Parada oszustów

Parada oszustów

Prima aprilis trwa 365 dni w roku

Prima aprilis to jedyny dzień w roku, kiedy usprawiedliwione są kłamstwa. Kłopot w tym, że coraz częściej okazuje się, że prima aprilis trwa także przez pozostałe 364 dni. Chyba każdy z nas zna kogoś, kto padł ofiarą oszustwa. Jak więc nie zostać oszukanym na co dzień? Ponoć najlepiej uczymy się na błędach.

„Złoty” interes

Pana Józefa na skrzyżowaniu ulic Kościuszki i Fredry w Poznaniu zaczepił młody mężczyzna. Tłumaczył, że nie ma pieniędzy na paliwo i nie może wrócić do domu. Ale ma za to świetny aparat fotograficzny, canomatic, za 3 tys. zł. „Ale panu sprzedam za połowę” I pan Józef nie dał się długo prosić, wypłacił z banku oszczędności. Gdy tydzień później wybrał się do komisu fotograficznego, usłyszał, że sprzęt jest wart najwyżej 70 zł. I to tylko ze względu na ładne opakowanie.
Czasami jednak oszustwo to przerost formy nad treścią. Mieszkaniec Białegostoku wpadł na genialny pomysł, jak przerwać spłacanie kredytu na samochód i jeszcze wyciągnąć od firmy ubezpieczeniowej niezłą sumkę. Nowiutkiego seata zakopał w garażu i przykrył grubą warstwą betonu. W kopaniu dołu pomagała cała rodzina. Wszyscy mieli też rozpaczać przed policją, że „taki piękny samochód, taka bezczelna kradzież”. I tak się wczuli w rolę, że policja szybko sprawę rozszyfrowała. Ponoć jeszcze nikt tak nie rozpaczał po stracie samochodu.

Zakochany agent

Skuteczną metodą jest poruszenie serc. W zeszłym roku w Tychach grasował oszust matrymonialny. Znajomości zawierał błyskawicznie. Każdej oszukanej pannie przedstawiał się jako pracownik tajnej organizacji rządowej, z każdą chciał mieć dwójkę dzieci: Antosia i Martynkę. I od każdej brał pieniądze na sfinansowanie tajnych operacji rządowych. Szybko wyłudził kilkadziesiąt tysięcy złotych. Wpadł, bo jedna z pań nie uwierzyła w jego bajeczkę. „Tulipan to drań, ale jak on potrafił mówić o miłości”, mówią zgodnie oszukane panny i ze łzami w oczach recytują wiersz, który im napisał. Oczywiście, wszystkim ten sam.
Piotr S., student V roku politologii, podrywał natomiast dziewczyny na fałszywą legitymację funkcjonariusza lubelskiej delegatury UOP. Z papierów wynikało, że jest oficerem w stopniu porucznika i że odbył staż w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego. Kolegom opowiadał, że tropi gangsterów z Pruszkowa. A u profesora politologii załatwił sobie przełożenie egzaminu, bo właśnie wybierał się z tajną misją do Urugwaju.
Na inny pomysł z branży matrymonialnej wpadli bracia D. Podając się za „biedne, choć piękne Polki”, flirtowali listownie z obcokrajowcami. Ci wysyłali im niezłe sumki, słodycze, pończochy i drogie perfumy. Liczyli pewnie na „profity”. Zabawę popsuli dopiero Holender i Niemiec, którym listy już nie wystarczały. Panowie chcieli się żenić. „Nobla im dać, a nie trzymać w areszcie. Mieli łeb, zresztą na biednych nie trafiło”, sąsiedzi fałszywych piękności nie mogli zrozumieć surowego wyroku sądu, który wymierzył karę trzech lat pozbawienia wolności.

Obiecująca aktówka

Dwóch mieszkańców Katowic w związku z zapowiadaną przez energetykę zmianą napięcia sprzedawało w okolicznych wioskach „specjalistyczne” i rzekomo przystosowane do nowych wymagań żarówki. Przekonywali, że oferują towar po znacznie obniżonej cenie. Nic więc dziwnego, że żarówki rozchodziły się hurtowo. Skoro taka okazja…
Grzegorzowi, kierowcy tira ze Śląska, jeszcze długo będzie śnił się po nocach kurs do Poznania. – Klient nie budził podejrzeń. Ubrany w elegancki garnitur, uśmiechnięty i do tego ta cholerna czarna aktówka – opowiada. – Zamówił kurs do Poznania, skąd mieliśmy przywieźć kilka ton truskawek. Zabrałem swój największy samochód. Zapowiadał się świetny interes. W Poznaniu jegomość kazał zatrzymać się przy jednym z biurowców, gdzie miał do odebrania kilka faktur. Na dowód swojej wiarygodności zostawił aktówkę. „Chwila przerwy”, pomyślałem i wygodnie usadowiłem się w fotelu. Minęła godzina, a klient ciągle nie wracał. Otworzyłem aktówkę. I co znalazłem? Kartkę z napisem: „Dzięki za podwózkę. PS Dałeś się, frajerze, nabrać”.

Diagnoza technika budowlanego

To, że na chorobach można się nieźle dorobić, udowodnił Wiktor P., który dziesięć lat temu wynajął w Zabrzu połowę domu jednorodzinnego i otworzył prywatny gabinet lekarski. Miał nawet na drzwiach stosowną wywieszkę: „Centrum Medycyny Naturalnej, Alternatywnej i Psychosomatycznej”. – On tak cudownie potrafił rozmawiać z człowiekiem – wspominają byli pacjenci, którzy do tej pory nie mogą uwierzyć, że onkolog, alergolog, immunolog, internista i homeopata w jednej osobie okazał się zwykłym technikiem budowy maszyn. W gabinecie „profesora” policja znalazła dokumentację medyczną 500 osób. Wśród nich był m.in. zabrzański policjant.

Ucz się, dziecko, z książki
Dwaj 10-letni uczniowie ze szkoły w gminie Bartoszyce na Mazurach wykorzystali wiedzę ściśle książkową. Nie mogąc doczekać się kieszonkowego od rodziców, zapłacili za pączki banknotem wyciętym ze szkolnego podręcznika. Ekspedientka dopiero po kilku godzinach zauważyła, że banknot jest co najmniej podejrzany.


Siedem wymówek kłamców
1. Kłamię, bo istnieje gen kłamstwa. I osoby z takim genem kłamią instynktownie, znakomicie, są trudne do rozszyfrowania.
2. Kłamię, bo taka moja natura. Robiłem tak w dzieciństwie, dlaczego miałbym teraz przestać?
3. Kłamię, bo takie zachowanie zostało człowiekowi z instynktów zwierzęcych. Kamuflaż, mimika i inne triki służą zmyleniu rywali.
4. Kłamię, bo cierpię na tzw. syndrom barona Münchhausena. Zawsze mówię odwrotnie. Jeśli jest zimno – mówię, że ciepło.
5. Kłamię z konieczności. Doświadczone sekretarki coś o tym wiedzą: „Szefa nie ma, nie może rozmawiać, jest na spotkaniu”.
6. Kłamię, bo to dobra wymówka. Gdy chcę się wyrwać z niezbyt udanego przyjęcia, nie powiem gospodarzowi, że się nudzę. Po co ma się martwić? W takiej sytuacji małe łgarstwo jest niezastąpionym wynalazkiem.
7. Kłamię, bo lubię. I nie chcę tego komentować!


Jaki jest pana(i) ulubiony żart lub oszustwo?

Szczepan Sadurski,
rysownik, szef pisma satyrycznego „Twój Dobry Humor”
W 1989 r. wydrukowałem eleganckie zaproszenia na ślub i rozesłałem je do ok. 100 znajomych i rodziny. Data widniejąca na zaproszeniu była dosyć podejrzana: 1 kwietnia. Wkrótce potem zacząłem odbierać telefony z pytaniami: „Naprawdę? Nie żartujesz?”, a ja bez dodatkowych wyjaśnień każdemu odpowiadałem: „Przyjeżdżaj, będzie wesoło”. No i rzeczywiście – 1 kwietnia wziąłem ślub i do dziś tego nie żałuję. Żona przyznała mi się później, że bała się, iż nie zjawię się w urzędzie, obracając wszystko w żart.

Janusz Majewski,
reżyser filmowy
Żart stary, ale dobry:
Do psychiatry przychodzi pacjent.
– Panie doktorze, ja uważam się za zdrowego, ale rodzina nalega, abym dał się zbadać. Mówią, że zwariowałem. – Dlaczego tak uważają? – Nie uwierzy pan: tylko dlatego, że lubię naleśniki. – Eee, to rzeczywiście… To normalne. Ja też lubię naleśniki. – Pan doktor lubi? Ja mam całą walizkę!

Katarzyna Dowbor,
prezenterka TVP, publicystka
Zdarzył mi się służbowy dowcip, kiedy 12 lat temu miałam 1 kwietnia dyżur przed kamerami w Jedynce. Koledzy wymyślili, że gdy będę na wizji, ścianki telewizyjnej scenografii zaczną się przesuwać z prawa na lewo. Ale przeholowali i jedna ze ścianek z łoskotem się przewróciła. Ja się zlękłam, ale do kamery powiedziałam: „Proszę państwa, ta dekoracja chyba już musi być zmieniona, bo wszystko tu się sypie”. Dyrekcja wzięła to wydarzenie na poważnie i całą scenografię w studiu szybko wymieniła.

Małgorzata Walewska,
śpiewaczka, mezzosopran
Dziadek do wnuczki:
– Jak się nazywa ten Niemiec, co mi wszystko chowa?
– Alzheimer, dziadku.

Prof. Tadeusz Zieliński,
prawnik, b. rzecznik praw obywatelskich
W pewnym mieście odbywała się wielka uroczystość z udziałem wielu znakomitych profesorów. Przewodniczący zagaił słowami: „Czcigodni zebrani. Na wstępie uczcijmy pamięć prof. Fryderyka Z.”. Tak się złożyło, że ów profesor wcale nie umarł, i nawet siedział na sali. Wszyscy jednak posłusznie powstali i owczym pędem powstał również ten, który uczcił w ten sposób własną pamięć.

Tomasz Jastrun,
publicysta, poeta
Gdy jestem w dobrym humorze – na szczęście nie zdarza mi się to zbyt często – i nagle przypadkiem dostrzegam na ulicy kogoś znajomego, kogo dawno nie widziałem, sam nie będąc widzianym, ustawiam się podstępnie z boku, jakbym na kogoś czekał. Gdy znajomy wpada na mnie, mówię poirytowany: „Jak możesz tak się spóźniać, czekam na ciebie już 20 minut, trzeba było zadzwonić, że przyjdziesz później!”. I proszę mi wierzyć, niemal każdy daje się nabrać.

Robert Korzeniowski,
chodziarz, złoty medalista olimpijski
Pamiętam tylko, że w primaaprilisowe żarty namiętnie bawiłem się jako przedszkolak. Na poziomie, jakiego można się domyślić. Np. rodzicom na śniadanie dodałem do mleka cytryny, myśląc, że zrobię im kawał, zmieniając smak, zaś efektem był po prostu ser na gorąco, który wprawił w większe zdziwienie mnie niż rodziców.

Prof. Ludwik Stomma,
antropolog, wykładowca paryskiej Sorbony
Na studiach wymyśliliśmy z przyjacielem sposób na podrywanie pań. Trzeba było jak najwięcej dowiedzieć się o nieznajomej, a potem, przy niby-przypadkowym spotkaniu, zasypać ją mnóstwem wiadomości o niej samej. Wrażenie było murowane i ogromna ciekawość, skąd ja to wszystko wiem. Wcielaliśmy się więc w różne postacie, np. podając się za ubeka, wypytywaliśmy ciecia o lokatorów. Zjawialiśmy się też w szkole panienki i podając się za kuratora, wyciągaliśmy z nauczycieli różne informacje. Okazało się, że Polska jest krajem łatwowiernych, bo choć odegrałem kilkanaście różnych postaci, moje oszustwa usprawiedliwione intrygą miłosną nie zostały ujawnione.

Jacek Bromski,
przewodniczący Stowarzyszenia Filmowców Polskich
Najlepszy dowcip, jaki pamiętam, zrobił Jacek Zieliński, wokalista i trębacz z zespołu Skaldowie. Przed wielu laty wystawił trąbkę z okna hotelu Bristol w Warszawie i zagrał hejnał mariacki, który tradycyjnie oznajmia południe. Była jednak godzina 11.45. Widzieliśmy potem, jak na ulicy ludzie gremialnie przestawiali zegarki.

Notował Bronisław Tumiłowicz


Jak nabrać skutecznie

Ojca / męża / kierowcę: Stań koło okna i od niechcenia zapytaj: „Co to, tato / kochanie / Zbyszku, dzisiaj gdzie indziej zaparkowałeś samochód?

Histeryka: Sztuczny karaluch wrzucony do wanny / zupy zdziała cuda. (Dla zwolenników przesolenia: w sklepach ze śmiesznymi rzeczami dostępne są także o wiele bardziej obrzydliwe akcesoria, jak choćby sztuczna kupa. Nie polecamy i nie bierzemy odpowiedzialności).

Uzależnionego od telefonii komórkowej: SMS obrazkowy, komunikaty do wyboru: „Nie opłacono rachunku. Ten telefon zaraz eksploduje”, „Masz wirusa”, „Rozmowa jest podsłuchiwana” oraz „Twoja książka telefoniczna została skasowana”.

Amatora Internetu: Jesteśmy bezradni. Prima aprilis w Internecie trwa cały rok.

Ukochaną ciocię: Wyślij telegram z treścią: „Przyjeżdżamy całą rodziną w Wielki Czwartek. Będziemy u Was całe święta. Dziękujemy za zaproszenie”.

Całą rodzinę: Wstań wcześnie rano i przestaw wszystkie zegarki o trzy godziny. Następnie podnieś alarm: „Zaspaliśmy!!!”. Jest to dowcip tak lubiany jak wiadro zimnej wody w lany poniedziałek.

Wydanie: 14/2003

Kategorie: Obserwacje

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy