Co dalej?

Co dalej?

Liberum veto

Co dalej z III RP, z państwami narodowymi, z Unią Europejską, ze Stanami Zjednoczonymi, z całym judeochrześcijańskim kręgiem kulturowym, z Ludzkością?…
Oczywiście na to pytanie (jeśli je sobie stawiamy) każdy odpowiada inaczej, zależnie od osobistych doświadczeń, emocji, wiedzy, wiary – religijnej bądź politycznej.
O tym, co bardzo wcześnie zdeterminowało moją postawę osoby notorycznie bezpartyjnej (z sercem po lewej stronie), pisałam już nieraz, tak że nie będę do tego wracać. Chciałabym natomiast nieco obszerniej przedstawić moją niewątpliwie subiektywną odpowiedź na tytułowe pytanie. Moje credo.
Otóż jestem głęboko przekonana, że znajdujemy się w trakcie zasadniczej mutacji kulturowej, analogicznej do wystąpienia i upowszechnienia się chrześcijaństwa z jego przesłaniem, zawartym głównie w Kazaniu na Górze, a dotychczas niezrealizowanym przez przytłaczającą większość ludzi, którzy deklarują się jako chrześcijanie różnych wyznań, katolicyzmu, prawosławia, licznych wersji protestantyzmu.
Istotnym elementem dokonującej się mutacji jest (moim zdaniem) pełne wyzwolenie kobiet oraz ich (nasz) udział w sprawowaniu władzy. Proces emancypacji idzie w parze ze schyłkową fazą ładu patriarchalnego, uwieńczonego superrywalizacyjnym wyścigiem szczurów (i szczurzyc). To chyba utrudnia kobietom twórcze, opiekuńcze macierzyństwo, do którego zaprogramowała nas natura. Udział w rządzeniu kobiet naprawdę wyzwolonych, z właściwą nam empatią, zapewniłby (jak sądzę) ważną zmianę stosunków międzyludzkich, które stawałyby się coraz bardziej braterskie (i siostrzane…). To właśnie postulował Syn Człowieczy – Chrystus, do tego – mutatis mutandis – opacznymi metodami! (Cyryl jak Cyryl, ale te metody – jak szeptano za komuny) – dążyli komuniści, w swym hymnie obiecując „związek bratni”, który miałby objąć ludzki ród.
Patriarchat ze swą cywilizacją w jej zachodnim wydaniu doprowadził do wynalezienia broni atomowej, której powszechne zastosowanie mogłoby skutkować samobójstwem ludzkości. Osobiście żywię nadzieję, że nie dopuści do tego instynkt samozachowawczy, właściwy wszystkim zwierzętom, do których wszak należymy. I jesteśmy ich najwyżej rozwiniętym przedstawicielem.
Bratersko-siostrzanej współpracy mogłaby sprzyjać globalizacja, rozumiana jako zgodne działanie na rzecz dobra wspólnego, w tym – pogodzenie jedności z różnorodnością. Bo chyba nikt myślący nie chciałby popkulturowej urawniłowki…
Skoro już mowa o różnorodności, ucieszyło mnie, że „Przegląd” zajął się problemem Słowian oraz ich – naszej – odrębności kulturowej. Może opublikowane teksty zapoczątkują wreszcie poważną, ponad wszelkimi podziałami – dyskusję o naszej polsko-słowiańskiej tożsamości, o co od lat się upominam (m.in. na łamach „Przeglądu”, ale nie tylko).
Dziwi mnie i martwi, że żaden z wybitnych Autorów, którzy wypowiedzieli się w „słowiańskim” numerze „Przeglądu”, nie wspomniał nawet o zasadniczej chyba właściwości Słowian, jaką jest skłonność do egalitaryzmu. O słowiańskim „genie egalitaryzmu” świadczy multum faktów, które w trybie felietonowym trudno omówić. Zacytuję więc tylko opinię, jaką sformułował najwybitniejszy chyba intelektualista naszego regionu Europy, działający zresztą na Zachodzie – Rumun Mircea Eliade: „Charakterystyczne jest równouprawnienie w dawnych społeczeństwach słowiańskich. Cała społeczność dysponowała pełnią władzy, dlatego więc decyzje musiały zapadać jednomyślnie (czy nie stąd wywodzi się nasze, niestety źle stosowane, liberum veto? – AT). Słowo mir określało pierwotnie zgromadzenie gminne i jednomyślność jego decyzji; to tłumaczy, dlaczego mir zaczął oznaczać zarówno pokój, jak i świat. Zdaniem Gaspariniego wyraz mir przypomina okres, kiedy to każdy członek społeczności – kobiety na równi z mężczyznami – posiadał te same prawa”.
Gasparini, autor książki pt. „Il matriarcato slavo”, nie doczekał się polskiej wersji swego „Słowiańskiego matriarchatu”. Podobnie też zignorowano u nas poglądy współczesnego francuskiego historyka demografa, Emmanuela Todda, zawarte w jego „L’invention de l’Europe”. Todd uważa m.in., że egalitarny model rodziny, dominujący w Rosji, stanowił podatny grunt dla komunizmu (egalitaryzm rodzinny w rozumieniu Todda polegał – i polega – na tym, że wszystkie dzieci mają równy udział w spadku). Todd nie zajął się niestety polskim modelem rodziny, który jednak nie różni się zasadniczo od rosyjskiego.
Tu należałoby omówić sporo innych dowodów na istnienie naszych polskich tendencji egalitarystycznych, jak chociażby swoisty egalitaryzm szlachty, uprawiany we własnym gronie – „Szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie” itp., pozostawię to jednak innym „opiniotwórcom”, zainteresowanym tym tematem.
Mimo wszelkich wypaczeń, błędów i wręcz zbrodni popełnianych za czasów PRL – był to okres pewnej egalitaryzacji stosunków międzyludzkich. Awans społeczny plebejuszy to fakt, a nie tylko slogan PR-owski. Egalitarna była też pierwotna „Solidarność”.
Jak sprawa ta wygląda w III RP?
Z moich obserwacji (z natury rzeczy cząstkowych, więc może niemiarodajnych) wynika, że pod względem egalitaryzacji nastąpił regres. Po PRL-owskim „dzieleniu się niedostatkiem” nie doszło do dzielenia się zamożnością, zwłaszcza luksusem.
Dlaczego tak się stało?
Gdyby to ode mnie zależało – ale cóż ode mnie zależy? – doprowadziłabym do powołania autentycznego, niepozorowanego okrągłego stołu, w którym uczestniczyliby czołowi politycy wszelkich opcji, także niereprezentowanych w parlamencie, oraz kompetentni eksperci od wszystkich dziedzin życia społecznego. Gdyby takie grono dopracowało się wiarygodnej odpowiedzi na pytanie o stan egalitaryzacji w naszym kraju, byłby to ważny wkład w kształtowanie Unii Europejskiej, gdzie z egalitaryzmem – jak to wynika z masowych strajków – nie jest najlepiej.
Oczywiście, głos nasz by się liczył, pod warunkiem że sami wysnulibyśmy konkretne wnioski z diagnozy postawionej przy okrągłym stole, jaki mi się marzy.

Anna Tatarkiewicz
Niereformowalna utopistka

26 października 2010 r.

Wydanie: 45/2010

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy