkach, leczyło Polakom zęby za niewielkie pieniądze. Mimo braku reklamy ludzie walili drzwiami i oknami. Policja przerwała ów proceder, zmuszając pacjentów – dosłownie – do powrotu do korzeni. Szamanizm, animizm, świecowanie uszu metodą Indian Hopi czy zbieranie leczniczych korzonków nie kosztuje wiele. Nazywa się to „medycyną naturalną”. Na taką reformę służby zdrowia z pewnością nas stać.

Wydanie: 21/2006

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy