Piekło pod paragrafem

Piekło pod paragrafem

Zgwałcona kobieta od ośmiu lat dochodzi swoich praw przed wymiarem sprawiedliwości

W Dąbrowie Górniczej każdy żyje swoimi problemami. Skończył się bum, skończył spokój. Knajpy są, bo są, ale od właścicieli można usłyszeć tylko jedno – co z tego, że prawie wszystkie miejsca pozajmowane. Kelnerka przejdzie po sali i wróci z 50 zł. Każdy zamówi piwo i siedzi kilka godzin. Dlatego wiele barów padło. Kiedyś było inaczej. Były z tego pieniądze i robota. Ale co teraz jest pewnego, skoro przyszedł czas, w którym niewiele brakowało, a mogła paść nawet Huta Katowice, z której i przy której Dąbrowa Górnicza tyle lat żyła. Władza buduje hale sportowe, aquaparki i centra administracyjne, ale o pracę tu trudno.

Tylko nic nie mów

Anna też nie miała lekkiego życia. Małżeństwo się rozpadło, została sama z córką. Kiedyś Dąbrowa Górnicza wydawała się rajem, ale po transformacji zakłady pracy padały jeden po drugim. W połowie lat 90. niespełna 30-letnia kobieta samotnie wychowująca dziecko nie miała wielkiego wyboru. A jako kelnerka mogła zarobić i dorobić. Najgorsze były nocne powroty do domu. Nauczyła się radzić sobie z natrętnymi klientami, ale za każdym razem wracała nad ranem z duszą na ramieniu.
W lipcu 1996 r. szła ulicą Piłsudskiego. Była trzecia nad ranem…
Choć od tamtych zdarzeń minęło już prawie osiem lat, do tej pory trudno zapanować jej nad emocjami. Bo nagle pojawił się jakiś mężczyzna, chciała uciekać, ale był szybszy. Uderzył ją, wrzucił do rowu, zaczął szarpać, bić, zdzierać ubranie. Nie miała szans. Została pobita i zgwałcona. – Myślałam tylko o tym, żeby nie zabił – opowiada.
Nie zabił. Wypytał, co robi, gdzie mieszka, dał papierosa i zagroził, żeby czasem nie przyszło jej do głowy donieść na niego na policję. Przysięgała na wszystko, żeby tylko nic jej nie zrobił, bo ma kilkuletnią córeczkę. Powiedział, że może odejść, ale nikomu ani słowa o tym, co się stało.
Anna w szoku dotarła do całodobowej stacji benzynowej. Płakała, błagała o pomoc. Przypadkowy mężczyzna zabrał ją swoim samochodem na komisariat policji. Wkrótce na miejsce zdarzenia wyruszył patrol z psem. Pies w pewnym momencie zgubił trop. Gwałciciel rozpłynął się w powietrzu. To nie był jedyny przypadek gwałtu w tym okresie w Dąbrowie Górniczej. Tym razem jednak ofiara potrafiła dokładnie opisać gwałciciela. Wzrost, twarz, głos, szczegóły. Wydawało się mało prawdopodobne, by gwałciciel znalazł się w tym miejscu przypadkowo. Znał teren. Pytał ją, gdzie mieszka.
Policyjne śledztwo nie przyniosło efektów. Portret pamięciowy sprawy leży w aktach umorzonej sprawy. Policja nie wyklucza, że być może kiedyś gwałciciel się znajdzie. Na przykład jeśli wpadnie przy innej okazji.

Aborcja – wykluczone

Po zdarzeniu Anna długo nie mogła dojść do siebie. – Gdyby nie córka, nie wiem, co byłoby ze mną dalej – mówi. Czuła się źle. Kilkanaście tygodni po zgwałceniu badający ją lekarz stwierdził jednoznacznie, że Anna jest w ciąży. Dr Andrzej Kordys to postać znana w Dąbrowie Góniczej. Przede wszystkim jest świetnym fachowcem. Podtrzymuje to, co stwierdził wówczas: – Nie miałem najmniejszych wątpliwości – mówi – że kobieta była w ciąży, której rozwój określiłem na 10. lub 11. tydzień.
Anna wspomina, że na początku była przerażona. Nie chciała rodzić dziecka poczętego w wyniku gwałtu. Znalazła się na oddziale ginekologii Szpitala Miejskiego w Dąbrowie Górniczej. Chciała przeprowadzenia aborcji. Tam jednak badający ją lekarz stwierdził, że jest w 16. tygodniu ciąży i w tej sytuacji zabieg nie wchodzi w rachubę. Płód jest już za duży. Tłumaczyła, że to niemożliwe, żeby zaszła w ciążę wcześniej. Lekarz w szpitalu wiedział lepiej. Prokurator miał różne wyniki badań i na tym stanęło. Skoro jeden z lekarzy stwierdził, że nie ma mowy o aborcji, to nie ma mowy. Nie miała wyboru. Urodziła chłopca. W terminie pozwalającym stwierdzić, że nie zaszła w ciążę wcześniej, lecz była ona wynikiem gwałtu. Ale to nie mogło już niczego zmienić.

Nie ten paragraf

Dziecko jest dzieckiem, więc i małego pokochała. Czuła, że da sobie radę. Ale chłopczyk zaczął chorować. Takich jak ona są w samej Dąbrowie setki, jeśli nie tysiące. Robota to robota, więc albo będzie pracować, albo niech sobie radzi sama. Straciła pracę, nie dostała nowej. Jeden koszmar zamieniał się w następny. Nie pracowała przez cztery lata, dopóki mały nie podrósł. Postanowiła sobie, że nie odpuści. I wtedy, i teraz powtarza to samo: – Chyba jest jakaś sprawiedliwość.
Sąd pierwszej instancji oddalił jej powództwo o odszkodowanie. Bo kwestia dowodów, trudno wykazać. Może kto inny już na tym etapie dałby sobie spokój, ale ona tyle w życiu przeszła, że ani myślała i myśli zrezygnować. Sprawa wędrowała coraz wyżej, wciąż z tym samym skutkiem. Również sąd apelacyjny nie znalazł powodów, by uznać racje kobiety. Wreszcie po ośmiu latach nastąpił przełom. Sędziowie Sądu Najwyższego orzekli, że powódka może domagać się spełnienia części swoich roszczeń. Części, bo nie ma podstawy prawnej, by domagała się wszystkich. Prawo jest wszak prawem, a kiedy Anna została brutalnie zgwałcona, obowiązywały inne paragrafy. Gdyby ją sprawca zgwałcił pół roku później, to co innego. Mogłaby walczyć o te 20 tys. zł zadośćuczynienia. Nie bardzo jest w stanie to ogarnąć, ale musi przyjąć do wiadomości. Już usłyszała od kogoś, że po prostu miała pecha, że nie została zgwałcona później.

Osiem lat

Osiem długich lat cierpienia, życia ze świadomością brutalnego gwałtu i bezradności wobec prawa. Gwałciciel pozostaje do dziś na wolności. Lekarz nadal pracuje w szpitalu. Ona wychowuje dwoje dzieci. Nie chce, żeby chłopak kiedykolwiek dowiedział się o tym, co się stało, przez co musiała przejść i nadal przechodzi. Każda wizyta w sądzie to powrót do tamtej nocy z lipca 1996 r. W końcu jednak i do tego można przywyknąć. Mówi, że najgorsze jest to poczucie krzywdy. Pyta: – Bo co ja tutaj zawiniłam?
Najważniejsze, że dała sobie mimo wszystko radę. No i że będzie następny proces. Tak zdecydował Sąd Najwyższy. Anna skarży więc gminę, której podlegał Szpital Miejski w Dąbrowie Górniczej, o odszkodowanie za cztery lata utraconych zarobków. Będzie kolejna sprawa, która nie wiadomo jak się skończy. Prawdopodobnie jednak potrwa bardzo długo. Kobieta wierzy, że tym razem wygra. A jak wygra, to przynajmniej dostanie pieniądze. Ile? Za te wszystkie koszmary, ból i cierpienie? Powinno być tego 15 tys. zł.

 

Wydanie: 25/2004

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy