Parweniusz spotkał lorda

Parweniusz spotkał lorda

Depesze amerykańskich dyplomatów do Waszyngtonu przed wybuchem wojny

W telegramie do sekretarza stanu z 7 kwietnia 1939 r. ambasador USA we Francji William Bullitt opisał podróż z Calais do Lille, którą tego samego dnia odbył z Józefem Beckiem. Według jego relacji polski minister spraw zagranicznych był „niezmiernie zadowolony i uszczęśliwiony tym, jak go przyjęto w Anglii”. Beck miał też powtarzać raz za razem, że Brytyjczycy zachowywali się bardzo elegancko w stosunku do niego. „Przyszła współpraca między Anglią i Polską będzie łatwa i stabilna”, przewidywał szef MSZ. Jednak zdaniem Bullitta zachowanie Becka przypominało radość „parweniusza, który po raz pierwszy spotkał lorda”.
Dobre samopoczucie Becka wywołane było zapewnieniem premiera Neville’a Chamberlaina, że wszelki atak na Polskę spotka się ze zbrojną odpowiedzią ze strony Wielkiej Brytanii. Na te słowa czekano w Warszawie od dawna. Do tej pory bowiem w wypadku wojny z Niemcami Polska mogła liczyć jedynie na sojusz z Francją, o którego trwałość obawiano się nad Wisłą od wielu lat.

Polskie złudne nadzieje

Zdaniem Bullitta otrąbienie sukcesu przez rząd w Warszawie było przedwczesne. Amerykański ambasador, choć odnosił się pozytywnie do zbliżenia polsko-brytyjskiego, widział w nim przede wszystkim sprytny manewr Brytyjczyków. Udzielając Polsce jednostronnej gwarancji, Londyn skierował uwagę Hitlera na wschód kontynentu. Tymczasem Brytyjczycy nie byli w stanie zaoferować nic więcej oprócz zapewnień.
Amerykanie doskonale zdawali sobie sprawę z braków Sił Zbrojnych Jego Królewskiej Mości. W poufnych rozmowach między Londynem a Białym Domem Chamberlain nawet nie próbował ukryć, że imperium w żadnym wypadku nie było przygotowane do wojny. Przed 1 września 1939 r. brytyjska armia liczyła niespełna 900 tys. żołnierzy, z czego tylko część znajdowała się w Europie. Co więcej, Wielka Brytania miała przeszło dwukrotnie mniej czołgów i przeszło czterokrotnie mniej dział niż Niemcy. Jeśli chodzi o wyposażenie artyleryjskie, nawet Polska dysponowała lepszym sprzętem. Brytyjskie siły dorównywały pozostałym państwom tylko w lotnictwie, jednak miało ono charakter przede wszystkim defensywny.
Przypuszczenia Bullitta co do przedwczesnego ogłoszenia sukcesu przez Warszawę potwierdził polski ambasador we Francji. Już 9 kwietnia, a więc zaledwie dwa dni po spotkaniu Bullitta z Beckiem, Juliusz Łukasiewicz w rozmowie ze swoim amerykańskim odpowiednikiem przyznał, że „jeśli wojna wybuchnie niedługo, Polska nie otrzyma żadnego realnego wsparcia ze strony brytyjskiej. Brytyjczycy nie mają armii, a Polska zostanie odcięta od dostaw”. W opinii Łukasiewicza „polska armia desperacko potrzebowała samolotów, czołgów i broni ciężkiej”.
Również ambasador USA w Londynie Joseph P. Kennedy nie miał wątpliwości co do natury gwarancji z 31 marca. W depeszy z 22 kwietnia pisał: „Brytyjczycy poinstruowali swojego ambasadora w Warszawie, aby ten uświadomił ministrowi Beckowi, że z powodu brytyjskiej gwarancji Wielka Brytania oczekuje od Polski rozsądnego rozwiązania sporu o Gdańsk i bieżącego informowania Rządu Jego Królewskiego Mości”. Podobnie o brytyjskiej gwarancji wypowiadał się amerykański ambasador w Warszawie. Anthony Biddle pisał do Departamentu Stanu, że wsparcie z Londynu jedynie zachęciło Polskę do bardziej nieustępliwej postawy wobec Niemiec. Beck, który „wcześniej mógł być bardziej skłonny do ustępstw (…), musi teraz wziąć pod uwagę rosnący duch bojowy polskiego społeczeństwa”.

Roosevelt wchodzi do gry

Zgodnie z przewidywaniami deklaracja brytyjska stała się dla Hitlera pretekstem do wypowiedzenia polsko-niemieckiego paktu o nieagresji z 26 stycznia 1934 r. Jak trafnie zauważył prof. Marek Kornat, „wejście Polski w sojusz ze Zjednoczonym Królestwem stworzyło Hitlerowi doskonały pretekst do oznajmienia, że »pojednanie« z Polską jest już zamkniętą kartą historii”. Komentując wystąpienie przywódcy III Rzeszy w Reichstagu z 28 kwietnia 1939 r., Jay P. Moffat, szef sekcji europejskiej Departamentu Stanu USA, podkreślał, że po raz pierwszy Hitler nie głosił już tylko potrzeby zjednoczenia wszystkich Niemców z ojczyzną, lecz „zaczął mówić o niemieckim imperium i konieczności poszerzenia jego terytorium, bogactwa, kolonii itd.”.
Jeszcze przed pamiętną mową w Reichstagu prezydent Franklin Delano Roosevelt wystosował do przywódcy III Rzeszy list z ofertą mediacji. W zamian prosił jedynie o zapewnienie, że Niemcy powstrzymają się od agresji. Hitler wyśmiał amerykańską propozycję, lecz powstrzymał się od szerszej krytyki Waszyngtonu. Nie chciał ryzykować rezygnacji USA z neutralności w przyszłym konflikcie. Jednak poprzez swoje ambasady wymusił na państwach europejskich, aby nie komentowały głośno listu Roosevelta. Dyplomaci USA wprost mówili o „zastraszeniu Europy przez Hitlera”.

Powrót do izolacjonizmu

Po fiasku propozycji Roosevelta Waszyngton postanowił podtrzymać swoją dotychczasową politykę nieangażowania się w sprawy europejskie. Na tym tle dochodziło do sporów w amerykańskim korpusie dyplomatycznym. Ambasador USA w Wielkiej Brytanii Joseph P. Kennedy dał się poznać jako zwolennik kompromisu z Hitlerem, w związku z czym doradzał Londynowi unikanie jednoznacznych deklaracji wymierzonych w III Rzeszę. Z kolei Bullitt otwarcie wspierał tych brytyjskich polityków, którzy domagali się rozpoczęcia poboru do wojska. Dopiero ostra reprymenda z Departamentu Stanu zmusiła go do zachowania większego dystansu. USA nie zamierzały robić niczego, co mogłoby je wciągnąć w konflikt w Europie.
Sprawy polskie zajmowały w amerykańskich depeszach ważne miejsce w 1939 r. Waszyngton słusznie przewidywał, że po wchłonięciu Austrii oraz Czechosłowacji Polska będzie następnym celem Hitlera. Tym bardziej że wbrew oczekiwaniom zachodnich mocarstw Rumunia porozumiała się z III Rzeszą, godząc się na liczne ustępstwa w zamian za obietnicę respektowania jej dotychczasowych granic.
Z telegramów, które ambasadorzy słali z całej Europy do Waszyngtonu, widać wyraźnie, że w amerykańskim korpusie dyplomatycznym przeważała sympatia dla Polski. Nie przekładała się ona jednak na realne działania. Bullitt mógł więc nazwać fiasko rozmów polsko-francuskich z maja 1939 r. „wielce dziwnym i niefortunnym zdarzeniem” i na tym poprzestać. Partnerem USA były Francja i Wielka Brytania, Polska zaś odgrywała rolę ubogiego petenta.
Ciekawe światło na polskie działania w ostatnich miesiącach pokoju rzucają telegramy ambasadora USA w Warszawie Anthony’ego Biddle’a. Wynika z nich m.in., że polski rząd sceptycznie podchodził do watykańskiego pomysłu konferencji, podczas której miano rozwiązać wszystkie spory terytorialne. Beck słusznie widział w tym inspirację Londynu, który powoli wycofywał się z gwarancji bezpieczeństwa dla Polski. „Z moich poufnych rozmów z kilkoma ważnymi osobistościami – pisał Biddle – wiem, że pomysł ten odbiera się tutaj jako drugie Monachium, gdzie pokój ma być zachowany kosztem mniejszych państw. [Polacy] uważają, że Watykan wesprze takie rozwiązanie, chcąc ratować konkordat z Niemcami z 1933 r.”. Dlatego Biddle nie mógł zrozumieć, skąd brała się demonstracyjna pewność Becka, który niepomny na brytyjskie i francuskie knowania nadal wierzył w siłę gwarancji tych państw.

Dwuznaczna gra Londynu i Paryża

Tymczasem w obu zachodnich stolicach rosło przekonanie, że pokój należy ratować za wszelką cenę. Nawet za cenę Polski. Kalkulacjom tym towarzyszyło zaklinanie rzeczywistości. Jeszcze 12 sierpnia 1939 r. ambasador Bullitt pisał z Paryża o dobrym samopoczuciu Édouarda Daladiera, którego zdaniem „nic nie wskazywało na to, aby Niemcy miały zaatakować w najbliższej przyszłości”. W opinii francuskiego premiera wojna była nieunikniona, ale na Dalekim Wschodzie. Postawę Związku Radzieckiego Francja oceniała jako „szczerą chęć podpisania ostatecznego porozumienia” z zachodnimi mocarstwami. Mniej optymistycznie brzmiała amerykańska depesza wysłana dwa dni później z Berlina. Powołując się na tajne informacje, chargé d’affaires Alexander C. Kirk depeszował, że Hitler odbył już naradę ze swoimi generałami, nakazując im zachowanie gotowości bojowej przez trzy miesiące.
25 sierpnia 1939 r. Polska i Wielka Brytania podpisały układ sojuszniczy. Jak wiadomo, jego ogłoszenie odsunęło niemiecki atak, lecz zaledwie o niespełna tydzień. Trzy dni wcześ­niej Hitler dopiął porozumienie ze Związkiem Radzieckim, które dawało mu wolną rękę w Europie Środkowej. Niepomny tego 24 sierpnia Roosevelt wystąpił z kolejną propozycją mediacji, tym razem skierowaną do Hitlera, włoskiego króla Wiktora Emanuela III i Ignacego Mościckiego. Polski prezydent odpowiedział natychmiast, dziękując Rooseveltowi za zaangażowanie, ale podkreślając, że to nie Polska była winna eskalacji napięcia. Mimo to zgadzał się na próbę mediacji. O pozytywnym nastawieniu do jego propozycji Roosevelt powiadomił Hit­lera w kolejnym telegramie tego samego dnia. Odpowiedź z Berlina nie nadeszła, choć amerykański chargé d’affaires został osobiście poinformowany przez niemieckiego wiceministra spraw zagranicznych, że führer oba listy uważnie przeczytał.
Ignorując Roosevelta, Hitler zwrócił się bezpośrednio do rządów w Londynie i Paryżu. Jego wysłannicy starali się przekonać obie stolice, że III Rzesza nie szukała z nimi konfliktu. Na potwierdzenie tego w rozmowie z francuskim ambasadorem Hitler miał nawet wyrzec się wszelkich roszczeń do Alzacji i Lotaryngii. Z kolei ambasador Kennedy telegrafował z Londynu, że co prawda niemieckie propozycje w sprawie przyszłości Polski brzmiały „drastycznie”, ale po ponownym ich rozpatrzeniu „wcale nie są pozbawione podstaw”.

Polacy na uboczu

W tym newralgicznym okresie Polska próbowała odgrywać rolę równorzędnego partnera zachodnich mocarstw. Podczas spotkania z ambasadorem Biddle’em 25 sierpnia 1939 r. Beck buńczucznie ostrzegał, że prowokacje niemieckie były „wystarczającym powodem, aby Polska wyruszyła na wojnę”. Minister spraw zagranicznych miał ponadto wyrazić osobistą satysfakcję z powodu utarcia nosa Ribbentropowi, który nie wierzył w podpisanie polsko-brytyjskiego układu sojuszniczego. Biddle, podobnie jak Brytyjczycy i Francuzi, znał już postanowienia paktu Ribbentrop-Mołotow. Mimo to, zgodnie z wyraźną instrukcją z Departamentu Stanu, nie podzielił się tą wiedzą z szefem polskiego MSZ.
Nazajutrz po podpisaniu niemiecko-radzieckiego porozumienia o współpracy ambasador USA w Moskwie Laurence Steinhardt depeszował do Departamentu Stanu: „Uzyskałem informacje, że zeszłej nocy rządy ZSRR i Niemiec doszły do »pełnego porozumienia« w sprawie Europy Wschodniej. Estonia, Łotwa, wschodnia Polska oraz Besarabia są uznane za strefę wpływów radzieckich. Najwyraźniej nic nie wspominano o Finlandii. (…) Gdy traktat został podpisany, Stalin wzniósł toast za Hitlera i za »odrodzenie tradycyjnej niemiecko-rosyjskiej przyjaźni«”.
26 sierpnia Departament Stanu otrzymał telegram z relacją ze spotkania ambasadora Wielkiej Brytanii w Moskwie z Mołotowem. Według pracowników tamtejszej ambasady na pytanie o reakcję ZSRR na spodziewany atak Niemiec na Polskę radziecki komisarz dał wymijającą odpowiedź. „Wszystko zależy od dalszych pertraktacji z Ribbentropem”, miał zapewnić Mołotow. Brytyjczycy doskonale wiedzieli, co to oznacza. Mimo to Foreign Office zobowiązał swoje przedstawicielstwa do przyjęcia linii, zgodnie z którą „radziecko-niemiecki pakt o nieagresji powinien być traktowany ze spokojem i dystansem. Jego konsekwencje trudno przewidzieć”.

Ostatnie dywagacje przed wojną

W zachodnich stolicach panowała napięta atmosfera. W relacji z rozmowy z premierem Daladierem Bullitt pisał, że „Francja nie ma najmniejszej ochoty na wojnę, ale Francja dała Polsce gwarancję wsparcia na wypadek niemieckiego ataku i na tyle, na ile będzie to możliwe, ta gwarancja zostanie spełniona”. Francuski premier wierzył jednak, że Warszawa i Berlin rozstrzygną wszelkie spory na drodze bezpośrednich negocjacji. Amerykański ambasador pisał także o niepokojach w paryskich kołach politycznych, gdzie pojawiła się pogłoska, że Wielka Brytania planuje zdradzić Polskę, podobnie jak rok wcześniej postąpiła z Czechosłowacją.
Tym razem jednak rząd Chamber­laina nie zamierzał ulec Niemcom, choć wdał się w kolejne dwuznaczne pertraktacje. W ich efekcie, po kilkudniowych tajnych rozmowach, brytyjski ambasador w Berlinie Nevile Henderson otrzymał ultimatum, w którym Hitler domagał się od Polski zrzeczenia się praw do Gdańska, Śląska i Pomorza. Führer oczekiwał przedstawiciela Warszawy w ciągu 24 godzin, w przeciwnym razie „zmiażdży Polskę”. Na pytanie, jak ów przedstawiciel zostanie potraktowany, Hitler odpowiedział: „Z taką samą kurtuazją jak [austriacki kanclerz] Schuschnigg i [czechosłowacki prezydent] Hácha”. Henderson dobrze pamiętał, jak rok wcześniej Hitler upokorzył austriackiego kanclerza, w niewybrednych słowach żądając jego dymisji. Jeszcze żywsza była pamięć o bandyckim wymuszeniu na czechosłowackim prezydencie zgody na rozbiór jego kraju w marcu 1939 r.

Nadzieje na pokój

Rankiem 30 sierpnia Bullitt telegrafował z Paryża o spodziewanym tego dnia ultimatum dla Polski. Francuski rząd liczył jednak, że „w ostatniej chwili Mussolini włączy się do akcji i doprowadzi do rozmów, nie tylko na temat Gdańska, ale wszystkich palących problemów”. Jeśli mimo wszystko tak by się nie stało, nadzieje wiązano z papieżem lub monarchami Belgii i Holandii, którzy „powinni zaapelować do Niemiec i Polski o specjalną mediację, zgodnie z konwencją haską, którą oba państwa podpisały”.
Brytyjczycy nieustannie naciskali na Polskę, aby zgodziła się na pertraktacje z Hitlerem, bez względu na cenę. 30 sierpnia ambasador Kennedy poinformował Waszyngton o poufnym liście, który Chamberlain wysłał do Hitlera. Dziękował w nim za chęć utrzymania dobrych stosunków z Wielką Brytanią i apelował, aby Niemcy dały Polsce więcej czasu na wysłanie negocjatora. Według amerykańskiego dyplomaty obawiano się w Londynie, że sojusz polsko-brytyjski wzmocnił Polaków, co wpływało na usztywnienie ich stanowiska w kwestii Gdańska i pozostałych niemieckich żądań. Po kilku godzinach przyszła z Berlina odpowiedź, w której Hitler informował, że w sprawie przyszłych granic Polski nie może się wypowiedzieć bez konsultacji ze Związkiem Radzieckim.
„Wygląda na to, że Niemcy obiecały ZSRR wschodnią Polskę, co oznacza, że ZSRR zaatakuje Polskę”, trafnie odczytywał bieg wydarzeń ambasador Bullitt.
Brytyjczycy i Francuzi na bieżąco informowali się o rozmowach prowadzonych w Berlinie. W wąskim kręgu wtajemniczonych znajdowali się także amerykańscy dyplomaci. Znamienne, że w tym gronie nie było przedstawiciela najbardziej zainteresowanego państwa, czyli Polski. Przewidując rozwój sytuacji, już 21 sierpnia ambasada USA w Warszawie rozpoczęła ciche przygotowania do ewakuacji. W korespondencji z ambasadorem Biddle’em sekretarz stanu Cordell Hull polecił jednak, aby w razie niemieckiego ataku kontynuowała ona pracę. W ten sposób Stany Zjednoczone uniknęłyby konieczności otwierania nowej placówki w okupowanym kraju. Departament Stanu przygotowywał się już do nowej sytuacji.
Paryż i Londyn szykowały się natomiast do „dziwnej wojny”. „Niektórzy z prominentnych polityków we Francji tak bardzo boją się wojny, że chętnie zgodzą się na dyktat Hitlera z 31 sierpnia. Również wielu członków Izby Reprezentantów i Senatu pragnie, aby pozostawić Polskę samej sobie”, pisał 2 września Bullitt. Według relacji amerykańskiego ambasadora, na wezwania Polaków do natychmiastowej reakcji premier Daladier odpowiedział, że „sprawa ta jest przedmiotem konsultacji z Wielką Brytanią”. W tym samym czasie ambasador Biddle telegrafował z Warszawy o niemieckich bombardowaniach celów cywilnych w Polsce…
We wczesnych godzinach rannych 17 września 1939 r. ambasador USA w Moskwie Laurence Steinhardt spotkał się ze swoimi odpowiednikami z Wielkiej Brytanii i Francji. Niezwłocznie po rozmowie przesłał zaszyfrowaną depeszę do Departamentu Stanu: „Tutejsze francuska i brytyjska ambasada doradzają swoim rządom, aby nie wypowiadały wojny Związkowi Radzieckiemu ani też nie zrywały stosunków dyplomatycznych po jego agresji na Polskę, argumentując to w ten sposób, że taki ruch tylko wzmocniłby Niemcy, nie pomagając Polsce”.
Stało się to, o czym amerykańscy dyplomaci informowali w depeszach od wielu miesięcy – Polska została sama. Anglia i Francja nie były gotowe na wojnę. W 1939 r. nie byłyby w stanie obronić siebie, a co dopiero przyjść z pomocą Polsce.

Pisząc tekst, korzystałem z materiałów zamieszczonych w Foreign Relations of the United States: Diplomatic Papers, 1939, General (1939), publikacji Departamentu Stanu USA.


Arogancja Becka, przechwałki Rydza-Śmigłego

Depesza ambasadora USA w Paryżu Williama Ch. Bullitta po rozmowie z ministrem spraw zagranicznych Francji Yvonem Delbosem, sierpień 1937 r.
Beck prowadzi politykę wrogości wobec Czechosłowacji, która wynika z jego bliskich stosunków z Niemcami. Polski ambasador w Paryżu, [Juliusz] Łukasiewicz, który jest powiernikiem Becka, powiedział mi ostatnio, że Polska z aprobatą będzie obserwować rozczłonkowanie Czechosłowacji. Beck nieustannie sprzeciwia się każdej próbie podejmowanej przez Francję, mającej na celu obronę Czechosłowacji i Europy Środkowej przed niemieckim atakiem. (…)
Polska powoli stacza się w beznadziejną ekonomiczną przepaść. Polski prezydent, który ma władzę niemal dyktatorską, boi się z niej skorzystać. Premier jest marionetką. Gen. Śmigły-Rydz pragnie kierować życiem politycznym państwa, jednak bez zaangażowania własnej osoby, a płk Beck karmi się wizją wojny w Europie, w której Polska nie będzie musiała brać udziału, w której Niemcy połkną Czechosłowację, a Polskę oszczędzą.

Memorandum ambasadora Williama Ch. Bullitta po spotkaniu z członkami polskiego rządu, listopad 1937 r.
Beck mówił z pasją, że jeśli Czechosłowacja nada autonomię Niemcom sudeckim, Polska natychmiast zażąda autonomii dla 300 tys. Polaków z Cieszyna. (…)
Co do kwestii Gdańska, Beck powiedział (…), że Hitler za bardzo ceni obecne dobre stosunki między Niemcami i Polską, aby pozwolić Niemcom z Gdańska na podjęcie działań, które byłyby nie do przyjęcia przez Polskę. (…)
Rydz-Śmigły przekonywał (…), że według informacji polskiego wywiadu oddziały Armii Czerwonej rozmieszczone wzdłuż polskiej granicy były zupełnie niezdolne do podjęcia jakichkolwiek działań ofensywnych. (…) Co więcej, przeczuwał, że pozycja Polski wobec Związku Radzieckiego jest w tej chwili lepsza niż kiedykolwiek wcześniej. (…)
Moim zdaniem problemy, które wynikały z osobistych ambicji Mościckiego, Śmigłego-Rydza i ich zwolenników, są na chwilę obecną rozwiązane. Ale sytuacja gospodarcza w Polsce jest tak zła, że nie sposób uznać politycznej stabilizacji za coś trwałego.

Depesza ambasadora USA w Paryżu Williama Ch. Bullitta do Departamentu Stanu, kwiecień 1939 r.
Zdaniem Becka zbiorowe bezpieczeństwo przestało cokolwiek oznaczać. Pokój może być zachowany jedynie, jeśli każdy podejmowany odtąd krok będzie opierał się na rzeczywistej sile państw, które są gotowe do walki. W jego opinii Hitler – z którym spotykał się wielokrotnie – był w głębi ducha płochliwym Austriakiem, który nie zaryzykuje wojny przeciwko zdeterminowanym i silnym przeciwnikom.

Depesza ambasadora USA w Warszawie Anthony’ego J.D. Biddle’a do Departamentu Stanu, 3 sierpnia 1939 r.
Beck nie wierzy w możliwość porozumienia Berlina z Moskwą w najbliższym czasie. Wyjaśniając, podkreślił, że o ile istnieje możliwość zacieśnienia relacji na niwie ekonomicznej między obiema stolicami, to ogromna przepaść między doktryną nazistowską i komunistyczną stanowi fundamentalną przeszkodę dla zawarcia pełnego porozumienia.
Następnie dodał, że stosunki Polski z Rosją są bardzo poprawne, a widoczna poprawa w relacjach gospodarczych była źródłem satysfakcji zarówno dla niego samego, jak i jego współpracowników.

Wydanie: 35/2016

Kategorie: Historia

Komentarze

  1. fly
    fly 13 września, 2016, 21:18

    Neoarchu , jak zwykle bredzisz nasłany trolu. Dyplomata musi działać JAK NAJLEPIEJ dla swoich ! Kumasz ?
    Polska przed początkiem 1939 r. flirtowała z Hitlerem . Po sprytnym manewrze Anglii poszła na całość , co w dyplomacji oznacza skretynienie i nieprzydatność !
    Jak piszą mądrzejsi od ciebie , miało to na celu posłanie Hitlera na ZSRR . Polska miała być i była łatwym kąskiem .

    III Rzesza nie biła się na dwa fronty . Hitler łatwo pokonał Europę Zachodnią a potknął się na Rosji , na którą napadł w 1941 r.

    Armii Czerwonej zawdzięczasz ŻYCIE ( i szkoły i ośrodki zdrowia – bo zmieniła ustrój )
    Wojnę USA wypowiedział sam Hitler , kumasz ? Mimo to Zachód zwlekał długo z otwarciem II frontu . Wojna było w czerwcu 1944 praktycznie skończona dzięki Armii Czerwonej .
    Dla aliantów zachodnich liczyło się zajęcie starej Europy ze strachu przed wpływami komunizmu .

    Co do zamiarów Hitlera jego Mein Kampf nie pozostawiało złudzeń .
    Wykańczanie Żydów zaczęło się po 1933 . Kto chciał – ten mógł się domyślić . O Słowianach w Mein Kampf też było .
    Banksterka zachodnia , w tym amerykańska wywianowała Hitlera i jego III Rzeszą hojnie . Celem było skierowanie ataku na ZSRR .

    Czytaj więcej niż prasę szczujni czy „dzieła” IPN

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy