Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Bardzo cieszył się tydzień temu Sylwester Szafarz, że otrzymał piękne entrée na wyjazd do Pekinu. I że byliśmy tak mili, że nie wymienialiśmy wszystkich jego funkcji, które pełnił w swoim długim życiu.
No tak, o jednej z funkcji (i wiążącej się z nią przygodzie) nie napisaliśmy, bo historia lubi się powtarzać. Ale ponieważ Szafarz odlatuje do Chin 17 lutego, pewnie się nie powtórzy…
Wszystko działo się na początku lat 80. Szafarz był wtedy pracownikiem KC PZPR, pracował w Wydziale Zagranicznym tej szacownej partii. I załatwił sobie (chyba u Natorfa, który był wtedy jego bezpośrednim przełożonym) wyjazd na placówkę do Paryża.
W tym czasie był taki zwyczaj, że część depesz z placówek (z reguły tych bardziej interesujących) trafiała na rozdzielnik do KC. To były różne materiały, tajne, tajne spec. znacz., przeznaczone dla bardzo wąskiej grupy odbiorców – w KC to byli I sekretarz, sekretarz od spraw zagranicznych etc.
Szafarz zbierał sobie te depesze. I gdy nadchodził dzień jego wyjazdu do Francji, zrobił tak: spakował je w paczkę, okleił, podał jako adresata swoje nazwisko i swój przyszły adres w Paryżu, podpisał Wydział Zagraniczny KC PZPR, po czym skierował do MSZ, żeby przesłano paczkę pocztą dyplomatyczną do Paryża.
W tym czasie w MSZ dyrektorem Departamentu Łączności był nieżyjący już Józef Karkoszka (z tych Karkoszków). I jego, i pracowników departamentu paczka mocno zastanowiła. Dziwnie wyglądała, Wydział Zagraniczny wysyłał ją do człowieka, który jeszcze na placówce nie jest, jeszcze nie wyjechał, zagadkowa sprawa… Czujny Karkoszka zarządził więc komisyjne otwarcie paczki. Więc ją otworzono i faceci z departamentu o mało nie pomdleli – tajne depesze miały wyjechać za granicę!
Przypomnijmy – 10 lat temu skradziono mercedesa jednego z wiceministrów spraw zagranicznych, Andrzeja Kostarczyka. W mercedesie była teczka z depeszami. Nasze MSZ natychmiast musia-ło zmieniać szyfry w centrali i wszystkich ambasadach.
A wtedy do takich spraw podchodzono jeszcze bardziej rygorystycznie. Wyjazd Szafarza wstrzymano, musiał zostać w Warszawie, a odpowiednie służby otrzymały polecenie zbadania, czy to szpieg, czy – nazwijmy oględnie – człowiek niefrasobliwy. Ponieważ nasz bohater był postacią znaną wielu osobom, szybko ustalono, że wchodzić w grę może tylko ta druga możliwość. Po paru miesiącach sprawa przyschła, no i Szafarz zawitał nad Sekwanę.
A teraz jedzie do Pekinu i Szanghaju, co zresztą jest bez większego znaczenia, bo minister Cimoszewicz mógł wysłać go równie dobrze do Caracas albo Rijadu czy Sztokholmu – na wszystkich krajach Szafarz zna się mniej więcej jednakowo.
Natomiast jego wyjazd jest istotny z innego względu. Otóż wprawił on w zachwyt malejące grono sześćdziesięciolatków i pięćdziesięcioparolatków, którzy są jeszcze w ministerstwie. Do tej pory czuli się marnie, bo minister mówił, że stawia na młodzież i tych w średnim wieku. Kazus Szafarza pokazuje, że słowo młodzież to pojęcie umowne.

Wydanie: 8/2003

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy