Wieś-Warszawa wspólna sprawa

Wieś-Warszawa wspólna sprawa

Jedzenie jest modne. Rolnicy mniej. Po co nam „zielone miasteczko” w stolicy?Od ponad 40 dni w Warszawie, pod Kancelarią Prezesa Rady Ministrów, działa „zielone miasteczko”, wyraz protestu polskich rolników. Mijaliśmy je wielokrotnie, jadąc ścieżką rowerową w Alejach Ujazdowskich, ale jakoś trudno było się zatrzymać. Liczba biało-czerwonych flag, hasło „Bóg, Honor, Ojczyzna” i widok szarych ludzi nie działały zachęcająco. Tym bardziej że do każdego protestu zawsze doklei się trochę oszołomów, antysemitów czy partyjniaków. Jednak – pomyśleliśmy – należymy do kooperatyw spożywczych, deklarujemy, że zależy nam na wspieraniu rolnictwa, kupujemy żywność bezpośrednio od rolników, więc przechodzenie tamtędy obojętnie byłoby albo hipokryzją, albo tchórzostwem. Z protestującymi spotkaliśmy się pod koniec marca. My – kooperatywy Zarówno kooperatywy spożywcze, jak i organizujący się w proteście rolnicy to inicjatywy oddolne, powstałe w wyniku niezgody na sytuację w sektorze produkcji i dystrybucji żywności. W mieście obserwujemy zjawisko zastępowania targów dyskontami, sklepików osiedlowych sieciówkami, a wielkich bazarów galeriami handlowymi. Na wsi drobne gospodarstwa przegrywają konkurencję z rolnictwem przemysłowym, a mozaika upraw jest zastępowana przez wielkoobszarowe monokultury. To wspólny problem, bo jednym ze sztandarowych celów kooperatyw spożywczych jest wspieranie rodzinnego rolnictwa, w którym z szacunkiem podchodzi się do środowiska i ludzi. Kooperatywy spożywcze to grupy mieszkańców miast organizujących się, by robić grupowe zakupy bezpośrednio od rolników, wytwórców. Raz, że tak jest taniej, dwa – kupowana w ten sposób żywność jest wyższej jakości niż z supermarketu. Idea nie jest nowa, pierwsze spółdzielnie spożywców powstały w Warszawie już pod koniec XIX w. PRL zahamował powstawanie oddolnych inicjatyw. Po kilku dekadach przerwy idea spożywców powróciła. Prekursorem była Warszawska Kooperatywa Spożywcza, obchodząca niedawno piąte urodziny. Niewiele młodsza jest Kooperatywa Grochowska. Kooperatywy wypączkowały w całym kraju (np. w Krakowie, w Katowicach), każda przyjęła własny model i zasady działania. Większość tych inicjatyw działa jako grupy nieformalne. Jednym z wyjątków jest warszawska Kooperatywa „Dobrze”, zarejestrowana jako stowarzyszenie. Jako pierwsza w Polsce uruchomiła przy ul. Wilczej sklep ze zdrową żywnością, w którym zakupy robią nie tylko jej członkowie, ale także okoliczni mieszkańcy. – Jest nas już ponad 110 osób, a spółdzielcy, aby kupować żywność w cenach członkowskich, muszą spełnić dwa warunki: regularnie pomagać w pracy w sklepie (np. sprzątać czy konstruować sklepowe regały) i opłacać składkę członkowską. W ten sposób zobowiązujemy się do wspólnej pracy i inwestujemy we wspólne przedsięwzięcie. Należy podkreślić, że nasz sklep to działalność non profit. Nikt tu nie robi biznesu. Uważamy, że zdrowa żywność nie powinna być towarem luksusowym – mówi Anna Bień z kooperatywy „Dobrze”. Oni – „zielone miasteczko” Protestujący z „zielonego miasteczka” sformułowali sześć postulatów. M.in. żądają przyjęcia ustawy zapobiegającej wyprzedaży ziemi obcokrajowcom oraz umożliwienia rolnikom sprzedaży bezpośredniej produktów przetworzonych w ich gospodarstwach. I o tym chcemy więcej opowiedzieć. Oficjalnie wolny obrót ziemią, pozwalający cudzoziemcom na zakup ziemi rolnej w Polsce, ma obowiązywać od 1 maja 2016 r. Protestujący rolnicy wskazują jednak, że przepisy już teraz są łatwo obchodzone. Sprawa stała się głośna po raz pierwszy w 2012 r., kiedy rolnicy z okolic Szczecina zauważyli, że mimo formalnego zakazu zagraniczne firmy skupują ziemię rolną na przetargach za pośrednictwem „słupów”, czyli podstawionych rolników. Jak mówią protestujący, nikogo już nie dziwi, kiedy na przetarg przyjeżdża na rowerze chłop z walizką pełną pieniędzy. Zagraniczne koncerny agrospożywcze dysponują kapitałem, który pozwala im tworzyć ogromne gospodarstwa, w których wprowadzają rabunkowe dla środowiska rolnictwo przemysłowe. – Monokulturowe przemysłowe uprawy i chów, jakie prowadzą te spółki, niszczą środowisko, wyjaławiają ziemię, a my – ponieważ na tej ziemi żyjemy – troszczymy się o nią – mówią protestujący. Rolnictwo przemysłowe wpływa wprawdzie na spadek cen żywności, ale też powoduje pogarszanie jej jakości i negatywnie wpływa na środowisko. Nakręcany przez zagraniczny kapitał popyt podbija cenę ziemi i prowadzi do jej koncentracji w rękach największych graczy. Rodzinne gospodarstwa przegrywają w tej konkurencji. Podupadają całe społeczności wiejskie. – W moim regionie kiedyś było 2 tys. gospodarstw, teraz jest 100. Gdzie mamy pracować? Kiedy byłem dzieckiem, w podstawówce, w klasie

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 15/2015, 2015

Kategorie: Opinie